TISZA — centroprawicowa partia Szacunku i Wolności, której przewodzi Magyar — szła do wyborów z obietnicą zmiany ustroju. Przestrzeń publiczna pobrzmiewała rewolucyjnymi hasłami: dużo mówiło się o tym, że to być może już ostatnia szansa, żeby odsunąć od władzy Orbána. I choć zwycięstwo w faworyzującym Fidesz systemie wyborczym — zwycięstwo, dodajmy, dające nowej władzy większość konstytucyjną — jest sukcesem ogromnym, to przekazanie władzy odbywa się w ramach demokratycznych, czyli powoli.
Kancelaria prezydenta Węgier Tamása Sulyoka poinformowała, że pierwsze posiedzenie nowego parlamentu zostało zaplanowane na 9 maja. To wtedy wybrany zostanie nowy premier i tego samego dnia nastąpi jego zaprzysiężenie. Są to wydarzenia, w które wielu Węgrom wciąż jeszcze trudno uwierzyć. W końcu upada ustrój, który wydawało się, że będzie trwał wiecznie. Co wyborcza porażka oznacza dla projektu politycznego Viktora Orbána?
Dwie rzeczywistości węgierskiej polityki
W odniesieniu do rządów Fideszu można by zacytować tytuł książki Aleksieja Yurchaka "Everything Was Forever Until It Was No More". Yurchak śledzi w niej pęknięcia między narracją propagandową a codziennym doświadczeniem mieszkańców ZSRR, które — jego zdaniem — przyczyniły się do jego ostatecznego rozpadu.
Jedną z kluczowych przyczyn węgierskiej porażki był narastający rozdźwięk między tym, co proponował ludziom kontrolowany przez Fidesz konglomerat medialny, a realiami życia w kraju, który w ciągu ostatnich 16 lat stał się jednym z najbardziej skorumpowanych w Unii Europejskiej.
Nie stało się to od razu: Fidesz w końcu odsunął od władzy skompromitowane kłamstwami socjaldemokratyczne MSZP, a swoje rządy rozpoczął od dowartościowania wsi i mniejszych ośrodków: również poprzez realne rozwiązania socjalne. Władza skupiła się na tych, którzy czuli się porzuceni przez posttransformacyjną narrację o postępie i projekt modernizacji na wzór Zachodu — państw stabilnie osadzonych w strukturach Unii Europejskiej. Z czasem działania prospołeczne zaczęły ustępować miejsca antagonizacji: Węgry podzielono symbolicznie na centrum vs. peryferia, na oszalałych liberałów i zwykłych ludzi.
Obrazem tego rozdźwięku były choćby sondaże przedwyborcze: pracownie związane z Fideszem (m.in. Nézőpont) wskazywały na zwycięstwo rządowej koalicji, podczas gdy te przeprowadzane przez instytucje niezależne (w optyce Fideszu zależne od zagranicznych interesantów) konsekwentnie dawały prowadzenie TISZY. W rezultacie Węgrzy niemal do północy 12 kwietnia żyli w dwóch równoległych rzeczywistościach: w tej, w której Fideszu nie da się pokonać, oraz drugiej, która wskazywała na szansę jego przegranej.
Tym razem jednak Fideszowi nie udało się zdominować kampanijnego przekazu. Nawiązujące do coraz bardziej nasilających się zarzutów o osobiste korzyści dla polityków z najbliższego otoczenia Orbána ze współpracy z Rosją hasło "ruscy do domu" ("ruszkik haza") rozbrzmiewało w okolicach wyborów na wiecach, tramwajach i w metrze, a sformułowanie o
"pustej kasie" (“üres a kassza”) — w domyśle: o majątku narodowym rozkradzionym przez spółki powiązane z NER. Ten skrót — Narodowy System Współpracy — to nazwa dla sieci politycznych i biznesowych powiązań, które Fidesz budował od 2010 roku, stopniowo zastępując instytucje liberalnej demokracji lojalnymi wobec partii strukturami.
