Dziennik Gazeta Prawana logo

"Ks. Zaleski powininien milczeć"

12 października 2007, 14:44
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski znalazł się w potrzasku. Cokolwiek powie czy zrobi - by sparafrazować słowa amerykańskich policjantów - może zostać i zostanie wykorzystane przeciwko niemu - pisze w DZIENNIKU publicysta Tomasz P. Terlikowski.
Wszystko to sprawia, że najlepszą formą obrony będzie dla niego obecnie milczenie. Milczenie to może stać się zresztą wyjściem z lustracyjnego impasu. I właśnie o takie milczenie proszę ks. Zaleskiego, a także innych uczestników lustracyjnej debaty.
Milczenie to nie będzie dla księdza sprawą prostą. Niełatwo bowiem milczeć, gdy jest się nieustannie atakowanym, gdy jest się postawionym w sytuacji bohatera westernu. A taka wygląda właśnie obecnie sytuacja księdza Zaleskiego. Samotny sprawiedliwy został opuszczony przez wszystkich. Przełożeni przewodzą obecnie akcji przeciwko niemu, przyjaciele coraz częściej udają, że go nie znają, a dotychczasowi sprzymierzeńcy sugerują, że chętnie mu pomogą, ale najpierw musi spełnić kilka nierealizowalnych w praktyce warunków. Przyparty do muru bohater musi samotnie stawić czoła przeciwnikom, odzyskać dobre imię oraz udowodnić, że wszystkie zarzuty wysuwane pod jego adresem są nieprawdziwe. A wszystko to pod nieustającym gradem kul, które mają sprawić, że puszczą mu nerwy i zacznie strzelać na oślep rzeczywiście tracąc dobre imię, honor i reputację.
Taki koniec samotnej batalii krakowskiego kapłana byłby na rękę wszystkim jego przeciwnikom. Wyprowadzony z równowagi ks. Zaleski wypowiadający posłuszeństwo biskupowi czy wdający się w słowne pojedynki z biskupami to najlepszy scenariusz, jakiego mogliby sobie życzyć przeciwnicy lustracji w Kościele. Jedno takie zachowanie sprawiłoby, że wszystkie ich podejrzenia, sugestie o rzekomym niezrównoważeniu emocjonalnym księdza Zaleskiego uzyskałyby potwierdzenie. Ci, którzy od początku atakowali krakowskiego księdza, mieliby już ostateczny argument, dzięki któremu zdyskredytowaliby tak samego duchownego, jak i w ogóle lustrację w Kościele. I próżno by wtedy tłumaczyć, że gdy człowieka zapędzi się w pułapkę bez wyjścia, gdy próbuje mu się odebrać nawet zasługi z przeszłości (jak ci z biskupów, którzy podważają już nawet opozycyjną działalność kapelana nowohuckiej „Solidarności), gdy własny przełożony zarzucił mu fałszowanie obrazu kapłana to trudno od niego wymagać, by zachowywał się racjonalnie i postępował głównie z myślą o tym, by nikogo nie dotknąć i nie zranić. Dlatego proszę ks. Zaleskiego, by zrobił wszystko, aby do tego nie dopuścić.


Potrzeba milczenia
Kolejne, nadchodzące często z najmniej spodziewanej strony ataki na ks. Zaleskiego mają takie mam wrażenie taki właśnie cel. Wyprowadzić go z równowagi, by nie był w stanie zachować milczenia w sprawach lustracji czy posłuszeństwa biskupowi. I dlatego tak ważne jest, by w najbliższych tygodniach (a kto wie, czy nie miesiącach) krakowski duszpasterz zachował milczenie. Wiem, że będzie to dla niego niezwykle trudne niełatwo jest przecież milczeć, gdy biskupi negują opozycyjną przeszłość księdza. Jednak może warto to zrobić. Odradzam księdzu Zaleskiemu odpowiadanie na kolejne przytyki kurii krakowskiej, biskupów czy zwykłych księży. To jedynie wzmocni (i tak już wystarczająco mocną wśród duchownych) opinię, że „ten ksiądz chce tylko narobić hałasu wokół siebie.
Proponowane przeze mnie milczenie nie powinno oznaczać jednak rozkosznego nieróbstwa. Najbliższe tygodnie trzeba poświęcić na doskonalenie oddanej do wydawnictwa Znak książki. Najlepszą obroną dla księdza Zaleskiego będzie bowiem właśnie jej publikacja. Jej zawartość (jak pokazują wydane fragmenty daleka od osądzania, ferowania jednoznacznych wyroków czy inkwizytorska) może udowodnić, że zdecydowana część zarzutów wobec jej autora by wymienić tylko „fałszowanie obrazu kapłana była nieprawdziwa i głęboko krzywdząca.
Świadomość tej prostej prawdy mają niestety także przeciwnicy publikacji książki ks. Zaleskiego. I zapewne dlatego w ostatnich tygodniach jesteśmy świadkami nieustannych debat nad warunkami, jakie ma ona spełniać, sugestii, że powinno się odmówić jej publikacji, oraz delikatnie formułowanych gróźb „oceny moralnej pracy ks. Zaleskiego i wydawnictwa Znak już po ewentualnym ukazaniu się książki. Mają one opóźnić albo nawet uniemożliwić ukazanie się pracy i stworzyć wokół niej atmosferę skandalu lub przynajmniej zasugerować, że jej autor pozostaje w konflikcie z Kościołem. Tyle że na drodze do doprowadzenia tego scenariusza do końca stoi kard. Stanisław Dziwisz, który powtarza, że nie sprzeciwia się wydaniu książki. A to oznacza, że ks. Zaleski, choć w potrzasku, trzyma jeszcze w ręku asa, którym może przelicytować pozostałych graczy.
Zachowanie całkowitego milczenia oczyści także atmosferę wokół ks. Zaleskiego. Milczący kapłan, w pokorze przyjmujący ciosy także ze strony współbraci, pracujący nad swoją książką i poddający ją ocenie swojego arcybiskupa już po publikacji trudno o bardziej przejmujący obraz medialny. Trudno też o bardziej katolicki wzorzec kapłana, czyli człowieka, który wykonuje swoje zadania w zgodzie z własnym sumieniem, a jednocześnie podporządkowuje się decyzjom swoich przełożonych.

