Jurek nie twierdzi, że w III RP katolicyzm dał się zepchnąć do defensywy. Uważa, że Benedykt XVI słusznie przedstawia polski Kościół jako wzór na tle na przykład Europy Zachodniej. Osiągnięte jednak w minionym dwudziestoleciu przez Kościół i katolików sucesy w dziedzinie ładu prawnego - np. realizujący większość postulatów Kościoła tzw. kompromis antyaborcyjny czy dominacja katolickiego punktu widzenia w politycznej debacie o in vitro - uważa jednak za oczywistość "w katolickim kraju". Mówi też, że polskiemu katolicyzmowi brakuje "dalej idącej wizji", a niektórym polskim katolikom, szczególnie działającym w sferze publicznej czy w polityce, brakuje "integralności", która miałaby się wyrażać m.in. w walce o zbudowanie spójnego i konsekwentnego ładu prawnego zgodnego z nauczaniem Kościoła. Oczywiście powstaje pytanie, czy taki postulowany przez Marka Jurka spójny i odzwierciedlający doktrynę Kościoła ład prawny będzie jeszcze zgodny z liberalną zasadą rodziału Kościoła od państwa, czy liberalną zasadą ostrożności i kompromisu przy prawnym rozstrzyganiu tzw. kwestii sumienia. Czy jako obywatele będą się w nim mogli odnaleźć ci Polacy, którzy katolikami nie są.
p
O Kościele trudno mówić w kategoriach konkurencji (wygrał-przegrał). Ale spróbuję opisu socjologicznego: jeśli jedna czwarta corocznie wyświęcanych księży w Europie
to Polacy, jeśli jesteśmy jednym z trzech krajów dających Kościołowi najwięcej księży w ogóle, to jest to świadectwo żywotności polskiego katolicyzmu. Jeśli Benedykt XVI traktuje kraje
Europy Środkowej - a szczególnie Polskę i Słowację - jako nadzieję dla Kościoła, to znaczy, że widzi wartość naszego życia katolickiego. Dla mnie najciekawszym polskim fenomenem jest
masowe, codzienne uczestnictwo ludzi w praktykach religijnych. To tylko kilka procent społeczeństwa, ale w wielu zachodnich krajach katolickich tyle ludzi praktykuje w ogóle. Mówię o tych dwóch
przejawach, bo oba (bardziej niż msza niedzielna) mają charakter egzystencjalny, wykraczający poza obyczaj, stanowiące albo ofiarę (jak kapłaństwo), albo świadectwo duchowego zaangażowania.
I wreszcie trzecie kryterium, dotyczące życia publicznego. Jak trafnie zauważył kiedyś Grzegorz Górny, Polska jest krajem, który odwrócił trend europejskiego prawodawstwa. W Polsce istnieje
autentyczna opinia chrześcijańska broniąca cywilizacji życia i praw rodziny. To nas wyróżnia w Europie. Ale to wszystko nie powinno rodzić triumfalizmu. W ciągu dwudziestu lat trzeciej
niepodległości przed zadaniem budowy państwa stanęło społeczeństwo pogrążone w głębokim kryzysie. Komunizm zrujnował poczucie państwowo-obywatelskie, etykę odpowiedzialności za dobro
wspólne, za innych. I Kościół swoją pracę prowadzi właśnie w tym kontekście. Opis opozycji cywilizacja życia-kontrkultura śmierci zawdzięczaliśmy Janowi Pawłowi II. Dziś w Kościele
potrzebna jest wizja idąca dalej i dobrane do niej metody pracy wychodzące naprzeciw wyzwaniom. Potrzebne są reakcje na bieżące wydarzenia, jak debata bioetyczna, ale również szersza wizja
zmian cywilizacyjnych, ładu społecznego, kultury.
Trudno się dziwić, że w kraju katolickim opinia katolicka ma wpływ na ustawodawstwo. A jakie przekonania moralne mają mieć katolicy? Katolicyzm to nie tylko religia oparta na objawieniu, ale
również racjonalna refleksja etyczna. Nominalizm jest tylko teorią filozoficzną, nieaspirującą do niczego więcej, bo nietłumaczącą wielu zjawisk. Są w Polsce ludzie, których cudze
nieszczęście (np. żony alkoholika, rodziców narkomana czy jego samego) boli bardziej niż własne niewygody życiowe. Są ciągle ludzie poczuwający się do odpowiedzialności za własne
państwo, myślący o życiu w kategoriach obiektywnego obowiązku. To, co nazywamy "przekonaniami katolickimi", to po prostu racjonalne sądy, z którymi można się nie zgadzać,
ale dlaczego traktować je jako "ciało obce" w debacie? Wpływ opinii katolickiej w kraju katolickim to po prostu przejaw demokracji, a jej działalność to wyraz solidarności i
odpowiedzialności, nie konkurencji i dominacji. A konsekwencja świadczy tylko o poważnym stosunku do przekonań. Oderwane defensywne interwencje mogą rzeczywiście rodzić podejrzenie o
oportunizm polityków, zajęcie stanowiska wobec kwestii, z którą "coś trzeba zrobić". Ale nawet to jest reakcją nie na oczekiwania Kościoła, ale tej części opinii, która
ma katolickie przekonania.
