Ludwik Dorn zadeklarował w wywiadzie dla DZIENNIKA, że wierzy w możliwość ewolucyjnej naprawy polskich partii - w wyniku kryzysów sukcesyjnych i pojawiania się nowych rywali, a także poprzez nieuchronny wzrost roli merytorycznych aspektów demokratycznej konkurencji. Uważam, że nadzieje te mogą okazać się płonne, a sytuacja jest w istocie bardziej dramatyczna. Dramatyczna, bo dzisiejszy kształt partyjnej rywalizacji osłabia zdolności polityczne państwa. Dramatyczna, bo marnujemy w ten sposób unikalną koniunkturę wewnętrzną i międzynarodową. Tym gorsza, że bardzo trudno wskazać skuteczne sposoby jej zaradzenia.

Reklama

Inaczej niż Dorn interpretuję istotę tej rywalizacji. "PiS stawia przed Polakami poprzeczkę wyżej, chce ich zmusić do aktywizmu. PO obiecuje im błogostan" - mówi poseł PiS. Tyle tylko, że jest to porównanie "PiS naszych marzeń" z "PO naszych możliwości". Rządzący PiS nie tworzył reguł zmuszających do aktywizmu, jego paternalistyczna retoryka skłaniała raczej do hiperkontroli i hiperregulacji. Nawet jeżeli były sfery, w których działo się inaczej, to w znanej mi dość dobrze - szkolnictwa wyższego - możemy mówić o regresie zarówno w stosunku do praktyki rządu Belki, jak i do tego, co głosiło PiS w Sejmie IV kadencji.

Obie partie dokonały populistycznej korekty i zrezygnowały z programów aktywizujących na rzecz idei opiekowania się społeczeństwem. Opiekowania się raczej werbalnego, bo jedna z najważniejszych "opiek" - ta zdrowotna, wyszła im, delikatnie mówiąc, kiepsko. Ze względu na dobrze przyjętą przez społeczeństwo korektę populistyczną i ukształtowanie się pewnych mechanizmów medialnej rywalizacji nie bardzo wierzę w możliwość zaistnienia na scenie podmiotu politycznego, który podniesie poziom tej rywalizacji.

Drugiego dnia po ogłoszeniu dobrych notowań pojawią się bowiem jacyś nowi spin doktorzy, którzy doradzą walkę o kolejne trzy punkty. Trzeciego dnia poproszą o zmiany w merytorycznym planie rządzenia, a po tygodniu umieszczą go w najgłębszej szufladzie. Stanie się tak dlatego, że dzisiejszy kryzys partii politycznych to nie wynik złych charakterów Kaczyńskiego i Tuska, ale zjawisko bardziej systemowe. Czasami odnoszę wrażenie, że obowiązujące prawie tak niezmiennie jak grawitacja.

Polskie partie ulegają bowiem pewnym negatywnym procesom, które drążą wszystkie systemy demokratyczne. Ale u nas dzieje się to w warunkach potrójnej instytucjonalnej próżni. Po pierwsze braku instytucjonalizacji samych partii, dzięki czemu nie istnieją żadne realne hamulce dla woluntaryzmu ich liderów. Po drugie instytucje państwa są na tyle słabe, że nie wymuszają żadnych wzorców postępowania. Nie istnieją też ukształtowane zasady funkcjonowania partii w rządzie zapewniające polityczną sterowność, ustrojową równowagę i merytoryczną odpowiedzialność za rządzenie.

W tej sytuacji trzeba zadać pytanie jeszcze trudniejsze: czy istnieją realne siły, w interesie których leżałaby naprawa partii politycznych. Nie sądzę. Może istnieje jakaś partyjna średnia szlachta, ale jej interesy nie mają wiele wspólnego z naprawą partii. Na pewno istnieje merytokratyczna mniejszość i spora grupa ludzi zacnych, pracowitych, mądrych i… marginalizowanych. Ale te mniejszości w żadnej z partii nie posiadają realnej zdolności wpływu na ich politykę. Reprezentanci tego nurtu bywają wynajmowani do zadań specjalnych, zwykle w warunkach kryzysu, ale prawie nigdy nie rozdają partyjnych kart. Na co dzień partyjny aparat średniego szczebla bywa gorszy od ogólnopolskiego.

