Możliwe: czas po eurowyborach, gdy po raz kolejny poznaliśmy bilans sił poszczególnych partii, prowokuje szczególnie do snucia scenariuszy. Więc Schetyna zaspokaja tę potrzebę. A trudno debatować 24 godziny na dobę wyłącznie o słabościach Prawa i Sprawiedliwości.

Reklama

U nas w Platformie wszystko wiadomo

Zdaniem bliskiego doradcy Tuska i Schetyny ta deklaracja to nie otwarcie dyskusji na temat sukcesji w PO w obliczu wyborów prezydenckich 2010 – raczej jej definitywne zamknięcie: – U nas wszystko już wiadomo: Donald Tusk będzie kandydował na prezydenta, do ostatniej minuty pełniąc funkcję premiera. Dopiero po wyborze przekaże swoje obowiązki Grzegorzowi Schetynie. Czy obowiązki lidera partii też? To nie jest do końca jasne.

Czy politycy Platformy serio rozpatrują unię personalną dwóch tak odmiennych funkcji: prezydenta i szefa partii? Pytani o to współpracownicy Tuska zaczynają od rozważań na temat upartyjnienia prezydenckiego urzędu przez Lecha Kaczyńskiego, dodając, że „Grzegorz chciał na to zwrócić uwagę”. – Ale czy taki wariant brany jest serio? – dopytuję. – Raczej nie, ale chodzi o przypomnienie ewentualnym rozrabiakom w Platformie, na przykład Januszowi Palikotowi, że Tusk pozostaje jedynym źródłem władzy w partii. Że będzie dalej przywódcą tego obozu jako prezydent – objaśnia mi ważny polityk PO.

Korzyści – tak. A standardy?

Sens polityczny tej operacji staje się więc zrozumiały. Gorzej z sensem merytorycznym. Od lat politycy Platformy piętnują Lecha Kaczyńskiego za sprzyjanie partii brata. Teraz proponują – niechby i symbolicznie – sformalizowanie czegoś, co za obecnego prezydenta było jednak tylko dorozumiane, nieformalne. To ośmiesza nie tyle nawet ich samych („kalizm” to ulubiona metoda działania polskich polityków), co licznych komentatorów gotowych umrzeć za standardy naruszane ponoć przez obóz PiS.

Ci sami, którzy zaledwie wczoraj mieli fundamentalne pretensje o to, że Lech Kaczyński zajmuje w jakiejkolwiek sprawie stanowisko zgodne ze stanowiskiem partii, która go zgłosiła do prezydentury, ba, traktowali to w kategoriach narodowej tragedii, łykają teraz pomysł Schetyny ze zdumiewającym spokojem. Trochę kręcą nosem, ale szat nie rozdzierają. No, ale taki już urok polskiego życia publicznego, coraz mocniej opartego na dwóch rodzajach standardów – dla partii rządzącej i dla partii Kaczyńskich. Skądinąd Schetyna, rzucając swoją propozycję, potwierdził oczywistą prawdę: prezydentura pochodząca z wyborów powszechnych i wyposażona w istotne, nawet jeśli głównie blokujące kompetencje, nie będzie ani apartyjna, ani neutralna. Warto tę opinię odnieść i do prezydentury Kaczyńskiego, i – o ile do niej dojdzie – Tuska.

Ponieważ zaś po wygranych wyborach europejskich, także w następstwie takich zdarzeń jak rezygnacja Rafała Dutkiewicza z kandydowania, lider Platformy jest coraz bliżej Pałacu Namiestnikowskiego, warto raz jeszcze przećwiczyć różne warianty uporania się tej partii z problemem.

