Czterdzieści lat temu zrobił to guru liberałów (w USA zwanych libertarians, bo słowo „liberal” ukradli socjaldemokraci) prof. Milton Friedman. Zajrzał mianowicie do biblioteki Kongresu, przeczytał program amerykańskiej Partii Komunistycznej z bodaj 1920 roku i stwierdził z przerażeniem, że niemal wszystkie punkty tego programu zostały w ówczesnych Stanach spełnione! Dziś jest oczywiście znacznie gorzej; mówi się np. o zakazaniu wolnym niegdyś obywatelom nazbyt tłustego jedzenia – co nie przyszło do głowy nawet tak wybitnym przedstawicielom lewicy jak Lenin, Hitler czy Trocki (Hitlerowi natomiast przyszedł do głowy zakaz palenia).
Kowale swojego losu
Może warto tu podać, co rozumie się przez prawicę. Otóż w odróżnieniu od lewicy propagującej socjalizm (zwany dziś państwem opiekuńczym) prawica wyznaje zasadę „każdy jest kowalem własnego losu” – wywodzącą się wprost z podstawowej zasady prawa rzymskiego: „Volenti non fit iniuria” („chcącemu nie dzieje się krzywda”). Albo człowiek jest obdarzony wolną wolą i wtedy ma prawo jeździć bez pasów lub wejść, jeśli chce, do klatki z lwami albo uznajemy, że człowiek jest tylko bydlęciem, za którego zdrowie, wykształcenie a nawet otyłość odpowiada nie on sam, tylko urzędnik państwowy. Urzędnik ten miałby tym samym prawo nakazywania bydlętom, by chodziły do właściwej szkoły, brały właściwe lekarstwa, jadły właściwe potrawy – właściwe według urzędnika.
Przeciwieństwem liberalizmu jest zatem etatyzm – zasada, że państwo odpowiada za człowieka. Między tymi zasadami nie ma kompromisu: albo traktujemy człowieka jak istotę odpowiedzialną za los swój i swoich dzieci, albo traktujemy go jak bydlę (lub, jak kto chce: jak małe dziecko). Tertium non datur.
Z tej podstawowej różnicy płyną niezliczone konsekwencje praktyczne. Lewica chce podwyżki podatków, bo człowiek mając pieniądze, wszystko przepije. Prawica chce niskich podatków i wierzy, że człowiek wyda je rozsądniej i oszczędniej. Część zapije się na śmierć? Ich problem, byli kowalami swojego losu. Pismo Święte (i to Nowy Testament!) doradza nawet ostrzej: jeśli gałąź uschła – odrąb ją (czyli: nie czekaj, aż sama odpadnie). A już w żadnym przypadku nie należy jej ratować.
Lewica chce zniesienia kary śmierci, twierdząc, że to nie człowiek jest winien, że zabił, lecz społeczeństwo, bo go źle wychowało. Prawica uważa, że jeśli ktoś wiedział, że za morderstwo (czyli zabójstwo z premedytacją) jest kara śmierci i zabił, to chciał, by go powieszono. Jeśli ktoś kładzie głowę na szynach, to chce, by ją pociąg obciął, czyż nie?
Prawicowy Cimoszewicz
Lewica chce przymusowych ubezpieczeń w każdej dziedzinie – a już na pewno emerytalnych. Prawica domaga się ich zniesienia, jako niemoralnych i oduczających samodzielnego troszczenia się o własny los. Tu od razu uwaga: Włodzimierz Cimoszewicz mówiący powodzianom „Trzeba było się (dobrowolnie) ubezpieczyć” zachował się jak klasyczny prawicowiec. A najbardziej prawicowym (poza UPR) politykiem był członek PZPR Mieczysław Wilczek, autor reformy gosdpodarczej z 1988 r.
Lewica dba o człowieka pracy (ma mieć urlopy, przerwy w pracy, luksusowe warunki) i przymyka oko na to, że po pracy musi kupować buble wytwarzane przez rozleniwionych ludzi pracy. Prawica domaga się, by człowiek pracy był wyzyskiwany po to, by po pracy, już jako konsument, miał dostęp do dobrych i tanich towarów wytworzonych przez wyzyskiwanych ludzi pracy.
