Dziennik Gazeta Prawana logo

"Platforma musi stać się partią"

12 października 2007, 15:37
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
Na przyszłość Platformy cieniem kładzie się konflikt jej dwóch najważniejszych polityków. Ten konflikt mógłby być do uniknięcia, bo między Tuskiem a Rokitą nie ma istotnych różnic programowych - pisze w DZIENNIKU Jarosław Gowin, filozof, senator PO.
Wiele miesięcy temu napisałem na tych łamach, że jednym ze źródeł siły Prawa i Sprawiedliwości jest istnienie grupy intelektualistów, którzy zgadzając się z politycznymi celami partii braci Kaczyńskich, jednocześnie zachowują niezależność i odwagę krytyki. Z ubolewaniem zauważałem też brak podobnej grupy wśród intelektualistów sympatyzujących z PO. Ostatni artykuł Marcina Króla dowodzi, że moja ocena traci na aktualności. Prof. Król znakomicie definiuje bowiem podstawowe dylematy stojące przed Platformą i wskazuje część najważniejszych źródeł zagrożeń.

Nie wystarczy być "anty-PiS-em"
Pierwszym z nich jest nadmiernie "reaktywny" charakter polityki uprawianej przez PO od czasu wyborów 2005. Mówiąc krótko, Platforma w zbyt dużym stopniu jest po prostu "anty-PiS-em". Zapewnia jej to doraźny wzrost poparcia w sondażach. Z drugiej jednak strony identyfikacja takiego elektoratu z Platformą jest płytka i mało prawdopodobne, by przetrwała do wyborów, jeżeli rzeczywiście odbędą się one za 2,5 roku.
W dodatku - jak przenikliwie zauważa Król - "jest to ze strony PO raczej krytyka form sprawowania władzy i doraźnych błędów PiS, a nie programu i kierunku, w jakim rządząca koalicja zmierza". Ma to związek - sugeruje Król - z brakiem wyrazistego i konkretnego programu.

Na szczęście wszystko wskazuje, że ten akurat zarzut właśnie staje się bezpodstawny. Po pierwsze, Donald Tusk zapowiedział zwołanie na wiosnę kongresu programowego. Po drugie, opublikowany został raport gabinetu cieni przygotowany przez Jana Rokitę. Niezależnie od takich czy innych mankamentów tego dokumentu oraz kontrowersji, jakie towarzyszyły okolicznościom jego prezentacji, jest to pierwsza po roku 1989 całościowa i dobrze przemyślana propozycja głębokiej reformy państwa. Dowód programowej siły Platformy, a zarazem manifestacja programowej spójności konserwatywno-liberalnego stopu, jakim jest ta partia.

Dorobek zespołu Rokity stanowi znakomitą podstawę do dyskusji. Zapewne w trakcie przygotowań do kongresu zostanie dopracowany i poddany rozmaitym rewizjom, ale dzięki niemu kongres stwarza wielką szansę na wewnętrzne zdynamizowanie Platformy, a jednocześnie na wzmocnienie nadszarpniętego ostatnio poczucia jedności.

Pogłębiać czy poszerzać?
Jednym z pytań, na które trzeba sobie będzie podczas kongresu odpowiedzieć, jest wskazany przez Króla dylemat: pogłębiać swój elektorat czy poszerzać? Innymi słowy, skupiać pod sztandarami PO te 30 procent już przekonanych czy walczyć o następne 10 procent? Dylemat jest rzeczywisty, a każde rozstrzygnięcie obarczone sporym ryzykiem. Podobnie jak prof. Król uważam jednak, że warto zdecydować się na drugie z rozwiązań.

Po wyborach 2005 Platforma stanęła przed pytaniem: przesunąć się w kierunku centrolewicowym (co sugerowali jej komentatorzy z kręgu "Gazety Wyborczej" i dawnej Unii Wolności), czy też podjąć walkę z PiS o oblicze polskiej prawicy. Ideowa tożsamość polityków PO przesądziła o tym, że wybór padł na drugą drogę. Dzisiaj Platforma dość skutecznie przekonuje Polaków, że możliwa jest synteza gospodarczej nowoczesności, otwarcia na Europę, a jednocześnie głębokiego patriotyzmu, przywiązania do tradycji i religii. Teraz pora na krok następny, podpowiadany zresztą przez Króla: walkę o odebranie rządzącej koalicji części jej elektoratu.

Inaczej niż Marcin Król nie zwracałbym się jednak w stronę elektoratu "socjalno-konserwatywnego". Pod względem gospodarczym PO powinna odważnie podnosić sztandar wolnorynkowego liberalizmu. W roku 2005 hasło podatku liniowego przyczyniło się do wyborczej porażki Platformy. W następnych wyborach może okazać się atutem. Koniunktura gospodarcza zapewne zwiększy gotowość Polaków do przyjmowania śmiałych reform. W najbliższych latach powróci też do kraju wielosettysięczna rzesza tych, których bezrobocie wypchnęło za granicę. Młodzi, znający realia zachodnie, chcący zainwestować zarobione pieniądze, stworzą silny impuls prorynkowy. Zresztą najgorsza byłaby chwiejność, bo ona podważałaby wiarygodność partii.

Wieś, głupku
Natomiast grupą, o którą trzeba podjąć walkę, są mieszkańcy wsi. Wieś przechodzi szybkie i głębokie zmiany. Zamieszkują ją już nie tylko "chłopi". Połowa ludności utrzymuje się z czego innego niż rolnictwo. Zresztą i wśród rolników coraz liczniejszą grupę stanowią zamożni farmerzy. Bardzo ciekawym zjawiskiem jest pojawienie się wiejskiej inteligencji, po części rekrutującej się spośród yuppie, którzy w ucieczce przed zgiełkiem wielkich miast przenoszą się na wieś. Rozwija się drobny przemysł. Coraz lepiej wykształcona jest wiejska młodzież. Wszystko to razem stwarza przed PO dużą szansę. Inaczej niż Bill Clinton, politycy Platformy, budząc się rano, powinni sobie powtarzać: "Wieś, głupku".

