Jednym z pomysłów PO (któryż to już!) jest poskromienie zapędów polityków, czyli swoich, przez konieczność umieszczania w owych instytucjach profesorów.
Jeśli to trochę mało, to konieczna byłaby również rekomendacja jakiejś szkoły wyższej. Troszkę inaczej z mediami – tam nie byłaby potrzebna profesura, ale poparcie szkół wyższych i środowisk twórczych.
Pomysł to nienowy. Co jakiś czas słyszymy, że ludzie po habilitacji przyjdą komuś tam z odsieczą. Ideę „otwarcia się na środowiska akademickie” ogłaszał swego czasu przy kompletowaniu skład władz spółek państwowych ówczesny premier Jarosław Kaczyński. I, trzeba przyznać, słowa dotrzymał i się otworzył. W wyniku tego otwarcia profesor Adam Glapiński mógł sprawdzić się w telefonii komórkowej.
Nie ma podstaw, by sądzić, że teraz miałoby być inaczej. Z kolei publiczne media mógłby nadzorować doktor Józef Oleksy wespół z doktorem habilitowanym Stefanem Niesiołowskim i doktorem Jarosławem Kaczyńskim. Wszyscy z pewnością uzyskaliby stosowne rekomendacje, listy polecające i glejty.
Wytłumaczenia, skąd się biorą takie pomysły, są dwa. Pierwszy zakłada cynizm – politycy (w tym wypadku PO, ale przecież nie oni jedyni) doskonale wiedzą, że znajdą posłusznych sobie nominatów z tytułami, ale dla zamydlenia oczu pismakom i opinii publicznej opakują ich w stroje „niezależnych fachowców”. Drugie wytłumaczenie zakłada, niestety, że politycy sami wierzą, że tytuł naukowy zwalnia z poglądów i leczy ze stronniczości. Wiara taka to głupota w postaci skrajnej.