Jest grupa ludzi związanych ze mną osobiście: Wojtek Wierzejski, Daniel Pawłowiec. Oni teraz współtworzą kampanię Libertas, a ja w razie potrzeby ich wspieram, także publicznymi wypowiedziami.
Nie startuję w wyborach europejskich. I powiem szczerze, nie chcę być parlamentarzystą – ani w Strasburgu i Brukseli, ani w Warszawie. Jestem przekonany, że czekają nas wielkie
zmiany. Nadchodzi kres epoki, w której politykę traktuje się jako jedyny zawód.
Premiera, ministra – tak. Lidera partyjnego – może też. Ale czy posła – mam wątpliwości. Spsienie polskiej polityki zaczęło się od tego, co zrobiono z
parlamentarzystami. Zebrano grupę przypadkowych w dużej mierze ludzi w poselskim hotelu i pozwolono im wytworzyć własną mentalność, poczucie zawodowej solidarności. Jest to poczucie
specyficzne, bo oparte na statusie materialnym niższym niż ten, którym może się wykazać większość klasy średniej, profesjonalistów. Dlatego posłowie są dzisiaj w powszechnej pogardzie. A
przecież zawsze było tak, że to klasa średnia wyłaniała spośród siebie elity polityczne.
Poseł powinien być niezawodowy. Musi się utrzymywać z własnej pracy.
Dlatego też posłowie powinni się ograniczać do politycznych głosowań, a szczegóły prac nad ustawami zostawić ekspertom, zawodowym legislatorom, fachowcom od stanowienia prawa. W tej chwili
stanowienie prawa odbywa się w zupełnej mgle. Zrobiłem kiedyś eksperyment: przeforsowałem na komisji poprawkę do ustawy o partiach politycznych, zmieniającą zasady ich finansowania. Inni
posłowie zauważyli to dopiero wtedy, gdy PKW powiadomiła ich o zmianie prawa. Taki stan rzeczy ułatwia zadanie lobbystom. To oni manipulują kształtem przepisów – poprzez niczego
nieświadomych, a przy okazji ubogich posłów.
Szczegóły pożądanej reformy trzeba przemyśleć, ale obecny stan rzeczy trwać nie może. W obecnym Sejmie jest podobno 4 adwokatów. W poprzednim było 12. Gdyby byli w nim sami prawnicy,
pozostawianie szczegółów posłom miałoby jakiś sens. A tak nie ma sensu.
Na to nasze społeczeństwo się nie zgodzi, choćby dzięki agitacji mediów. To jest zresztą pochodna chorego systemu partyjnego. Partyjni liderzy dobierają na listy miernych biernych, ale
wiernych. Czasami również popełniałem ten błąd, kiedy stałem na czele LPR. Tusk i Kaczyński robią to także, na coraz większą skalę. Dziś posłowie nie są reprezentacją najlepszych.
Są reprezentacją grupy klientów lidera.
Wolę to niż obecny stan rzeczy. I myślę, że klasa średnia, klasa profesjonalistów, której poziom jest coraz wyższy, doprowadzi do zmiany. Bo rozdźwięk między ich interesami a
nieudolnością parcianego świata polityki jest coraz większy.
Przypomnę, że we Włoszech doszło do wymiecenia całej dotychczasowej klasy politycznej.
Jednak całe formacje polityczne, uznane przez obywateli za skorumpowane, wypadły z gry. W Polsce nie da się utrzymać ani obecnej struktury polityki, ani obecnej konstytucji.
Nie potrafię powiedzieć. Ale wiem, że to tąpnie – prędzej czy później.
Skoro posłom odbiera się nawet darmowe leczenie, lepiej skończyć z tym absurdem. A zmiana konstytucji powinna dotyczyć wielu sfer. Trzeba na przykład skończyć z dwugłową władzą
wykonawczą – z jej podziałem między prezydenta i premiera. Jeden z nich musi być bezapelacyjnie najważniejszy. Obecny system po prostu nie działa.
Mam inne odczucia, choć oczywiście żaden z nas nie udowodni swoich wrażeń. Ponad 70 procent Polaków nie utożsamia się z obecnym prezydentem, a ponad 50 procent – z premierem.
Większość poparłaby z pewnością zmiany w konstytucji.
W 2000 roku AWS, SLD też trzymały się krzepko. Gdzie są dzisiaj? W polityce radykalne zmiany mogą nastąpić w ciągu miesiąca. Kaczyński zachoruje i nie ma PiS w obecnej postaci. Albo PO,
która przechodzi właśnie apogeum swojej świetności, pogrąży się w wojnie między Tuskiem i Schetyną na kwity – i po Platformie. Wystarczył jeden cyfrowy magnetofon i jeden wywiad
Kaczmarka, żeby z potężnego Millera nie było co zbierać. Ja scenariusza przewidzieć nie jestem w stanie, ale mówię, jaki kierunek zmian bym promował, gdybym wrócił do polityki.
Na razie doradzam. Korzystam z odrobiny spokoju. A czy muszę być liderem? Wystarczy mi wrzucanie do polityki własnych pomysłów.
Nie będę tego komentował, życie Libertas znam z relacji przyjaciół. Zauważę tylko, że Wałęsa być może czuje przekwitanie Platformy. On już na kongresie EPL czuł się zobowiązany, aby
przemówić w obronie stoczni. Moim zdaniem Lech Wałęsa czeka na jakąś propozycję jak kania dżdżu. Może więc stanie na czele demokratycznych zmian w Europie?
Mam wrażenie, że książka Cenckiewicza i Gontarczyka, na którą Wałęsa oczywiście się złości, w specyficzny sposób go uwolniła. Jego niczym nie można już szantażować. On jest wolny.