Lewica mówi o bezpieczeństwie; Prawica – o wolności. Prawica przywołuje bajkę o Brysiu i wilku („Lepszy na Wolności kąsek ladajaki / Niźli w niewoli
przysmaki”). Bywa cytowana również bajka o mrówce, która konikowi polnemu, śpiewającemu przez całe lato, odmawia zimą kęsa strawy i radzi: „Teraz idź
potańczyć!”. Jest to oczywiście bajka prawicowa i podejrzewam, że została dawno usunięta przez lewicę z podręczników literatury w szkołach.
Prawica jest przy tym nad wyraz podejrzliwa w stosunku do demokracji – do tego stopnia, że ja na przykład na ogół to obrzydliwe słowo wykropkowuję do postaci
„d***kracja”. Myśl o życiu w ustroju (na szczęście rzadkim w dziejach), w którym dwóch meneli spod budki z piwem ma dwa razy więcej siły politycznej niż profesor
uniwersytetu; w ustroju, w którym Anna Sobecka do spółki z Magdaleną Środą mogą decydować, czego mam uczyć swoje dziecko i jak wychowywać własnego syna, budzi przerażenie. Gdy tyran ma
imię i nazwisko, można go przekonać, otruć, ewentualnie ukrywać się przed nim, licząc na sympatię sąsiadów. Gdy tyranem jest większość, któryś sąsiad natychmiast dysydenta wyda... Lud
powinien być może wybierać lokalnych urzędników, na pewno powinien określać, ile chce i może zapłacić podatków, ale uchwalanie przez lud prawa jest absurdem, co widać po parlamencie (nie
tylko polskim), który pierwotnie przeznaczony był przecież tylko do dumania (w Rosji) lub gadania (na zachodzie Europy).
Socjalizm demokratyczny
Natomiast lewica chce rozszerzenia demokracji (ostatnio: na 16-latków – propozycja SPD w Niemczech; i na goryle – to lewica w Nowej Zelandii), gdyż pamięta słowa Karola Marksa: „By zbudować w jakimś kraju socjalizm, wystarcza zbudować w nim demokrację”. Istotnie: głupich jest znacznie więcej niż mądrych, a idea, że gdy się równo podzieli, dopieści dzieci, niepełnosprawnych, kobiety, nieudaczników i idiotów, to wszystkim będzie lepiej, jest dla idioty nieodparcie piękna i słuszna. Prawica twierdząca, że wskutek tego rośnie liczba nieudaczników, idiotów, niepełnosprawnych, zdziecinniałych i sfeminizowanych, uważana jest za dziwaczkę.
Proszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden paradoks. Prawica uważa, że człowiek potrafi odpowiedzialnie decydować o swoim losie: ubezpieczyć się lub nie; wydać na lekarza lub na chipsy i wódkę; natomiast nie potrafi decydować o cudzych sprawach, bo mało go one interesują i z natury rzeczy mało się na nich zna. Lewica odwrotnie: uważa człowieka za idiotę, który nie umie się ubezpieczyć, podjąć decyzji o zaszczepieniu dziecka czy przylaniu mu pasem; natomiast ten idiota nagle staje się geniuszem, gdy przychodzi mu w referendum decydować o anschlußie do Wspólnoty Europejskiej lub o kształcie konstytucji!
Biurokracja oczywiście popiera zawsze lewicę: tyle posad przy rozdzielaniu, dopieszczaniu i w ogóle przy opiekowaniu się. A ile można nakraść! I tak większość idiotów w symbiozie z biurokracją rozbudowuje rządy lewicy – aż do ich nieuniknionego krachu.
Bo, przypominam, demokracje to rzadkie ptaki w historii. Pojawiają się co jakiś czas, ale bardzo szybko (po najdalej 200 – 300 latach) giną w rozpuście, korupcji i powszechnym ogłupieniu.
