W Rosji zdarzyła się rzecz niespotykana w cywilizowanym świecie. Oto prezydent, niczym średniowieczny monarcha, ogłosił obywatelom, kto zostanie jego następcą. I nikt nie protestuje. Przeciwnie - obywatele kraju, który mieni się demokracją, nawet się z tego cieszą.

Cieszą się zaś z dwóch powodów. Pierwszy z nich jest niezwykle prosty. Otóż Rosjanie od pewnego czasu po prostu dostają więcej pieniędzy. A teraz mogą dostawać ich jeszcze więcej. Chodzi oczywiście o zyski z handlu surowcami energetycznymi, ale także ze sprzedaży broni. Rosja robi obecnie coraz bardziej lukratywne interesy z zagranicą. Społeczeństwo otrzymuje z tego tylko okruchy - na tyle jednak smakowite, by przeciętny obywatel miał wystarczające powody do zadowolenia.

Po drugie, społeczeństwo rosyjskie czuje się zawsze lepiej, gdy jego władza jest silna. To poczucie siły to dla dzisiejszych Rosjan niemal jedyne źródło satysfakcji. Chcą mieć poczucie, że wciąż sprawują władzę na olbrzymich obszarach byłego Związku Sowieckiego. Chcą też zachować wpływy w krajach za czasów ZSRR satelickich - w Rumunii, Bułgarii, a nawet w Polsce.

Pod względem mentalnym Rosja bowiem wciąż jest raczej imperium niż narodem. Motywacje Rosjan są zdecydowanie bardziej imperialistyczne niż patriotyczne. To uwarunkowanie historyczne - od czasów caratu, aż do dziś Rosja czuła się zawsze panslawistyczną potęgą panującą nad całym wschodem Europy.

Nie przeszkadzało to rzecz jasna już w XX wieku komunistycznym przywódcom Związku Sowieckiego odmieniać przez wszystkie przypadki słowa demokracja. Dotyczyło to jednak wyłącznie sfery propagandy i nazewnictwa. Pod tym - i oczywiście tylko tym - względem ZSRR był krajem demokratycznym już w czasach Stalina! Zaś sowiecka konstytucja była w tym czasie najbardziej demokratyczna na świecie. Tym, że dotyczyło to wyłącznie jej zapisów, a nie praktyki, nikt nigdy się natomiast nie przejmował.

Bo tym, co przede wszystkim odróżnia Rosję od zachodnich standardów demokracji jest praktyka władzy. Bywała ona różnie nazywana - władzą chłopów, robotników, czasem demokracją ludową. Akurat Polacy dobrze znają to nazewnictwo i jego rzeczywiste znaczenie. Według zachodnich pojęć w najlepszym razie była to autokracja - a w pewnych okresach władza totalitarna. Dziś zaś Władimir Putin przy każdej możliwej okazji obwieszcza światu, że Rosja - kraj, w którym władca publicznie namaszcza swego następcę - jest demokracją.

Niestety - by w to wierzyć, trzeba być dość naiwnym - jak choćby były prezydent Francji Jacques Chirac. By zaś przyjmować to za dobrą monetę - trzeba być cynikiem. Politycy Zachodu często mówią o "uczeniu Rosji" demokracji, o budowaniu tam społeczeństwa obywatelskiego. Praktyka zupełnie temu przeczy - prezydent Sarkozy i inni przywódcy Europy, składając Władimirowi Putinowi gratulacje, niewątpliwie się do tego nie przyczyniają.

15 lat po ostatecznym upadku ZSRR nie wygląda na to, by Rosja zrobiła postępy w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego. Na razie rosyjskie społeczeństwo obywatelskie wybrało Putina 65 procentami głosów. "Społeczeństwo obywatelskie" w Czeczenii natomiast wybrało go niemal jednomyślnie - tamtejszy wynik wyborów przypominał czasy Stalina. Kraj, w którym partia urzędującego prezydenta zdobywa tak miażdżącą większość z pewnością nie jest demokracją. I raczej długo jeszcze nią nie będzie. Czy będzie nią w ogóle? W historii rzadko zdarzają się cuda.

[bio:] *Alain Besancon, ur. 1932, francuski historyk myśli społecznej i politolog, prof. w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Paryżu