Bo co mu mogą zrobić? W moim przekonaniu jego związek z salonem oparty był na strachu przez ujawnieniem papierów „Bolka”. Ten motyw znika.
Zasługi w obaleniu komunizmu zdecydowanie przeważają w jego ocenie. Moim zdaniem wyjazd do Rzymu to świadomy wybór Wałęsy, zerwanie z salonem. On by już dawno spróbował współdziałać z
PiS, ale nienawiść Kaczyńskich odpychała go od tej formacji. On jest z natury ludowy, katolicki, antybiurokratyczny.
Liderami przemian są często ludzie, którzy nie mają wszystkich predyspozycji, ale mają charyzmę. On coś już osiągnął. Wszyscy mówią o Libertas. Tydzień temu nie mówił nikt.
Ja nie jestem liderem Libertas. Ale tak – to właściwe dla niego miejsce.
Walka o wartości musi byś toczona w całej Europie, poprzez paneuropejską partię, gdyż samodzielne zmagania w Polsce nie wystarczą. Ponad 80 procent prawa ustanawia Bruksela.
Ja ją już uznałem zaraz po europejskim referendum w 2003 roku, powiedziałem to wtedy w głośnym wywiadzie. Unia jest rzeczywistością i nie można jej zostawiać w rękach biurokratów albo
lewaków pokroju naszej pani Senyszyn – a tacy dziś tam dominują. Trzeba budować siłę kontynentalną, która wróciłaby do korzeni, do Europy Adenaura i De Gasperiego.
Przede wszystkim sprzeciwia się traktatowi lizbońskiemu, który daje zbyt małe kompetencje i państwom członkowskim, i demokratycznie wybieranemu Parlamentowi Europejskiemu. Walkę o kształt
Unii warto podjąć na poziomie Europy. Walczyłem przez sześć lat na poziomie narodowym i przegrałem. Wypadłem z rządu Kaczyńskiego, gdy sprzeciwiłem się wraz z LPR traktatowi
lizbońskiemu.
Ale w przeddzień tego fundamentalnego sporu. Libertas, angażując takich ludzi jak Wierzejski, Pawłowiec, Ślusarczyk, uznaje tamten nasz wybór. Na naszych oczach paneuropejska partia walcząca w
obronie zasady pomocniczości, w obronie cywilizacji życia rejestruje swoje listy we wszystkich krajach Europy.
Tak, te kwestie, które wiążą się z wyzwaniami globalizacji, powinny należeć do Unii. Inne – do krajów.
Bo nie odróżniają jednej kwestii od drugiej. Ale ja rozpisuję spor o kształt Unii nie na rok, dwa, a na dziesięciolecia. I stawiam pytanie: czy za pięć lat Parlament Europejski miałby nam
narzucać prawa dla małp – jak w Hiszpanii. Chciałby pan takiej Europy? Jeśli nie – to walczmy o inną.
A kto powiedział, że Libertas apeluje tylko do skrajnie konserwatywnego elektoratu? Z tego, co słyszałem, odwołuje się do wszystkich Polaków, którym nie odpowiada obecna debata. Debata o tym,
czy poseł z Lublina nasiusiał na portret prezydenta, czy nie nasiusiał. Czy go za to potępić, czy nie. Moim zdaniem partia, która proponuje spór o coś realnego, o traktat lizboński, ma
szanse na dobry wynik.
I w tej akurat sprawie bliżej mi do rządu Tuska – zwiększanie deficytu nie jest dobrym lekarstwem.
Ależ mnie zawsze było bliżej do wolnorynkowej Zyty Gilowskiej niż do lewicowego Ludwika Dorna. W rządzie byłem za obniżaniem podatków, za przedsiębiorczością To my przeforsowaliśmy
obniżenie podatków związane z ulgą na każde dziecko. Natomiast w sprawie euro bliżej mi do PiS.
Uważam ich spór za pozorny. One się żywią wzajemną nienawiścią.
Nie, nawet go szanuję, choć gdyby porządził dłużej, zafundowałby nam dyktaturę na modłę białoruską. Tylko widzę obie te partie jako coraz mocniej ociosane z indywidualności. PiS jest
ociosane bardziej, więc pewnie poniesie klęskę wcześniej.
Przede wszystkim powtórzę jeszcze raz i dobitnie: my nie jesteśmy eurosceptykami. Ta formuła minęła.
Zwolennikami demokratyzacji Europy.
To środowisko nieźle wyedukowane, które zachowało ciągłość pokoleniową przez 20 lat. Za kilka lat pierwsze dzieci wszechpolaków dołączą do tego ruchu. Niech pan mi pokaże drugą taką
grupę w Polsce. Co nie oznacza, że ja nie popełniłem błędów. Mówiłem, że zbyt mocno tłumiłem samodzielność w LPR. Niepotrzebnie wyciąłem Macierewicza. Nie dlatego tego żałuję, że
go politycznie cenię. Dlatego, że każdej partii potrzebny jest głos wewnętrznej krytyki. Dziś na takiej drodze jest Kaczyński, potem znajdzie się na niej Tusk.
Jeszcze nie wiem, na razie przyglądam się, doradzam, taka rola mi odpowiada, teraz czuję się człowiekiem wolnym. Kiedy Wałęsa przemawiał w Rzymie, ja grillowałem w swoim ogródku
kurczaka.
Pytanie tylko kogo (śmiech).
*Roman Giertych, były przewodniczący Ligi Polskich Rodzin, wicepremier i minister edukacji. Dziś prowadzi praktykę adwokacką