Scenariusz pierwszy: Tusk się poświęca

Sugestie: aby Donald Tusk wybrał trudy realnego rządzenia na urzędzie premiera ponad brylowanie w prezydenckim pałacu padały ze strony komentatorów (między innymi Witold Gadomski, Piotr Zaremba), politycznych weteranów (Tadeusz Mazowiecki) i rzadko polityków czynnych (ostatnio ostrożnie rozważała taki wariant świeżo wybrana eurodeputowana PO Lena Kolarska-Bobińska, która nie wyzbyła się jednak obyczajów eksperta). Argumenty były głównie państwowotwórcze: kierowanie rządem to realna władza zmieniania rzeczywistości, premier powinien dokończyć swoje dzieło, a sytuacja, gdy jest zainteresowany prezydenturą, zmienia nieuchronnie jego urzędowanie w ciąg PR-owskich sztuczek. W dodatku Tusk ze swą popularnością miałby może większą szansę na przeforsowanie trudnych reform typu redukcje emerytur mundurowych niż ktokolwiek inny.

On sam długo nie odrzucał tych racji i co jakiś czas, według zaprzyjaźnionych z nim osób, dochodził do wniosku, że interesuje go konkret, czyli premierostwo. Ale pomijając już meandry jego osobowości każącej mu szukać symbolicznej rekompensaty za porażkę 2005 roku, logika sytuacji pcha go do kandydowania. Powszechne wybory prezydenckie to okazja do totalnej mobilizacji największych partii. Kto miałby mobilizować Platformę lepiej, jak nie jej popularny lider? A urząd prezydencki, mimo jego ograniczonych kompetencji, jest zbyt poważną stawką, aby walczył o nią ktokolwiek poza najlepszym w sondażach. Jego zdobycie da Platformie w praktyce absolutną władzę nad Polską – coś, o co tylko otarł się PiS po roku 2005. Otarł, bo zmogła go niemożność zbudowania trwałej koalicji

Wyrzeczenie się prezydentury przez Tuska mogłoby nastąpić tylko w jednym przypadku: w Platformę uderza wielki kryzys lub głośna afera i traci większość swojego poparcia. W takim przypadku okopanie się Tuska w rządzie staje się perspektywą atrakcyjną, a wysunięcie mniej partyjnego kandydata daje osłabionej PO szansę na zawalczenie o prezydenturę nadal przychylną jej interesom. Wówczas kimś najbardziej odpowiadającym jej interesom byłby ktoś w rodzaju Jerzego Buzka. Polityk, który dzięki świetnemu wynikowi w eurowyborach zdystansował innych kandydatów rezerwowych, takich jak marszałek Bronisław Komorowski czy szef MSZ Radosław Sikorski.

Scenariusz drugi: Tusk schodzi z piedestału, aby wygrać

Przewidywał on rezygnację Donalda Tuska z urzędu na kilka miesięcy przed wyborami i skoncentrowanie się na kampanii. Szefem rządu miałby zostać jego najbliższy współpracownik, czyli Schetyna. Ten wariant był tak naprawdę wynegocjowany w gremiach kierowniczych PO na początku jej rządów.

Wynikał z przekonania, że nie da się walczyć skutecznie o prezydenturę, kierując rządem. Bo wykorzystają to przeciwnicy, wypominając Tuskowi a to grę rządowymi decyzjami pod wyborczą publiczkę, a to zaniedbywanie podstawowych obowiązków. A jednak w końcu go porzucono. Dlaczego?

Stało się to w okresie przejściowych napięć między Tuskiem i Schetyną. Lider Platformy doszedł zapewne do przekonania, że zbyt wczesne wypuszczenie z rąk steru rządów, może się dla niego okazać zdradliwe. Równocześnie ewentualne zarzuty opozycji przestały się jawić jako groźne. Okazało się, że Platformie wolno więcej niż poprzednim ekipom. Potwierdziły to wybory europejskie – wygrane pomimo braku większych sukcesów.

Scenariusz trzeci: Tusk przesiada się z małego do wielkiego pałacu

Przyjęty ostatnio i najbardziej prawdopodobny: Tusk jest do ostatniej chwili premierem i w tej roli wygrywa prezydenckie wybory. Zakłada on przekucie mankamentów tej sytuacji w siłę. – Wyobraźmy sobie ciężki kryzys. Donald jest człowiekiem, który nie porzuca swojego urzędu, ale do ostatniej chwili podejmuje decyzje ważne dla obywateli – tłumaczy bliski doradca obecnego premiera.