Zbyt dobrze znam patologiczny klientelizm i egoizm panujący wśród działaczy średniego szczebla, by pokładać w nich nadzieje. Lokalne konflikty, których rozstrzygnięcie trzeba sobie wychodzić w Warszawie, umocnienie zasady odgórnych nominacji na wielu szczeblach partyjnej drabiny, a do tego omawiana wielekroć przez Jarosława Flisa zasada prymatu wewnętrznej rywalizacji. Zasada, w myśl której nasza partia może stracić mandat parlamentarny, a nawet władzę w mieście czy województwie, jeżeli w ten sposób pozbywamy się wewnątrzpartyjnej konkurencji.

Kryzys sukcesyjny, kiedy nastąpi, zostanie rozegrany przez nieco gorszy od pierwszego drugi szereg parlamentarnych elit partyjnych. Nie jestem w stanie uznać, że PO pod wodzą Chlebowskiego, Schetyny czy Zdrojewskiego będzie czymś lepszym od PO Tuska. Że kierowane przez Ziobrę, Gosiewskiego czy Bielana szeregi PiS będą uprawiać politykę ambitniejszą niż obecnie. Jeżeli obserwować kryzys sukcesyjny i odmłodzenie przywództwa na przykładzie SLD, to czeka nas mało zachęcająca perspektywa kiepskich retorycznie i wypranych z treści popisów medialnych.

I gdyby polityka miała taki wpływ na nasze życie jak piłkarska ekstraklasa, a momenty prawdy miały tylko taki charakter jak coroczne eliminacje Champions League, moje zmartwienie byłoby problemem kibica-hobbysty. Jednak wynik partyjnej (i wewnątrzpartyjnej) rywalizacji przekłada się na reguły funkcjonowania państwa i zdolność jego organów do rozwiązywania problemów doraźnych i budowania wieloletnich przesłanek siły państwa. Brak rozwiązań w tej pierwszej sferze boli na co dzień. Zaniedbania w sferze drugiej są długiem zaciąganym na konto naszych dzieci i wnuków.

Bardzo możliwe, że moje obawy są na wyrost, a dominujące w polskiej elicie politycznej i intelektualnej przekonanie, że jakoś to będzie, okaże się tym razem słuszniejsze niż w dotychczasowych dziejach Polski. Moją wyobraźnią rządzi jednak historyczna obsesja czasów saskich - marnowanych historycznych okazji wzmocnienia państwa, braku gotowości zapanowania nad własnym losem. Podobnie jak Ludwik Dorn uważam, że tylko postawa aktywistyczna jest zasadna politycznie. Wszelkie wygodne alternatywy wobec takiej postawy dają się podsumować sformułowaniem "dzisiejszy chleb - jutrzejszy głód".

Problem polega jednak na tym, że w tym mniemaniu jesteśmy dość osamotnieni. Koniunktura emocjonalna i umysłowa sprzyjająca hasłom instytucjonalnej i ustrojowej rekonstrukcji minęła na przełomie 2005 i 2006 roku w okolicznościach, do których nie warto wracać. Dziś Polacy wybierają między spokojnym grillem a jałowym, spektakularnym sprzeciwem.

Wymarzona postawa gry z nowoczesności - z realiami powstrzymującymi możliwość samodzielnej i ambitnej polityki polskiej - jest praktycznie porzucona. Zgadzam się z Dornem, gdy mówi, iż "trzeba negocjować ze światem warunki własnego istnienia". Zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i narodowym. Jednak moje negocjacje zaczynam od większego sceptycyzmu w kwestii ewolucyjnych mechanizmów zmian. Uważam, że punkt wyjścia do dyskusji o naprawie partii musi zostać przesunięty - zarówno, gdy chodzi o poczucie dramatyzmu sytuacji, jak też - radykalizm proponowanej terapii. I nie znaczy to, że propozycje Dorna należy odrzucić. Raczej tyle, że należy do nich dodać środki ustrojowe mobilizujące jakościowo istotniejsze zmiany.