Jeśli chrześcijaństwo da sobie wmówić, że jest arbitralne, za 50 lat (a pewnie szybciej) będziemy w Europie dyskutować o dopuszczeniu poligamii, bo muzułmanie we Francji zapytają, dlaczego
to, co może być legalne w demokratycznej Tunezji czy Maroku, ma być nielegalne w multikulturalnej Francji czy Włoszech. Dlaczego demokracja siłą narzuca chrześcijańską normę monogamicznego
małżeństwa ludziom, którzy chcą żyć inaczej? A przecież do tej pory byliśmy przekonani, że chrześcijaństwo nie tyle narzuciło monogamię - choć we wczesnym średniowieczu ta zasada
rzeczywiście była przyjmowana z oporami - co zagwarantowało przez nią to, co dziś nazywamy prawami kobiet, zagwarantowało równą godność kobiety i mężczyzny. Katolicy mają przekonania
katolickie nie dlatego, że traktują je jako wyznaniowe, ale dlatego, że są przekonani o ich moralnej słuszności, logiczność czy, jak może by powiedział Benedykt XVI,
"logosowości"…
Teraz będzie o oportunizmie polityków? Dobrze. Oportunizm ma wiele biegunów. Jarosław Kaczyński ogłosił posłom PiS "doktrynę 30 procent" - partia, która chce mieć 30
procent poparcia nie może być jednoznacznie przeciw aborcji - a Donald Tusk przy Jarosławie Gowinie zapowiedział, że w sprawach in vitro nie będzie kierował się żadną zewnętrzną normą
(czyli w praktyce żadną niezależną, obiektywną normą). Ja sam chcę uprawiać politykę przekonań, a nie populizmu wyborczego. Bo jeśli ludzie mają rzeczywiście wybierać, muszą mieć
rzeczywiste, a nie koniunkturalne propozycje. Jeśli Kościół uznałby okazjonalne i taktyczne poparcie polityków dla niektórych kwestii związanych z ładem moralnym za dostateczną miarę
odpowiedzialności społecznej, podjąłby wielkie ryzyko moralne. W każdym razie ja czegoś takiego nie mógłbym zaakceptować.
Moralnym sukcesem byłaby większa integralność postaw katolików, również polityków. PO i PiS kierują się przede wszystkim populizmem wyborczym, a nie przekonaniami. Jarosław Kaczyński nie
ma zamiaru reprezentować sumień katolików, co najwyżej ich życiowe aspiracje. Kościołowi proponuje raczej praktyczną wymianę usług niż wzajemne wsparcie wartości -silnego
republikańskiego państwa oraz cywilizacji życia i rodziny. PO - PiS to wzajemnie napędzający się układ, w tym sensie, że obie partie wzajemnie się legitymują (również przez ataki).
Niechęć większości "przekonanych katolików" do PO to zasadniczy składnik "katolickiej tożsamości" PiS. Przynależność katolicka nie gwarantuje nam
katolickich przekonań, przekonania zaś nie gwarantują życia. Na dodatek żyjemy w czasach kryzysu. Jak powiedział kiedyś kardynał Ratzinger, jest to kryzys w sporze katolicyzmu o prawdę.