Pogłębić debatę
Zatrzymanie pędzącej, utrzymanej w medialnym stylu, wymiany ciosów między zwolennikami a przeciwnikami lustracji w Kościele mogłoby też doprowadzić do jej pogłębienia. Kilkumiesięczne milczenie wszystkich uczestników lustracyjnego sporu (nie wyłączając mojej osoby) nie tylko oczyściłoby atmosferę ze zbędnych i niekiedy nadmiernych emocji, ale także pozwoliło na konieczne filozoficzne, teologiczne i duszpasterskie rozważenie toczącej się obecnie debaty. Zamiast utrzymanych w publicystycznym stylu zarzutów czy argumentów, można by wytoczyć o wiele subtelniejsze argumenty teologiczne czy historyczne. Miejsce plotek, insynuacji czy podejrzeń mogłyby zaś w gazetowych polemikach zastąpić (i tak przecież dyskusyjne) fakty. Dzięki temu przestaniemy dyskutować, komu bardziej ufamy: ks. Zaleskiemu czy abp. Józefowi Życińskiemu, a skupimy się na ujawnionych (a dotyczących na razie głównie archidiecezji krakowskiej) dokumentach i tekstach.
Zresztą nakaz milczenia dla uczestników szczególnie gorących duszpasterskich czy filozoficznych debat nie jest w historii Kościoła niczym nowym. Podobną metodę ostudzenia gorących głów zastosowali papieże, choćby podczas polemik jansenistycznych. I mam nieodparte wrażenie, że teraz niekoniecznie z polecenia Watykanu podobną metodę trzeba użyć w polskim Kościele. Takie swoiste rekolekcje powinny zostać wykorzystane nie tylko do uspokojenia emocji, ale także do rzeczywistego wejścia w istotę problemu. Nie jest nim bowiem ani stosunek do ubeckich teczek (bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie twierdzi chyba, że zostały one w całości sfabrykowane), ani tym bardziej konieczność miłosierdzia (bo chyba nawet najbardziej zapamiętały zwolennik oczyszczenia nie neguje tego, że Kościół jest wspólnotą grzeszników). Pytanie dotyczy raczej tego, ile w kwestii oceny kapłana (który jest o czym warto pamiętać z ludu wzięty i dla ludu postawiony) mają mieć do powiedzenia wierni, którym ma on służyć; w jakim stopniu transparentne (także dla mediów) mają być struktury kościelne; jak mówić w duszpasterstwie o trudnych kartach życia ludzi Kościoła.
Odpowiedź na te pytania nie powinna być jednak czysto doraźna. Aby rzeczywiście na nie odpowiedzieć, konieczne są pogłębione (ale nie ma co ukrywać, prowadzone pod takim, a nie innym kątem) badania nad historią Kościoła, patrystyką, dogmatyką czy nawet eklezjologią. Spór o wykluczenie z Kościoła odstępców z pierwszych wieków, ale także dyskusje jansenistyczne mogą, jeśli staną się przedmiotem realnych badań, stać się poważną lekcją. Bez jej odrobienia skazani będziemy na ślizganie się po temacie czy ograniczanie się do coraz bardziej histerycznych zarzutów o niekompetencję, brak miłości do Kościoła itd., itp.

Pytania o przyszłość
Okres milczenia nie może jednak trwać wiecznie. Po jego zakończeniu trzeba będzie odbyć zawieszoną dysputę nad odpowiedzialnością, karą, winą czy klerykalizmem polskiej debaty religijnej. I od tego, ile zostanie zrobione w trakcie okresu milczenia, w znacznym stopniu zależy to, w jakim kierunku i czy w ogóle dokonywać się będą zmiany w polskim Kościele. Jakość książki ks. Zaleskiego, ale także intelektualna głębia polemik (mam nadzieję, że nie tylko historycznych, ale również duszpasterskich czy teologicznych) na jej temat wyznaczą pole kolejnych debat i pokażą, czy poważna dyskusja jest w ogóle w polskim Kościele możliwa.
Pierwszym tego świadectwem będzie opublikowanie książki ks. Zaleskiego w katolickim wydawnictwie. Drugim czy jej przeciwnicy zdobędą się na jej realną ocenę. Trzecim zaś umiejętność przeniesienia dyskusji z mediów do sal wykładowych i poważnych kwartalników myśli. Tylko jeśli uda się to zrobić, ks. Zaleski może ocalić dobre imię i sławę, a polski Kościół wyjść obronną ręką z lustracyjnej afery. Tylko czy okażemy się do tego zdolni? A może lepiej postawić to pytanie w pierwszej osobie: czy ja będę do tego zdolny?
Autor jest doktorem filozofii, tłumaczem, publicystą Polskapresse. Ostatnio ukazała się jego książka „Moralny totalitaryzm. Bioetyczne dylematy współczesności. Przygotowuje do druku tłumaczenie „Cudów Ewangelii Sergiusza Bułgakowa
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj