Niewtajemniczeni mogą sądzić, że status KO, to rodzaj łagodnych, niegroźnych związków z tajnymi politycznymi służbami PRL. Prawda dla ludzi współpracujących jako KO, jest jednak okrutna. Wiele istotnych elementów tych związków z SB jest podobnych jak w przypadku TW. Począwszy od werbunku, poprzez współpracę, aż do wykreślenia z ewidencji.

Reklama

I tu również rozpoczynano od rozpoznania osobowości kandydata. Należało zdobyć możliwie najbardziej szczegółowe informacje o życiu prywatnym i zawodowym, o cechach jego charakteru, zainteresowaniach, nawykach i skłonnościach. Sprawdzano możliwości jego wykorzystania operacyjnego oraz to, czy będzie mógł on wypełniać przewidziane dla niego zadania.

Kandydaci na KO musieli spełniać dwa kryteria - operacyjne, a więc posiadać możliwość przekazywania informacji, bądź inspirowania konkretnych osób. Po wtóre, winna cechować ich bardzo szeroko rozumiana lojalność wobec władzy państwowej, a ściślej PRL. To pierwsze rozpracowanie winno dać odpowiedź na pytania - jakie są szanse, że "będąca na warsztacie" osoba zgodzi się na współpracę, jak przeprowadzić rozmowę, kiedy, w jakich okolicznościach i warunkach.

Dopiero po zebraniu tych wszystkich danych, przełożeni decydowali, czy podjąć werbunek. W przypadku pozytywnej decyzji określano również taktykę rozmowy. Obowiązywały w niej podobne reguły, jak przy pozyskaniu TW. Sama rozmowa miała charakter operacyjny, a więc ściśle tajny, określana była w języku SB jako "rozmowa pozyskaniowa". Nadrzędną zasadą doboru kandydatów było przekonanie, że lepiej zrezygnować z ludzi mało przydatnych, niż ich pozyskiwać, a później z nich rezygnować.

Często werbunek na TW opierał się na szantażu. Wykorzystywano drobne przestępstwa kryminalne, wykroczenia drogowe, szczególnie jazdę po pijanemu, sprawy obyczajowe, zdrady małżeńskie, drobne defraudacje finansowe, itp. W przypadku KO nie wolno było korzystać z szantażu. Był jedynie dopuszczalny werbunek na podstawie dobrowolnej zgody. Osobą werbowaną kierować mogły pobudki ideowe, bądź korzyści osobiste. Nie tylko materialne, ale także możliwość ułatwiania, czy wręcz załatwiania różnych rzeczy dzięki cichej pomocy SB.

Instrukcja werbunku mówiła, że w trakcie rozmowy funkcjonariusz SB winien dbać o to, aby ze świadomości werbowanego wyrzucić takie "drażliwe" terminy, jak donosicielstwo, konfidenci, itp. KO musiał dawać pewność, że zachowa w tajemnicy fakt spotkań i treści rozmów. Od KO nie wymagano jednak, z zasady, pisemnego zobowiązania do współpracy. Również z reguły nie brano od nich informacji pisemnych. Przekazywali je oni najczęściej ustnie. Dbano jednak o weryfikację tych informacji. Robiono to to podobnie jak w przypadku TW. Porównywano je z wiadomościami lub danymi uzyskiwanymi z innych "źródeł osobowych".

Zwykle na podstawie ich relacji oficerowie SB sporządzali raporty służbowe i wkładali je do teczek KO. W teczkach znajdowały się też informacje o personaliach KO. Wniosek o werbunek, rozliczenia ewentualnych nagród i wypłat finansowych przekazywanych KO albo rachunki związane z kosztami spotkań, np. w restauracji. Z założenia współpraca z KO była bardziej "miękka" i miała pełnić jedynie funkcję pomocniczą względem TW. W praktyce bywało, że jakość i wydajność pracy określonego KO była znacznie większa niż niektórych tajnych współpracowników.

Jak w świetle tych reguł stosowanych przez SB mają się rzeczy w przypadku ks. Henryka Jankowskiego - nie wiadomo. Co więcej, stopień celowego, sterowanego przez ówczesne kierownictwa MSW zniszczenia na przełomie lat 80. i 90. materiałów IV Departamentu, zajmującego się walką z Kościołem, praktycznie przesądza o tym, że nigdy nie poznamy pełnego obrazu tej współpracy.

Korzystałem z książki Filipa Musiała "Podręcznik bezpieki.