Nieokiełznany Andrzej Lepper, skrzyżowanie Jakuba Szeli z Wincentym Witosem (ze zdecydowaną przewagą tego pierwszego), od lat straszy, odpycha, ale i fascynuje. Jednak interpretacje jego
zakrętów, wzlotów i upadków zwykle są kulawe: zbyt emocjonalne i zbyt uproszczone. Najpierw uznano, że jest watażką i kompletnie nie doceniano jego potencjału politycznego. Potem wzięto go
za głównego destruktora odpowiedzialnego za brutalizację naszej polityki i obniżenie jej standardów, nie doceniając, że całkiem szybko będzie się umiał ucywilizować. Gdy dostrzeżono w
końcu, że się ucywilizował, uznano go za bezzębnego, papierowego, salonowego tygrysa. Gdy zaś został wypchnięty z koalicji, wielu przedwcześnie uznało, że jest on unicestwiony, co
wynikało raczej z życzeń niż z rzetelnej analizy.
Na jednym wózku
Gdy Samoobrona została częścią koalicji, a Andrzej Lepper wicepremierem, wiadomo było, że jego starcie z Jarosławem Kaczyńskim jest absolutnie nieuchronne. Nie tylko ze względu na rozbieżne
interesy polityczne ich partii oraz ich osobiste ambicje, ale ze względu na podobieństwo obu polityków. Obaj stworzyli partie wodzowskie, obaj nie znoszą dialogu i kompromisu, obaj lubią
trzymać swych ludzi silną ręką, nie cierpią sprzeciwu, ustępstwa traktują jako przejaw słabości, a polityczną koegzystencję z rywalem wyłącznie jako wstęp do unicestwienia go w
odpowiednim momencie.
Gdy panowie podali sobie ręce – nie mieli złudzeń. Wiedzieli doskonale, że lider PiS chce Samoobronę zniszczyć, a w każdym razie odciąć ją od Leppera. Obaj wiedzieli też, że tylko kwestią czasu jest moment, kiedy Lepper stwierdzi, iż Kaczyński nie realizuje programu i uderzy w serce koalicji. Lepper chciał mieć swe bmw i swych BOR-owców, ale nie po to, by się pławić w atrybutach władzy, lecz by wysłać sygnał, że przestaje być outsiderem i zaczyna grać w pierwszej lidze. I cel osiągnął. Kaczyński potrzebował większości, wziął więc Leppera z całym bogactwem – nomen omen – inwentarza.
Pytanie brzmiało wyłącznie: kto pierwszy uderzy. Otóż wbrew większości obserwatorów twierdzę, że pierwszy uderzył lider PiS. Pierwsze pogłoski o próbie „wyjęcia” Lepperowi członków jego klubu pojawiły się, zanim zaczęły się spory na temat budżetu czy misji polskich żołnierzy w Afganistanie. Lider Samoobrony mógł się zgodzić na wiele, ale nie na sytuację, w której pozostałby wodzem bez wojska. W jego interesie było, by wewnątrzrządowa wymiana ciosów w sprawie budżetu jeszcze trochę potrwała, ale i tak był to początek końca. Zaczął się wyścig z czasem. Kaczyński wiedział, że nie może pozwolić, by jego podwładny – i choć koalicjant, to już przeciwnik polityczny – zbierał punkty za opozycyjność wobec rządu, czerpiąc profity z uczestnictwa w koalicji. Uderzył więc ponownie. Lepper wyleciał z rządu.
W miniony czwartek Andrzej Lepper nie był wieczorem w najlepszej formie. Ale można było odnieść wrażenie, że tylko w części wynikało to z utraty stanowiska. O wiele większym źródłem stresu była świadomość stojącej przed nim walki. Zaczynało się wielkie przeciąganie liny. Jarosław Kaczyński już otwarcie zaczął dążyć do rozbicia Samoobrony. Dzięki zastraszonym albo kupionym ludziom Leppera mógłby przedłużyć swój romans z wielką władzą, którą zdążył tak polubić. Lepper z kolei zaczął walczyć o to, by straty były jak najmniejsze. Wiedział, że jeśli uda mu się je ograniczyć, uchodźcy już za chwilę zostaną przez PiS wypluci i dojdzie do nowego rozdania, w którym mógłby liczyć na naprawdę słodką zemstę.
