MAGDALENA MIECZNICKA: Jakie było znaczenie publikacji "Archipelagu GUŁag" na Zachodzie w 1973 roku?
ANNE APPLEBAUM: Wiele z tego, co opisał Sołżenicyn, wiedziano już wcześniej. Tym, co u Sołżenicyna wyjątkowe, była próba napisania historii GUŁagu z perspektywy kogoś, kto urodził się w systemie sowieckim, wierzył w niego i przedstawiał siebie jako zdeklarowanego komunistę, a potem przejrzał na oczy. Sołżenicyn pokazał doświadczenie GUŁagu jako nawrócenie. Udowodnił, że GUŁag nie był wypadkiem przy pracy, ale nieodłącznym elementem Związku Sowieckiego, czymś fundamentalnym dla tego systemu. To wszystko było nowe.
Jakie były reakcje na Zachodzie na tę książkę?
"Archipelag GUŁag" najpierw wydano w Niemczech, potem we Francji i w USA. We Francji sytuacja była szczególna - z powodu znaczenia tamtejszej partii komunistycznej. Sartre określił Sołżenicyna jako "niebezpieczny element" - książka podważała wizerunek Związku Sowieckiego jako nieszkodliwego państwa, kultywowany nadal w wielu kręgach. Jednak rozmiar i bogactwo tego dzieła były tak olbrzymie, że wielu zostało przekonanych.
Ludzie rzucili się do księgarń?
Tak... Sołżenicyn był już wtedy sławny na Zachodzie. W 1970 roku dostał Nobla, był szykanowany w Rosji, niebawem miał zostać wyrzucony z kraju. Jego pierwsza książka "Jeden dzień Iwana Denisowicza", była wielką sensacją. Fragmenty "Archipelagu GUŁag" krążyły od jakiegoś czasu, na książkę niecierpliwie czekano.
A jak potraktowano Sołżenicyna w USA?
W USA Sołżenicyn był bohaterem. Stany Zjednoczone nigdy nie były w takim stopniu zdominowane przez lewicę jak Europa Zachodnia, więc "Archipelag GUŁag" nie wywołał podobnego szoku.
Rosjanie wysłali Sołżenicyna na Zachód, ale starali się zminimalizować negatywne skutki jego działalności dla wizerunku ZSRR?
W Związku Sowieckim zastanawiano się, co z nim zrobić. Nie chciano go zabić, ani uwięzić, bo był już zbyt znany na świecie. Uprawiano tylko propagandę, że to wariat i skrajny nacjonalista rosyjski. Niektórzy na Zachodzie zresztą w to wierzyli. Ale w istocie Zachód uwierzył Sołżenicynowi.
Musiano wreszcie uwierzyć, że zło w czasie wojny było nie tylko po stronie Niemiec?
To było bardzo trudne w krajach okupowanych przez nazistów. Dla wielu ludzi od tej chwili znacznie trudniejsze stało się widzenie świata tylko w czerni i bieli. Książka Sołżenicyna była częścią dłuższego procesu.
Jak Sołżenicyn odnalazł się na emigracji w Vermont w USA?
Mieszkał na odludziu i trzymał się z dala od rosyjskiej emigracji. Nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, ani żeby mu przerywano w pisaniu. Od czasu do czasu wychodził z ukrycia i coś mówił. Wygłosił bardzo znaną mowę na Harvardzie, gdzie skrytykował Zachód i demokrację.
Dlaczego?
Uważał Zachód za dekadencki, nie lubił kapitalizmu, kultury popularnej, konsumpcjonizmu, mediów. Był rosyjskim nacjonalistą, ale bardzo szczególnym: wierzył w świat bardziej uduchowiony, w tradycyjne wartości. Nie znajdował ich na Zachodzie, a potem w Rosji lat 90. Ale jego znaczenie jako dysydenta i osoby publicznej jest moim zdaniem znacznie mniej istotne niż jego teksty.
Jaka była jego rola po 1989 roku?
W Rosji został zrehabilitowany. Jego książki zaczęły się ukazywać podczas pierestrojki - ludzie biegli masowo do księgarń. Zaczęła się w Rosji debata nad historią, nad GUŁagiem, nad samym Sołżenicynem. W końcu w 1994 roku pojechał w wielką podróż po Rosji i był traktowany jako bohater. Jednak Rosja przechodziła błyskawiczne zmiany, szybko więc zaczął wydawać się anachroniczny, oddalony od spraw aktualnych. Jego antykonsumpcjonizm i antyzachodniość wcale się wtedy w Rosji nie podobały. Prowadził nawet program telewizyjny, ale okazało się, że do ludzi nie trafia. Natomiast Putin, szukając wielkich osobistości, które mogłyby uprawomocnić jego pozycję, zaczął zwracać się do Sołżenicyna z sympatią. Nawet w niedzielę powiedział o nim coś miłego. Jasne jest, że to, co się podobało Putinowi w Sołżenicynie, to nie jego słowa o GUŁagu, ale status wielkiego pisarza oraz nacjonalizm.
Sołżenicyn odwoływał się do tradycji wielkich pisarzy rosyjskich?
Uważał się za kontynuatora Tołstoja i Dostojewskiego, i swoje życie starał się kształtować na podobieństwo ich.
Czy są dziś w Rosji pisarze, którzy kontynuują tę tradycję?
Nie sądzę. Dzisiejsi popularni pisarze rosyjscy to raczej autorzy kryminałów… Natomiast na Zachodzie Sołżenicyn ma wielu kontynuatorów, bo coraz więcej się pisze o GUŁagu. "Archipelag GUŁag" nie jest już używany jako podręcznik do historii, ale ciągle jest pierwszą książką, którą przeczyta człowiek zainteresowany tym tematem.