Przechodząc do teraźniejszości. Poza Unią Polityki Realnej, uzyskującą wyborach od 3,5 proc. do 1,5 proc. (pomijam Trójmiasto, Poznań, Szczecin czy Kraków ze znacznie lepszymi wynikami, zbliżającymi się do 12 proc.), wszystkie partie w Polsce (i w Europie) są lewicowe. W różnych odcieniach: są ceglaści, krwawi, amarantowi (PiS), brunatni, pomarańczowi (PO), karminowi, różowi (PD), ale wszystko to rozmaite odcienie czerwieni. Dzielą się – jak 20 lat temu napisał Stanisław Michalkiewicz – na socjalistów „pobożnych” i „bezbożnych”, na „demokratycznych” lub nie. Z mojego punktu widzenia jest jednak wszystko jedno, czy normy żywnościowe określa sekretarz partii czy ksiądz, czy moja własność zostanie „uspołeczniona”, „upaństwowiona” czy „znacjonalizowana”, czy nastąpiło to z woli Stalina czy z woli większości! Równie nienawistny jest mi system, w którym Jaruga-Nowacka zakaże nauczania religii w szkołach; jak taki, w którym Roman Giertych nakaże 20 godzin religii tygodniowo. W normalnym kraju mój pradziad – i tylko on – decydował, czego się uczy jego dziecko i żadni ministrowie edukacji nie istnieli. Pierwszym bodaj w historii Polski był niesławnej pamięci Aleksander Lwowicz Apuchtin, ale zakres jego ingerencji w program szkolny był znacznie mniejszy od uprawnień dzisiejszego MEN!
Przewagi LPR
Nie ma – poza UPR – partii, która otwarcie twierdzi: „Tak, jesteśmy partią reakcyjną; na szaleństwa lewicy niszczącej od 100 lat naszą cywilizację trzeba
wreszcie zareagować!!”; „Zasiłki dla bezrobotnych są szkodliwe” (nie dla budżetu – o czym wspomina PO; dla bezrobotnych, bo uczą ich żyć bez pracy,
demoralizują więc ich i ich dzieci); „Morderców na szubienicę” (nie „pedofili” – każdego mordercę!); „Lekarze i pielęgniarki nie
powinni mieć nic do gadania w szpitalach! Szpital powinien być własnością kapitalisty, a on z kolei powinien być nieustannie zagrożony bankructwem, jeśli nie będzie dopasowywał się do
potrzeb prawdziwych dysponentów szpitala: pacjentów!”. Partii, która mówi: „Zlikwidować służbę zdrowia, przymus ubezpieczeń, system państwowej edukacji” i,
last but not least, system emerytalny (ale uwaga: tylko UPR domaga się wypłacania dożywotnio emerytur tym, od których pod przymusem już wzięto składki, bez oszustw w rodzaju podnoszenia wieku
emerytalnego); która wreszcie chce radykalnego ograniczenia demokracji („Czy, zamiast kapitana, chcesz o kursie statku decydować Ty – wraz z tymi trzema panienkami na leżakach
– na zasadzie: jeden człowiek – jeden głos?”).
Dopóki morze jest spokojne, kasa pełna, spiżarnia też, statkiem mogą kierować nie tylko pasażerowie w głosowaniu powszechnym, ale i stado pawianów. I to jest powodem, dla którego na
świecie istnieje wiele demokracji. Kasa kończy się jednak szybko. Za Salazara Portugalia miała tempo rozwoju 8,5 proc. rocznie i kilka ton złota w skarbcu. Po wprowadzeniu demokracji tempo
spadło do 4,5 proc., a państwo jest monstrualnie zadłużone. Pasażerowie zawsze głosują, by jak najwięcej wydawać, wydawać, wydawać...
Ostatnio pojawia się nowe zjawisko. Do tej pory bywało tak, że wielcy przywódcy lewicy po objęciu władzy skręcali pod naciskiem rzeczywistości w prawo (Stalin wymordował bolszewików, Hitler
rozpędził SA i wymordował ich kierownictwo). Obecnie partie tzw. centroprawicy – w USA Republikanie (Busha, nie Reagana!), we Francji UMP Chiraca, w Polsce PiS – skręcają w
lewo i budują socjalizm państwowy (nie „narodowy”), czyli klasyczny, czysty etatyzm.
Za zgodą większości oczywiście.
Mamy w nim gnić i czekać, aż przyjdą Chińczycy lub muzułmanie?