W Polsce to sytuacja kompletnie nieprzećwiczona – do tej pory urzędujący premier nigdy nie kandydował na prezydenta. Znana jest jednak z innych krajów o silnej, wyłanianej w powszechnych wyborach prezydenturze – na przykład Francji. Patent na rozegranie kampanii wydaje się w takiej sytuacji prosty. Szef rządu przedstawia się jako osoba ciężko pracująca, która nie ma czasu na występy na partyjnych konwencjach i w partyjnych klipach. Taką metodę stosują urzędujący prezydenci USA (w kraju tym są oni tez. szefami rządu). Ostentacyjnie uginający się pod ciężarem codziennych obowiązków wchodzą do kampanii bardzo późno, a jednak na ogół wygrywają. No chyba że są z innych względów wyjątkowo fatalni i odrzucani. Ale Tusk będzie miał jako rywala mocno niepopularnego, a związku z tym bardziej skazanego na PR-owskie wysiłki Lecha Kaczyńskiego.

Scenariusz czwarty: Tusk jest prezydentem i dalej kontroluje partię

To nie tyle wariant alternatywny, co dalszy ciąg poprzedniego. Wypowiedź Schetyny nie tylko blokuje ewentualną wojnę o pozycję lidera PO. Ona także pokazuje, że sam wicepremier nie ma chrapki na pełną schedę po Tusku. Silnego przywódcę, który łączył władzę nad państwem i partią, ma zastąpić przywódca słabszy, który chce tylko władzy rządowej. Nawet jeśli Tusk sam nie zatrzyma na zawsze stanowiska szefa PO, odda go politykowi o słabszej pozycji – typu Hanny Gronkiewicz-Waltz. Nie będzie wcześniej szachował Schetyny rezerwowymi kandydatami premiera w rodzaju Bronisława Komorowskiego czy Zbigniewa Chlebowskiego (jeszcze niedawno traktowano ich serio), ale wyłączy partię z jego wladztwa.

To ma uchronić obóz rządzący przed bratobójczym starciem, jakie stało się w końcu udziałem prezydenta Kwaśniewskiego i premiera Millera. Ale kryje się też za tym przekonanie Schetyny, pogodzonego chyba z prymatem Tuska, że tylko obecny premier jest sondażową gwarancją dalszych sukcesów, że jego charyzma będzie nadal potrzebna obozowi rządzącemu. Sam „numer dwa” miałby przejmować państwo z rąk Tuska bardzo stopniowo.

Gdyby udało się go przeprowadzić, byłby to majstersztyk, choć panowie mieliby do rozstrzygnięcia dylematy techniczne – na przykład, czy majstrować przy ustroju państwa, czy dzielić między siebie władzę pod rządami obecnej mało precyzyjnej konstytucji. Oczywiście, gdyby tandem dziaał idealnie, miałoby to mniejsze znaczenie. Tusk mógłby się wówczas okazać potężnym prezydentem, mimo że niepchającym się do poszerzenia formalnych uprawnień.

Te plany mógłby jeszcze pokrzyżować jakiś kaprys losu, na przykład mocny wewnątrzpartyjny opór wobec Schetyny (łagodzony jednak kuratelą Tuska nad PO), ich mniej lub bardziej irracjonalny spór (bywało już, że patrzyli na siebie nieufnie) albo tąpnięcie w wyborach parlamentarnych 2010. Ale tak naprawdę przed obydwoma panami stoi inny, poważniejszy dylemat.

– Nie zrobią niczego głupiego, bo wiedzą, że ich zwarty tandem da im wreszcie, wspólnie, pełną władzę, która pozwoli im zrealizować programowe marzenia – tłumaczy minister tego rządu. I rzeczywiście, nieblokowany przez prezydenta Tuska rząd Schetyny mógłby reformować kraj na własną modłę. Pytanie, jak wiele wspólnych marzeń pozostało jeszcze obu politykom. Czy pozbawieni zagrożenia ze strony obozu Kaczyńskich nie zaczną znowu odkładać najtrudniejszych przedsięwzięć, takich jak reforma publicznych finansów. Bo wyborcze słupki, bo kolejne kampanie... Stawka – utrwalenie władzy na dziesięciolecia – będzie przecież coraz większa.