To kwestia charakteru. Łatwiej jest, gdy już od dzieciństwa mama potrafiła nauczyć, że z innymi warto rozmawiać, warto ludzi lubić, a nie tylko się z nimi bić.
Ważne też, żeby w polityce nie kierować się nadmiernym prestiżem osobistym, ale dobrem państwa.
Trzeba stać twardo na gruncie konstytucji. Zgodnie z nią to rząd prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną. I to rząd, a nie prezydent za nią odpowiada przed Sejmem. Prezydent ma szereg
uprawnień - sprawuje na przykład zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi, ale musi to czynić za pośrednictwem ministra obrony, czyli członka rządu. Prezydent powinien być o niej informowany o
zamierzeniach rządu, a tam, gdzie to leży w interesie państwa - włączony do działań. To jest możliwe do wypracowania, pod warunkiem że będzie jakieś miejsce do rozmowy, dyskusji, nawet
sporu.
Choćby Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Może parlament. Namawiam wszystkie siły polityczne do stworzenia takiego miejsca dyskusji o sprawach najważniejszych dla bezpieczeństwa kraju. Dziś
takiego miejsca nie ma, dlatego brakuje przepływu informacji i są problemy w koordynacji. Zasada consensusu w polityce zagranicznej została nadwyrężona już przez ministra Cimoszewicza. Za
rządów PiS zasadą stało się nieinformowanie opozycji o niczym.
Ale wcześniej z kolei rząd nie poinformował o decyzji o blokowaniu tych negocjacji. Jeśli poprzednie władze tego nie ogłosiły i nie skonsultowały zawczasu, to nie mogą się dziwić, że
następcy podejmują taką decyzję, jaką uważają za stosowną. Na tym przykładzie dobrze widać, jak mści się brak przestrzegania zasady consensusu w polityce zagranicznej w ciągu ostatnich
dwóch lat.
Iluzją jest oczekiwanie, że polityk będzie apolityczny. To nonsens. Można jednak zachowywać się przyzwoicie, nie ukrywając swojej przynależności partyjnej. Muszę dbać o to, żeby wszystkie
siły polityczne w parlamencie miały możliwość zaprezentowania swoich racji, ale też przestrzegały pewnych reguł. Marszałek i Sejm nie mogą też utrudniać życia rządowi. Na przykład
marszałek Dorn zachował się niehonorowo, gdy nie poddawał pod głosowanie wniosku o swoje odwołanie, czy o powołanie komisji. Tego rodzaju działania nie leżą w naturze Marka Jurka czy
Ludwika Dorna, których dobrze znam i cenię. Musieli być jednak lojalni wobec swojego ugrupowania, które tworzyło rząd mniejszościowy. W interesie demokracji leży jednak to, żeby w takiej
sytuacji dążyć do wcześniejszych wyborów, a nie utrzymywać pozory władzy.
Jest uczciwym postawieniem sprawy. Dlatego sam będę namawiał parlament do zmian w regulaminie Sejmu, które chroniłyby marszałka i Sejm przed pokusami zarówno anarchizowania prac, jak i przed
pełnowładztwem marszałka.
Ten projekt ma kilka interesujących rozwiązań, ale tam, gdzie stwarza ryzyko anarchizacji działalności parlamentu, nie uzyska on mojej akceptacji. Nie chodzi mi o osłabianie pozycji marszałka,
bo to nie leży ani w interesie moim, ani Sejmu.
Po pierwsze, marszałek nie powinien blokować wniosku o swoje odwołanie. Zmiana w regulaminie powinna zmusić go do poddania takiego wniosku pod głosowanie po jak najkrótszym czasie refleksji.
Ale nie po pół roku, jak to jest obecnie. Chcę również, aby głosowane mogło być tylko konstruktywne wotum nieufności wobec marszałka, czyli z obowiązkiem wskazania i przegłosowania
następcy. Drugi element to ograniczenie tzw. zamrażarki, czyli możliwości przetrzymywania projektu ustawy przez pół roku, a nawet, jak pokazała praktyka, dużo dłużej. Do rozważenia jest
też propozycja, by kluby co jakiś czas mogły wprowadzić pod obrady projekt, który uważają za najważniejszy, nawet przy odmiennym zdaniu marszałka Sejmu.
Już na najbliższym posiedzeniu Sejm rozstrzygnie powołanie komisji ds. śmierci Barbary Blidy. Jeśli to będzie możliwe, skieruję szybko do komisji projekt PO uchwały w sprawie komisji ds. CBA
i projekt PiS-u w sprawie prywatyzacji szpitali. Te dwa projekty muszą być jednak poddane ocenie prawników sejmowych.
O tym zadecyduje głosowanie. Jednak według mnie optymalny jest skład siedmioosobowy.
Pokazały, że Rosja jest bardzo daleko od nadziei na głęboką demokratyzację. Dla Polski i UE nie jest to z pewnością żaden powód do satysfakcji.
Rosja odstaje od standardów demokracji zachodniej i jeszcze długo będzie odstawać. Nie uważam jednak, że z tego powodu należy opuścić ręce i się obrazić. W dużej mierze część
zarzutów formułowanych wobec Rosji można by stawiać wobec Chin. Czy ktokolwiek na Zachodzie świat zachodni apeluje, żeby z Chinami nie robić interesów? Trzeba mieć wizję świata, który
chciałoby się budować, świata wolnego i demokratycznego, ale nie oznacza to, że Polska może sobie pozwolić na ekskluzywną politykę nierozmawiania z nikim, kto odstaje od naszych standardów.
Co osiągnęła krytykująca nas opozycja taką polityką, gdy była przy władzy? Nic!
Trzeba się nastawić na długi marsz. Nic nie da obrażanie się, wygrażanie pięścią. To wcale nie oznacza rezygnacji z polskich racji. Japończycy nie krzyczą codziennie na temat Wysp
Kurylskich, robią interesy z Rosją. Mimo to z nich nie zrezygnowali. W Polsce też nikt nie mówi np. że trzeba zrezygnować z odszkodowań za pracę przymusową Polaków na Syberii. Ta sprawa
niech leży na stole cały czas, aż przyjdzie odpowiedni moment, żeby się nią zająć.
Rzeczywiście, klucz do dobrych stosunków polsko-rosyjskich leży w Moskwie. Ale to nie znaczy, że my nie mamy żadnych możliwości na rzecz ich poprawy. Warto zauważyć, że nawet
„pomarańczowa” Ukraina potrafi sobie nieźle układać relacje z Rosją, a Polsce, która skonfliktowała się z Rosją o Ukrainę, to się nie udaje.
Sam jestem bardzo ciekaw, co rząd Jarosława Kaczyńskiego wynegocjował z Amerykanami. Są sprzeczne sygnały - od pesymistycznych, że nic, do bardzo optymistycznych. Błędem było ogłaszanie,
że Polska zgadza się na tarczę i dopiero potem negocjowanie. Nie można nadgorliwie zgadzać się na wszystko, a dopiero później przystępować do negocjacji. Strona polska od paru lat podchodzi
do rozmów z Amerykanami z nadgorliwością. Najpierw wynikało to chyba z kompleksów lewicy, a potem jakiejś niedojrzałości radykalnej prawicy. A to szkodzi partnerskim relacjom
polsko-amerykańskim. I niekoniecznie umacnia naszą pozycję w Unii.