Prawdą jest, że Stany Zjednoczone zadecydowały o przyjęciu Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Ale trzeba je było do tego przekonywać, a pierwszym państwem, które to zaproponowało,
były Niemcy. Rząd niemiecki popierał też konsekwentnie nasze szybkie przyjęcie do Unii Europejskiej. Nie ma więc potrzeby okazywać braku zaufania do władz RFN, bo to tylko psuje nasze
dwustronne stosunki. I jest oczywiście na rękę Powiernictwu Pruskiemu, które usiłuje postawić rząd polski i Polaków w kłopotliwej sytuacji.
Reakcje rządu polskiego, zwłaszcza szefowej MSZ – minister Anny Fotygi, na pozwy i wypowiedzi członków Powiernictwa Pruskiego, są mocno przesadzone. Słuchając tych reakcji, można
odnieść wrażenie, że państwo polskie czegoś się boi albo ma nieczyste sumienie. Cokolwiek myślimy o układach poczdamskich, Polska nie była ich uczestnikiem, a więc nie jest stroną w
sporze. Nie ulega żadnej wątpliwości, że Międzynarodowy Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, do którego zostały skierowane pozwy Powiernictwa, nie ma wystarczających kompetencji do ich
rozpatrywania. Rząd RFN jest tego samego zdania. Niepotrzebnie więc podniecamy się tą sprawą, robiąc przy okazji Powiernictwu reklamę. Roszczenia tej organizacji to nie jest sprawa polityczna,
ale kwestia zwykłej ludzkiej chciwości. Polski rząd powinien o tym wiedzieć.
Oczywiście wszystko na tym świecie ma jakiś kontekst polityczny. Polska była w stanie wojny z III Rzeszą. Wracanie do skutków tej wojny jest zatem wracaniem do spraw politycznych. Ale pozwy nie mają charakteru politycznego, bo są pozbawione takich treści. Dlaczego zatem nasz rząd reaguje tak nerwowo? Po pierwsze, ma bardzo małe doświadczenie w polityce zagranicznej. Po drugie, jest bardzo nieufny i przyzwyczajony do braku zaufania ze strony partnerów. Przecież cała rządząca koalicja oparta jest na braku zaufania. Błędem jest jednak traktowanie rządu niemieckiego tak jak Samoobrony. Jeśli w stosunkach międzynarodowych nie będziemy ufać nikomu, to będziemy skazani na wieczne konflikty.
Najlepszą reakcją polskiej strony byłoby uznanie, że w ogóle nie ma problemu. Powiernictwo to marginalna organizacja. Instancja, do której zostały skierowane pozwy, nie ma odpowiednich kompetencji do ich rozpatrzenia. Rząd niemiecki jednoznacznie odciął się od roszczeń i uznaje je za bezzasadne.
Nie ma się więc z kim i o co procesować. Możemy te fakty przypominać i nie poświęcać sprawie więcej uwagi. Pomysł, żeby to Niemcy wypłacały odszkodowania, to otwarcie puszki Pandory. Sprawa jest zamknięta i nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej. Jeżeli już coś robić, to na własnym podwórku: uregulujmy nareszcie prawa własności na byłych obszarach niemieckich; właśnie ten brak regulacji pobudza wyobraźnię różnych bezczelnych chciwców.
Jeśli zaś chodzi o ewentualną renegocjację Traktatu o dobrym sąsiedztwie i współpracy z 1991 roku – idealnie pasują tu słowa Władysława Bartoszewskiego: Można przecież także proponować renegocjacje Traktatu Wersalskiego – ale jakiż to miałoby sens? Traktat polsko-niemiecki ma fundamentalne znaczenie nie tylko dla naszych granic, ale również dla stabilności Unii Europejskiej. Został zawarty za dobrowolną zgodą obu stron. Nie ma żadnego powodu, aby go zmieniać. Państwa UE przyzwyczaiły się, że Republika Federalna Niemiec jest stabilnym, odpowiedzialnym państwem i nie wysuwa żadnych absurdalnych roszczeń. Dla nas od lat Niemcy to spolegliwy sojusznik. Po co więc ta nerwowość z naszej strony? Jak czytamy w Księdze Dżungli, bek koźlęcia rozbestwia tygrysa. Nie zachowujmy się jak koźlę, bo nie ma tu żadnego tygrysa.
Zdzisław Najder, analityk stosunków międzynarodowych