Z czego wynika "Prawda absolutna według Wyborczej", próbowała na łamach "Gazety Polskiej" wyjaśnić Dorota Kania. Artykuł i zarzuty stawiane przez publicystkę zostały przedstawione w trzech głównych punktach: "W objęciach służb specjalnych", "Utopić Macierewicza", "Anatomia kłamstwa".

Na wstępie swojego artykułu Kania przypomina fragment książki Adama Michnika "W poszukiwaniu utraconego sensu". „Wiek XX pozostawił nam w spadku dwie istotne przestrogi. Pierwsza z nich to przestroga przed tymi, którzy pogardzają pojęciem prawdy, dla których prawda jest mieszczańską konwencją bądź fikcją literacką; którzy powiadają, że każdą prawdę można zrelatywizować, gdyż wszystko jest względne – dobro i zło, uczciwość i łajdactwo, wolność i zniewolenie." Jednak zdaniem publicystki ironią jest, że przestrogi Michnika można w całości odnieść do wielu publikacji jego gazety, a w szczególności tych o lustracji, a dokładniej antylustracji.

"Dziś już wiadomo, że >Gazecie Wyborczej< nie o samą ideologię chodzi – w archiwach służb specjalnych PRL zachowały się dokumenty na temat tajnych współpracowników, którzy byli związani z >GW< bądź też nadal w niej pracują" - twierdzi Kania. Podając przykłady, wskazuje na Lesława Meleszkę (ps. Ketman, Return, Tomek Zbyszek) oraz Macieja Stasińskiego (ps. Mega).

Kania, powołując się na dokumenty zachowane w IPN, przedstawiła, że Stasiński za cenę odstąpienia od postępowania karnego wyraził zgodę na współpracę. Jednocześnie w artykule znalazła się notatka końcowa ze sprawy Stasińskiego, w której oficer stwierdza, że "doszło do przekazania kilkunastu ogólnikowych informacji ustnych na temat sytuacji w środowisku" akademickim. A po ukończeniu studiów Stasiński odmówił dalszej współpracy. Chociaż sprawa wydaje się wyjaśniona, to pewien cień podejrzenia rzuca to, że w przekazanej przez UOP w 2003 r. do IPN teczce Stasińskiego stwierdzono brak części dokumentów.

Zdaniem Kani "w podobny sposób jak lustrację, &gt;GW&lt; traktowała prace Komisji Weryfikacyjnej oraz raport z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych autorstwa Antoniego Macierewicza". Tutaj zostały podane dwa przykłady. Krytyczne publikacje, inspirowane przez WSI, a pisane przez Edwarda Krzemienia, aktualnego redaktora naczelnego portalu Gazeta.pl, o Radosławie Sikorskim, wiceministrze obrony narodowej, w rządzie Jana Olszewskiego. Drugi przykład przytoczony przez Kanię dotyczył negatywnego stosunku Michnika do Macierewicza, co zostało zapisane w 1981 r. w dokumentach MSW, będących obecnie w posiadaniu IPN. "(…) Michnik w rozmowie przeprowadzonej w dniu 12 X. br. z Konradem Bielińskim, Grażyną i Grzegorzem Labuda wystąpił z propozycją zrobienia filmu, który będzie odbiciem życia A. Macierewicza. Figurant podjął się napisać szkice scenariusza do filmu w formie listu i razem z Kuroniem rozpracują go na sceny do filmu. Zdaniem figuranta w tym>trzeba Macierewicza ugotować<” - cytuje "Gazeta Polska".

Obrazu publikacji "Gazety Wyborczej" - według Kani - dopełnia "dziennikarstwo cynglowe" Agnieszki Kublik i Wojciecha Czuchnowskiego.

Publikacja "Gazety Polskiej" spotkała się dziś z odpowiedzią "Gazety Wyborczej". Maciej Stasiński w artykule "Agenta MEGA tarapaty z SB" sam opowiada o okolicznościach podpisania zobowiązania do współpracy z SB. Początkiem kłopotów okazało się to, że w Święto Pracy w "uniesieniu ideowo-etylowym" Satsiński zerwał i podeptał czerwoną flagę. Straszony kodeksem karnym, zwolnieniem ze studiów i wyrzuceniem z pracy ojca podpisał własnoręcznie zobowiązanie do współpracy.

Reklama

"Nie byłem do niczego wykorzystywany i nie przekazałem żadnych informacji SB, bo po pierwszym przesłuchaniu nigdy się z żadnym funkcjonariuszem SB nie spotkałem. Nie mogłem także po studiach, czyli w 1980 roku, odmówić >dalszej< współpracy, bo i wcześniej nigdy jej nie podjąłem" - odpowiada dziennikarz Gazety.

Jednocześnie w tekście znajdują się oświadczenia: Ireny Zofii Romaszewskiej, Jana Olszewskiego i redaktorów NTO, z których wynika, że po podpisaniu dokumentu o współpracy Stasiński poinformował ich o tym prosząc jednocześnie o pomoc.

Całą sprawę komentarzem opatrzyła również Ewa Milewicz. "Kania do prawdy nie doszła, bo nie jest dziennikarką, ale kopiarką esbeckich akt. Esbecy nie odnotowali działalności opozycyjnej Stasińskiego - no to kopiarka przecież sama do tego nie dojdzie. Skopiowała więc, że był zarejestrowany. Nim Kania kogoś następnego skopiuje, proszę się zaprogramować - tam były zarejestrowane i diabły, i anioły" - podsumowuje Milewicz.