Walka Kaczyńskiego o odbudowanie większości wydaje się mniej dramatyczna niż walka Leppera o przetrwanie, ale lider Samoobrony, choć ryzykuje teraz więcej niż lider PiS, ma znacznie lepsze
widoki na rzeczywiste zyski polityczne. Kaczyński walczy bowiem co najwyżej o przedłużenie agonii swego rządu. Sposób konstruowania, a dokładniej sztukowania jego politycznego zaplecza
doszczętnie kompromituje idee rewolucji moralnej i IV RP, zakładając, że nie zostały one doszczętnie skompromitowane wcześniej. Posłowie Suski, Kurski i inni, próbujący złapać w sieci to
panią posłankę, to pana posła z Samoobrony, to widok równie zabawny co żałosny. A jeszcze kilka tygodni temu mowa była o ośmioletnich rządach. Lepperowi z kolei PiS może wybić całkiem
sporo zębów, ale nie wybije mu ich tyle, by nie mógł on gryźć i kąsać. Lider Samoobrony pozostanie silny, nawet jeśli straci wielu posłów. Pod jednym wszakże warunkiem – że
wybory odbędą się najpóźniej wiosną. PiS bowiem, przedłużając życie rządu, skazuje go na agonię, ale sam przetrwa. Lepper trzymany dłużej pod wodą może już oddechu nie
złapać.
Stolik do pokera
Powstająca IV RP miała według Jarosława Kaczyńskiego oznaczać rozwalenie stolika do brydża, przy którym brudne interesy robiły ciemne typy III RP. Dziś o tamtym stoliku cichutko, a nasza
polityka przypomina stolik do pokera. Przy nim sami szulerzy. Wszyscy ostro licytują. Nie wiadomo tylko, kto przelicytuje, a kto zgarnie całą pulę.
Paradoksalnie, gdyby wziąć pod uwagę nie interes rządu, lecz obu partii, a więc Samoobrony i PiS, na pospiesznych listopadowych wyborach mogłyby one nawet zyskać. PiS ostatecznie połknęłoby LPR, co biorąc pod uwagę rozmiary i ambicje lidera Ligi, miałoby także wymiar komiczny. Przy sprawnej i – co dla tej partii nie powinno być żadnym problemem – brutalnej kampanii Prawo i Sprawiedliwość mogłoby zdobyć nawet lepszy wynik wyborczy niż rok temu. Zdecydowanie lepszy niż za pół roku, gdy ludzie będą już widzieli wyniki funkcjonowania koalicji Kaczyński – Wrzodak – Kowalski – Giertych.
Samoobrona też by zyskała. Ta partia to tak naprawdę Lepper: on daje jej nazwisko i twarz. Dziś startowałby on do nowej kampanii w glorii obrońcy ludu, który – inaczej niż
Kaczyński – nie zdradził. Od Leppera ludzie oczekiwali bowiem nawet nie tego, że coś załatwi, ale tego, że będzie się o to bił. Coś tam załatwił, a bił się twardo. Jedno i
drugie nie przez przypadek wielokrotnie podkreślał we wszystkich wywiadach udzielanych w ostatnich dniach. Samoobrona zdobyłaby dziś w wyborach jakieś 15 proc. głosów, niezależnie od tego
kogo Lepper wpisałby na jej listy. Ale właśnie – dziś, bo jutro taki wynik byłby już wątpliwy, a pojutrze bardzo mało prawdopodobny. Stąd najważniejszym czynnikiem w tej grze jest
czas.