Orbán uznaje porażkę
Przypomnijmy: około 53 proc. głosów przy historycznie najwyższej frekwencji przełożyło się na 141 spośród 199 mandatów dla Tiszy, zaś koalicja Fideszu i KDNP uzyskała ich zaledwie 52 — o 83 mniej niż w poprzednim parlamencie. Pozostałe 6 przypadło Mi Hazánk — skrajnie prawicowemu ugrupowaniu, które powstało po przesunięciu się ku centrum kojarzonego przez ostatnie dwie dekady z radykalną prawicą Jobbiku.
Mimo promowanej w państwowych mediach propagandy sukcesu do obozu rządzącego musiały przedostawać się wieści o zbliżającej się klęsce. Orbán już po ogłoszeniu rezultatów z pierwszych okręgów wyborczych wyszedł na mównicę podczas wyborczego wiecu Fideszu i otworzył swoją przemowę od słów: "Dobry wieczór wszystkim! Drodzy przyjaciele, wyniki wyborów, choć wciąż niekompletne, są zrozumiałe i jasne. Są dla nas bolesne, ale jednoznaczne. Odpowiedzialność i możliwość rządzenia nie została nam dana."
Uznanie klęski przez odchodzącego premiera zostało odebrane z ulgą i aprobatą wśród obserwatorów krytycznych wobec rządzącej partii: największe obawy wzbudzał scenariusz, w którym obie partie zanotują wyniki na tyle bliskie, że łatwo będzie sięgnąć po wcześniej przygotowane narracje o matactwach i wyborczych oszustwach.
Sam Orbán w pierwszym obszernym wywiadzie udzielonym kanałowi Patrióta wskazał korupcję jako jedną z przyczyn porażki. Wspomniał także o stylu życia części polityków swojej partii oraz o opóźnieniu budowy elektrowni jądrowej Paks II, którą Fidesz planował zrealizować we współpracy z rosyjskim koncernem energetycznym Rosatom. Tańsza energia dawałaby rządzącym możliwość kontynuowania polityki tzw. rezsicsökkentés, czyli administracyjnego obniżania cen energii, która przez lata stanowiła jeden z filarów społecznego poparcia dla Fideszu. W połączeniu z nieustającą kampanią strachu (wymierzoną kolejno w migrantów, Györgya Sorosa, opozycję, Brukselę, a ostatnio Wołodymyra Zełenskiego i Ukrainę) oraz rozszerzeniem prawa głosu na Węgrów mieszkających w krajach ościennych, pozwalała partii utrzymywać wyborczą dominację od 2010 roku.
Obietnica odnowy: co dalej z obozem narodowym na Węgrzech?
W tym samym wywiadzie Orbán zapowiedział odnowę obozu narodowego. Będzie to najpewniej odnowa na jego warunkach: 28 kwietnia, podczas posiedzenia rady krajowej partii, złożył rezygnację z funkcji przewodniczącego, którą pełni od 33 lat. Rada jednak jej nie przyjęła. Ostateczne decyzje mają zapaść podczas przyspieszonego tzw. "kongresu odnowy", zaplanowanego na 13 czerwca.
Co istotne, aż 25 z 42 posłów wybranych z list Fideszu — w tym sam Orbán — zrezygnowało z zasiadania w nowym parlamencie. Frakcją pokieruje dotychczasowy szef Kancelarii Premiera, Gergely Gulyás — nota bene były przyjaciel i ojciec chrzestny jednego z dzieci przyszłego premiera Pétera Magyara.
Pod rządami Orbána wychowało się całe pokolenie, które w przeważającej większości zagłosowało przeciw Fideszowi. Narracja odnowy może zatem kryć w sobie kilka rzeczy jednocześnie: próbę usunięcia z pierwszego planu twarzy najbardziej skompromitowanych aferami, ale też niechęć czołowych polityków do pełnienia roli politycznej tarczy przez kolejne cztery lata. W każdym razie pewien reset wydaje się warunkiem koniecznym przetrwania. Pytanie, które zostaje otwarte, brzmi: czy Fidesz zdoła przeprowadzić reset pod dyktando Orbána — a jeśli tak, czy będzie to jeszcze odnowa, czy tylko przetasowanie. Przez ostatnie półtorej dekady partia budowała władzę wokół wizerunku premiera jako niezastąpionego przywódcy narodu. Pozostaje nam zobaczyć, co stanie się z Fideszem, gdy okaże się, że na Węgrzech bez Orbána jednak da się żyć.