Dramat rozegrał się dwa lata temu. Zginęła wtedy dwójka policjantów: sierżant Justyna Zawadka i mł.aspirant Tomasz Twardo. Po odwiezieniu pijanego Tomasza S. do jego domu do Siedlec, w drodze powrotnej samochód z policjantami wpadł w poślizg i stoczył się do rozlewiska rzeki. W ostatnią podróż życia wysłał ich szef komsariatu Waldemar P., wiedząc doskonale, że robi prywatną przysługę swojemu niedawnemu koledze Tomaszowi S. i że wykorzystuje do tego bezprawnie służbowy polonez oraz podległych mu funkcjonariuszy.

Reklama

Media nazwały tę sprawę "blue-taxi", zwracając uwagę na częste przypadki wykorzystywania służbowych samochodów policyjnych do prywatnych celów. Sam przed kilku laty robiłem reportaż o tym, jak pijany szef jednej z komend powiatowych wezwał w środku nocy służbowy samochód z kierowcą. A następnie polecił mu rozwozić po okolicach pijanych cywilów, współbiesiadników szefa, którzy razem z nim imprezowali w miejscowej restauracji. Włos głowy nikomu za to nie spadł. Odwrotnie, szykanowany był, w tym także służbowo, funkcjonariusz, który doniósł na komendanta.

Nie chcę, żeby szli do więzienia. Bo to byłby absurd. Zemsta nie jest tu potrzebna. Życia młodym policjantom żadan kara nie przywróci. Wystarczy wyrok w zawieszeniu i zakaz pełnienia kierowniczych stanowisk w administracji państwowej. Ale taki, aby był skutecznym hamulcem dla traktowania państwowej instytucji jako swojego prywatnego folwarku.