Wiele z tego, co opisał Sołżenicyn, wiedziano już wcześniej. Tym, co u Sołżenicyna wyjątkowe, była próba napisania historii GUŁagu z perspektywy kogoś, kto urodził się w systemie sowieckim, wierzył w niego i przedstawiał siebie jako zdeklarowanego komunistę, a potem przejrzał na oczy. Sołżenicyn pokazał doświadczenie GUŁagu jako nawrócenie. Udowodnił, że GUŁag nie był wypadkiem przy pracy, ale nieodłącznym elementem Związku Sowieckiego, czymś fundamentalnym dla tego systemu. To wszystko było nowe.
"Archipelag GUŁag" najpierw wydano w Niemczech, potem we Francji i w USA. We Francji sytuacja była szczególna - z powodu znaczenia tamtejszej partii komunistycznej. Sartre określił Sołżenicyna jako "niebezpieczny element" - książka podważała wizerunek Związku Sowieckiego jako nieszkodliwego państwa, kultywowany nadal w wielu kręgach. Jednak rozmiar i bogactwo tego dzieła były tak olbrzymie, że wielu zostało przekonanych.
Tak... Sołżenicyn był już wtedy sławny na Zachodzie. W 1970 roku dostał Nobla, był szykanowany w Rosji, niebawem miał zostać wyrzucony z kraju. Jego pierwsza książka "Jeden dzień
Iwana Denisowicza", była wielką sensacją. Fragmenty "Archipelagu GUŁag" krążyły od jakiegoś czasu, na książkę niecierpliwie czekano.
W USA Sołżenicyn był bohaterem. Stany Zjednoczone nigdy nie były w takim stopniu zdominowane przez lewicę jak Europa Zachodnia, więc "Archipelag GUŁag" nie wywołał
podobnego szoku.
W Związku Sowieckim zastanawiano się, co z nim zrobić. Nie chciano go zabić, ani uwięzić, bo był już zbyt znany na świecie. Uprawiano tylko propagandę, że to wariat i skrajny nacjonalista
rosyjski. Niektórzy na Zachodzie zresztą w to wierzyli. Ale w istocie Zachód uwierzył Sołżenicynowi.
To było bardzo trudne w krajach okupowanych przez nazistów. Dla wielu ludzi od tej chwili znacznie trudniejsze stało się widzenie świata tylko w czerni i bieli. Książka Sołżenicyna była
częścią dłuższego procesu.
Mieszkał na odludziu i trzymał się z dala od rosyjskiej emigracji. Nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, ani żeby mu przerywano w pisaniu. Od czasu do czasu wychodził z ukrycia i coś
mówił. Wygłosił bardzo znaną mowę na Harvardzie, gdzie skrytykował Zachód i demokrację.
Uważał Zachód za dekadencki, nie lubił kapitalizmu, kultury popularnej, konsumpcjonizmu, mediów. Był rosyjskim nacjonalistą, ale bardzo szczególnym: wierzył w świat bardziej uduchowiony, w
tradycyjne wartości. Nie znajdował ich na Zachodzie, a potem w Rosji lat 90. Ale jego znaczenie jako dysydenta i osoby publicznej jest moim zdaniem znacznie mniej istotne niż jego teksty.
W Rosji został zrehabilitowany. Jego książki zaczęły się ukazywać podczas pierestrojki - ludzie biegli masowo do księgarń. Zaczęła się w Rosji debata nad historią, nad GUŁagiem, nad
samym Sołżenicynem. W końcu w 1994 roku pojechał w wielką podróż po Rosji i był traktowany jako bohater. Jednak Rosja przechodziła błyskawiczne zmiany, szybko więc zaczął wydawać się
anachroniczny, oddalony od spraw aktualnych. Jego antykonsumpcjonizm i antyzachodniość wcale się wtedy w Rosji nie podobały. Prowadził nawet program telewizyjny, ale okazało się, że do ludzi
nie trafia. Natomiast Putin, szukając wielkich osobistości, które mogłyby uprawomocnić jego pozycję, zaczął zwracać się do Sołżenicyna z sympatią. Nawet w niedzielę powiedział o nim
coś miłego. Jasne jest, że to, co się podobało Putinowi w Sołżenicynie, to nie jego słowa o GUŁagu, ale status wielkiego pisarza oraz nacjonalizm.
Uważał się za kontynuatora Tołstoja i Dostojewskiego, i swoje życie starał się kształtować na podobieństwo ich.
Nie sądzę. Dzisiejsi popularni pisarze rosyjscy to raczej autorzy kryminałów… Natomiast na Zachodzie Sołżenicyn ma wielu kontynuatorów, bo coraz więcej się pisze o GUŁagu.
"Archipelag GUŁag" nie jest już używany jako podręcznik do historii, ale ciągle jest pierwszą książką, którą przeczyta człowiek zainteresowany tym tematem.