Na śmierć i życie
Już za chwilę, niezależnie od tego czy uda się odbudować koalicyjną większość, PiS znajdzie się pod stałym ostrzałem artyleryjskim, i to z dwóch stron. Samoobrona będzie bić w partię
Kaczyńskiego od strony socjalnej – oszukali wyborców, nie załatwili podwyżek dla służby zdrowia i nauczycieli, zignorowali problemy rolników. W tym samym czasie Platforma Obywatelska
będzie biła w Kaczyńskich, oskarżając ich o polityczne nieudacznictwo, dyktatorskie skłonności, brutalizację życia publicznego, cynizm, skłonność do awantur i do politycznego szantażu
oraz do burzenia wszystkiego co się da. Do wspólnego boju przeciw chamom ruszą ci, którzy jeszcze tak niedawno wyzywali się od barbarzyńców i złodziei.
Dla Kaczyńskich ta PR-owska batalia nie będzie prosta. To oni bowiem przez blisko rok zachowywali się tak, że wielu, patrząc na Leppera i porównując go z rządzącymi braćmi, mówiło: „No proszę, na ich tle to niemal mąż stanu”. Plakietka ze słowem „warchoł” najprawdopodobniej więc nie przylgnie do Leppera. I o ile krzycząc przez lata „Balcerowicz musi odejść”, Lepper jedynie wzmacniał mit lidera gospodarczej (kontr)rewolucji w oczach inteligencji, o tyle krzycząc „Kaczyńscy muszą odejść”, znacznie nadkruszy ich wizerunek w oczach ludzi, którzy rok temu dali się złapać na obietnice i ideę „solidarnej Polski”. Ten elektorat zawsze uważał, że jeśli jest mu źle, to przez rządzących, którzy mogliby dać, a nie dają. Teraz usłyszą to samo od najbardziej wiarygodnego rzecznika gospodarczej nieodpowiedzialności.
Lepper może chyba zapomnieć o poparciu ze strony ojca dyrektora, ale może liczyć na głosy wielu rolników, którzy rok temu głosowali na PiS, i na tych, których pod swe skrzydła chciał zgarnąć Kaczyński, gdy w dniu ogłoszenia wyników wyborów dziękował Adamowi Gierkowi. Także na tych, którzy uważali, że Okrągły Stół to zdrada, ale ciepło myśleli o Jacku Kuroniu.
Lepper nie zniknie z mediów. Będzie mocno bił. Oczywiście z gracją byłego wicemarszałka Sejmu i byłego wicepremiera. Powyżej pasa i poniżej. Zawsze kochał telewizję. Z wzajemnością.
I tak jak w ostatnich miesiącach legitymizowali go Kaczyńscy, tak wkrótce będą to robili Donald Tusk z Janem Rokitą. Będą to czynić z chęci odwinięcia się braciom za upokorzenia z
ostatniego roku, nieskłonni do tego, by pomyśleć, że przyjdzie moment, gdy Lepper także im skoczy do gardła.
Andrzej Lepper był już wicemarszałkiem Sejmu. Był też wicepremierem. Premierem nigdy nie będzie. Ale marszałkiem Sejmu? Kto wie, jeśli będzie, to pod warunkiem odsunięcia Kaczyńskich od
władzy, Platforma być może taką cenę zapłaci. A co potem? To, o czym myśli: wielu wie, że ma na to ochotę. Prezydent Lepper? Cóż, trudno powiedzieć, ilu Polaków słysząc to pytanie,
odpowiedziałoby dziś: „Od Kaczyńskiego gorszy nie będzie”.
Dziś, i to jest największy paradoks, o tym, że Lepper jest potrzebny polskiej demokracji, przekonanych jest wielu z tych, którzy przez lata nim gardzili. Bez niego bowiem rosłaby groźba
kontynuacji tego, co miało być odnową państwa, a okazało się jego degradacją. Za ten paradoks odpowiadają ci, którzy najpierw odsądzali go od czci i wiary, potem zaprosili na salony, a
teraz próbują mu złamać kręgosłup. Nie będzie łatwo. Trafiła kosa na kamień.