Papież zachęca do podejmowania tego sporu, bo bez niego jakikolwiek dialog nie ma sensu. Za kryzysem sporu o prawdę idzie kryzys sporu o sprawiedliwość. Dla Mickiewicza było jasne, że
"cywilizacja prawdziwie ludzka musi być chrześcijańska". Tymczasem dziś wielu katolików przyjmuje dechrystianizację za stan normalny. Chcą z zasady unikać jakiegokolwiek
sporu społecznego. Jeśli domaganie się przestrzegania prawa do życia (np. w kontekście in vitro) miałoby prowadzić do stałego sporu o przestrzeganie obowiązującego prawa, lepiej go
zamieść pod jakąś budującą deklarację. Tak dziś wygląda prawo o ochronie życia - bardziej jak deklaracja niż podstawa działań wymiaru sprawiedliwości. To przykre, bo obłuda jest jedną
z rzeczy najczęściej piętnowanych w Ewangelii. Zresztą, w Polsce przyzwyczailiśmy się, że istnieje masowe przywiązanie do Kościoła i idąca za nim masowa gotowość obrony życia
chrześcijańskiego i ładu moralnego. Jeżeli jednak w przyszłości nie będzie to w większym stopniu wzmocnione indywidualnymi postawami nonkonformistycznymi w warunkach, kiedy trzeba podejmować
trudne decyzje, to te wartości będą słabnąć. Tak naprawdę nauki mistrzów naszego pokolenia, takich jak Jan Paweł II czy Aleksander Sołżenicyn (wiara, że świat zmienią moralne rewolucje
jednostek), są równie aktualne dzisiaj. Wydawało się, że odnoszą się one wyłącznie do warunków życia w społeczeństwie totalitarnym. Ale kiedy my żyliśmy w komunizmie,
zachodnioeuropejskie demokracje stopniowo zmieniły się z republikańskich w konsumpcyjne. Państwo stopniowo przestaje być forum wspólnoty wspólnie chroniącej dobro wspólne i sprawiedliwość,
stając się wyłącznie regulatorem konsumpcji.
Owszem, prawo potwierdziło, że będzie chronić również dzieci poczęte. To sukces naszego dwudziestolecia. Ale od 40 lat przeżywamy w Europie kolejną rewolucję (dziś np. mamy zupełnie inną
wykładnię praw zawartych w europejskiej konwencji praw człowieka niż wtedy, gdy była ona podpisywana), a podczas rewolucji prawa uznane za sprzeczne z "postępem" przestają
zupełnie lub częściowo obowiązywać. Właśnie dlatego podczas debaty nad in vitro zupełnie abstrahowano od tego, że prawne niszczenie lub zamrażanie dziecka w fazie embrionalnej jest
niedopuszczalne. Ale dotyczy to nie tylko in vitro. Każdy prokurator czy policjant, który podejmował działania przeciwko przestępczości aborcyjnej, był obiektem ataków w parlamencie.
Sprawcy aborcji skazywani są bardzo rzadko. To sytuacje właściwie wyjątkowe. A właśnie wasza gazeta wytknęła innej, do jakiego stopnia otwarcie funkcjonują ogłoszenia aborcyjne. Powtórzę,
z przykrością przyznać muszę rację niektórym naszym oponentom, że pewna część opinii katolickiej - mówię zarówno o autorytetach, jak i politykach - jest usatysfakcjonowana tym, że
normy, które mają chronić człowieka i rodzinę, funkcjonują wyłącznie jako deklaracje.
W tej chwili mówię o sprawie prostszej niż zasady, o przestrzeganiu prawa, które zostało ogłoszone jako kompromis będący kamieniem węgielnym powszechnego konsensusu. Przecież nawet
pozytywista prawny widzi, że obecny w polskim prawie termin "dziecko poczęte" wskazuje na moment, od którego chronione są prawa dziecka. Tymczasem zarówno niekatolicy, jak i
niektórzy katolicy nie czują się tym prawem zobowiązani. W tej chwili jedni traktują je jako nieobowiązujące, bo sprzeczne z "postępem". Drudzy wolą podjąć kolejną
ustawowo-deklaracyjną debatę, niż zaangażować się w obronę trudnego prawa - trudnego, bo kwestionowanego. Sprawą zasadniczą dla Kościoła w nadchodzących czasach będzie w coraz większym
stopniu kształtowanie indywidualnej odpowiedzialności moralnej, również za dobro wspólne. Dziś gołym okiem widać, że tych postaw nonkonformistycznych - katolickich nie tam, gdzie katolicyzm
jest fenomenem masowym, ale tam, gdzie jest kwestionowany - jest za mało. I ma to konsekwencje społeczne. Nie tylko zresztą w życiu katolickim, bo wszystko to zbiega się z ogólnym kryzysem
społecznym. Nonkonformistyczne postawy odpowiedzialności indywidualnej w ogóle nie są cenione w dzisiejszej kulturze. Ani w polityce, ani w dziennikarstwie, ani gdzie indziej. Cenimy sukces, a
nie wierność przekonaniom.
A dlaczego ma nie istnieć? Istnieje we wszystkich krajach katolickich w Europie, istnieje też w Polsce. Częściowo przenika się z chrześcijaństwem (bo kto bronił wolności w czasach
komunizmu?), częściowo jest w sporze z chrześcijaństwem, tam gdzie ogranicza albo kwestionuje dobro wspólne. Liberalizm odpowiada naturalnym potrzebom, które poprzedzają kulturę. Ludzie
najpierw nie mają przekonań, potem je nabywają. Każdy z nas zastanawia się nad zaniechaniem, gdy obowiązek jest trudny. Każdy chce żyć w materialnym dostatku.
W samej tradycji liberalnej są rzeczy, które bardzo cenię, np. konstytucjonalizm czy kantowski imperatyw kategoryczny (tyle że jako składnik, a nie zasadę świadomości moralnej). Ale
ostatecznie liberalizm wybrał zupełnie inną drogę, drogę relatywizmu. A wracając do Polski, szczególnie dzisiejszej - każda siła polityczna chce prezentować pewne minimum katolickie,
unikając przynajmniej konfliktu z Kościołem. Rzeczywiście jest jakąś słabością autorytetów katolickich, że bardzo często się tym zadowalają. Nie stawiają zatem ludzi przed problemem
indywidualnej czy środowiskowej odpowiedzialności. Opinia katolicka powinna dziś w znacznie większym stopniu oczekiwać, by konkretni ludzie - nauczyciele, sędziowie, lekarze - byli rzecznikami
wartości ludzkich, których bronimy. Gdyby tak było, debata o in vitro wyglądałaby inaczej. Choć tu - na gruncie dzisiejszego prawa - bardziej potrzebny jest notariusz niż adwokat.
Nie tylko, bo przecież byli tam założyciele komitetu, który dziś walczy o in vitro bez żadnej ochrony życia. I przyjęto założenie, że skoro obowiązujący "kompromis" nie
spełnia wymogów kompromisu (bo ochrona prawna dziecka poczętego nie pozwala na niszczenie czy zamrażanie zarodków), bierzemy go w nawias, traktujemy go jako nieobowiązujący i pracujemy nad
nowym "kompromisem" (obawiam się, że jego obowiązywalność będzie wyglądała podobnie). To przykra ilustracja kryzysu naszej polityki i prawdziwy obraz krępującego ją
oportunizmu. Gdyby decydowały przekonania, Sejm wezwałby po prostu ministra sprawiedliwości do przeciwdziałania ujawnionym przez "Dziennik" przypadkom niszczenia zarodków. Ale
politycy nie czują się mandatariuszami społeczeństwa odpowiedzialnymi za dobro publiczne, ale funkcjonariuszami swojej partii odpowiedzialnymi przed bossami partyjnymi. Tak naprawdę polski
poseł w sprawie, o której Jarosław Kaczyński powie, że jako kwestia sumienia nie podlega dyrektywom partyjnym, nie szuka - jak członek Izby Gmin czy amerykański kongresman - większości
wśród posłów wszystkich partii, ale idzie po zgodę do szefa swojej partii lub jej kierownika organizacyjnego. Bolesław Piecha działa w granicach przyzwolenia Jarosława Kaczyńskiego i
Przemysława Gosiewskiego. A Jarosław Gowin działa nie w oparciu o przeliczenie głosów i przekonań posłów - również na prawicy - ale w granicach przyzwolenia Donalda Tuska.
Założenie, że biskupi dla racji politycznych mogliby głosić coś innego niż naucza Kościół, to idea godna Wielkiego Inkwizytora. To przecież nadrzędność Magisterium jest podstawą
wolności prawego sumienia. To dlatego Pascal mówił, że gdzie braknie Kościoła, jest Papież, a gdzie braknie Papieża, jest Kościół. Ale tu chodzi o sprawę dużo bardziej konkretną, o
praktyki (nie samo zapłodnienie, ale to, co się dzieje po nim) sprzeczne z polskim prawem. Jarosław Gowin poruszył wiele spraw wymagających regulacji prawnej, szczególnie ochronę genomu
ludzkiego. Ludzki materiał genetyczny nie powinien być czymś, czym może dowolnie rozporządzać nieodpowiedzialny przed nikim alchemik. Natomiast to wszystko, co wiąże się z zapłodnieniem in
vitro, winno być rozpatrywane w kontekście prawa chroniącego dziecko poczęte. To zwolennicy tego "kompromisu" przysięgali bronić życia ludzkiego, gdziekolwiek pojawi się
zagrożenie wykraczające poza "wyjątki" z art. 4a ustawy o ochronie życia. Dzięki ustawie o ochronie życia trzy kodeksy (rodzinny i opiekuńczy, cywilny oraz karny)
potwierdzają prawa dziecka poczętego - nie tylko nienarodzonego, ale poczętego. Wyjątki oparte są na kategorii ochrony innych porównywalnych z życiem dóbr wyłożonej przez Trybunał
Konstytucyjny. Inna rzecz, że wykonując jego zalecenie, wcale nie przywrócono ustawy z roku 1993, ale nową, słabiej chroniącą np. sumienie lekarskie.
W takim zamiarze nie byłoby nic złego, ale to opis pana ówczesnych obaw, nie moich działań. Nie proponowałem zmiany ustawy, tylko konstytucji, a więc zagwarantowanie trwałości zawartej w
ustawie ochrony życia. Popierałem zmiany konstytucyjne. Uważam je za na tyle ważne, że wręcz (co było dla mnie moralnie trudne) zaproponowałem partiom moratorium na zmiany ustawodawstwa
zwykłego w przypadku przeprowadzenia zmiany konstytucji. Nie podjęła tego Platforma, ale, niestety, nie podjęło również PiS.
A jaki inny początek życia ludzkiego można wskazać? Człowieka chronimy albo ze względu na to, że jest człowiekiem, albo ze względu na jakieś cechy. To drugie redukuje człowieczeństwo do
tych właśnie cech. A poczęcie pozaustrojowe tylko potwierdza, kim jest najmniejsze poczęte dziecko, jeśli nie przerwiemy jego rozwoju.
Polemizuje pan nie ze mną, ale z prawem, dla którego deklarował pan poparcie, w każdym razie jako kompromis, w który się pan angażuje. A przecież nie mówimy o niechcianej ciąży, ale o
najmniejszym dziecku, które zostało sztucznie poczęte, żeby żyć. Jeżeli nie jest dzieckiem, to po co było jego całkowicie zamierzone poczęcie? Ma prawo nie być przedmiotem selekcji. A brak
cech, w których chciałby pan widzieć znamiona człowieczeństwa, tylko zwiększa naszą odpowiedzialność za jego życie.
Miały one dość poparcia, by została wprowadzona ustawowa ochrona życia, którą następnie obroniono po eseldowskiej delegalizacji w roku 1996. Nawet przy głosowaniu konstytucyjnym 60 proc.
posłów opowiedziało się za zasadami cywilizacji życia, a wśród głosujących stanowczo (za lub przeciw) była wyraźna (choć teoretyczna) większość konstytucyjna. Gdy chodzi o jednorazowe
potwierdzenie zasady, czy tym bardziej działania zbiorowe, jesteśmy katolickim społeczeństwem. Gorzej, gdy rzeczy stają się trudne - wymagają osobistego zaangażowania, przeciwstawienia się
atakom czy stanowiącemu cenę stałości zarzutowi monotematyzmu (ja też wolałbym może z panem rozmawiać o reformie Unii Europejskiej, solidarności energetycznej, o naprawie systemu
politycznego czy choćby polityce prorodzinnej). Wygodniej jest unikać kontrowersji za wszelką cenę. Również niektórych ludzi Kościoła zadowala sytuacja życzliwej obojętności. Zaczęliśmy
naszą rozmowę od przypomnienia dziedzictwa Jana Pawła II, którym polski katolicyzm dysponował w minionym dwudziestoleciu. Papież mówił, że niezależnie od skali, w jakiej uda się politykom
zagwarantować ochronę życia, ich postępowanie jest właściwe tylko wtedy, gdy ich poparcie dla prawa do życia ma charakter jasny, absolutny, osobisty i powszechnie znany. Tyle że kiedy
politycy partii cieszącej się największym poparciem katolików w Polsce mówią "zrobimy tak, jak powie Kościół", to jest to zaangażowanie kolektywne, a nie osobiste. I nie
jest to żadne oparcie dla Kościoła, tylko wykorzystywanie go jako tarczy. To nie jest ten nonkonformizm, o którym mówiłem, gdy człowiek broni przyjęte zasady jako osobiste przekonania, a nie
wyraz przynależności.
p
, ur. 1960, polityk, jeden z najbardziej znanych przedstawicieli polskiej konserwatywnej prawicy. W czasach PRL współzałożyciel opozycyjnego Ruchu Młodej Polski. W 1989 roku współzakładał ZChN, a później Porozumienie Prawicy, które stało się częścią PiS. W latach 1989 - 1993 oraz 2001 - 2007 był posłem na Sejm. 19 kwietnia ub.r. wystąpił z PiS i ogłosił powstanie nowej partii katolicko-narodowej pod nazwą Prawica Rzeczypospolitej. W "Europie" nr 165 z 2 czerwca 2007 roku opublikowaliśmy wywiad z nim "Czy liberalny kompromis zabija sumienie?".