Ważnym elementem prowiejskiej reorientacji PO powinna stać się strategiczna współpraca z PSL. Kiedy kilkanaście miesięcy temu jako pierwszy sformułowałem tę tezę, reakcją ze strony kolegów z PO było w najlepszym razie wzruszenie ramion. Jedynym politykiem, który zwrócił uwagę na mój tekst, był Waldemar Pawlak. I to głównie dzięki jego dalekowzroczności PSL powstrzymało się przed wejściem do koalicji rządowej, w zamian zawiązując koalicję samorządową z PO.

Dzisiaj koalicja ta rządzi większością sejmików. Na tę współpracę trzeba chuchać i dmuchać, by przełożyła się na przyszłe wspólne rządy na szczeblu centralnym. Do tego mogą jednak nie wystarczyć kontakty liderów obu partii. Może warto powołać stałe zespoły robocze. Dobrze byłoby też pomyśleć o wspólnym kongresie poświęconym tożsamości i roli partii chadecko-ludowych w Europie.

Współpraca z PSL nie zastąpi jednak budowania przez PO struktur na terenach wiejskich oraz przygotowania programu, który uwzględniałby interesy mieszkańców wsi. Tu bowiem proste recepty liberalne się nie sprawdzą. Wciąż zbyt mało jest w szeregach Platformy znawców problematyki wiejskiej. Na pewno warto wesprzeć takie osoby jak prof. Okularczyk czy Aleksander Grad, otwierając szeregi na dawnych działaczy Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Trzeba też wciągać w orbitę PO coraz liczniejszą wiejską klasę średnią i młodą inteligencję. Rolę headhunterów mogliby odgrywać słabo do tej pory "zagospodarowani" przez partię parlamentarzyści Platformy. A efekty tej pracy powinny stać się jednym z ważniejszych kryteriów ich oceny i przyszłego usytuowania na listach wyborczych.

Skuteczność czy oligarchizacja
Dochodzimy tu do być może najpoważniejszej słabości PO. Często umyka ona uwadze komentatorów, być może dlatego, że jest tak banalna. Nie chodzi wcale o podziały na liberałów i konserwatystów. Chodzi po prostu o słabość organizacyjną. Jak wszystkie inne instytucje partie polityczne powinny stosować się do sprawdzonych w biznesie zasad zarządzania. Pod tym względem każdy audyt wykazałby w Platformie rażące błędy. Partia potrzebuje sprawnie działającego sekretariatu generalnego, podobnie konstruowane powinny być struktury terenowe, a stanowiska sekretarzy regionów należałoby powierzyć nie politykom, lecz menedżerom.

Rzecz jasna, polityka to nie biznes i niepodobna w całości przenieść na nią reguł sprawdzających się w gospodarce. Podstawowa różnica polega na konstytutywnym dla polityki elemencie walki o władzę i wewnętrznej konkurencji. Bez czytelnych reguł cyrkulacji elit ugrupowanie zamiera. To najtrudniejszy element misternej układanki, jaką jest nowoczesna partia. Jak zapewnić wymianę elit i jednoczesną jej spoistość? Jak uniknąć alienacji jej aparatu czy oligarchizacji władzy wewnątrzpartyjnej? Na te pytania nie ma prostej odpowiedzi, a z problemami tymi borykają się wszystkie ugrupowania europejskie.

Pod tym względem Platforma pozostawia dużo do życzenia. Rzecz nazwał ostatnio po imieniu Paweł Śpiewak, analizując syndrom oligarchizacji trawiącej wszystkie polskie ugrupowania, nie wyłączając Platformy. W języku mniej wyrafinowanym problem słabej skuteczności systemu zarządzania w Platformie polega na istnieniu "dworu" - wąskiej grupy przyjaciół i doradców Donalda Tuska, którzy w powszechnym odczuciu wywierają nieproporcjonalnie duży wpływ na politykę partii. Być może wpływy "dworu" są mitologizowane. Ale w polityce liczy się nie tylko to, jak jest; równie ważne jest to, jak się ludziom wydaje, że jest. Dlatego z całym uznaniem dla zasług "dworu", który stanowił dla przewodniczącego PO oparcie w najtrudniejszych chwilach, trzeba otwarcie powiedzieć, że od jakiegoś czasu raczej utrudnia on zarządzanie partią i - chcąc nie chcąc - osłabia pozycję samego Donalda Tuska.

Niszczący spór
Na przyszłość Platformy cieniem kładzie się jeszcze jedna sprawa. Oczywiście mam na myśli konflikt jej dwóch najważniejszych polityków. Od kilku miesięcy usiłuję zrozumieć racjonalny rdzeń sporu Tuska i Rokity. Bezskutecznie. Nie ma między nimi istotnych różnic programowych - na pewno w myśleniu Tuska jest więcej elementów liberalnych niż konserwatywnych, a w myśleniu Rokity odwrotnie, to jednak tylko sprawa nieco innego rozłożenia akcentów. Donald Tusk nie ma zamiaru przesuwać Platformy na lewo, ale też Jan Rokita nie jest - wbrew temu, co wmawiają wszystkim publicyści "Gazety Wyborczej" - rozszalałym "prawicowym rewolucjonistą", którego miejsce jest w PiS, a nie w PO. Zapewne Tusk jest bardziej krytyczny wobec rządzącej koalicji, ale i Rokita należy do grona jej najbardziej nieprzejednanych krytyków. Podobne różnice zdań byłyby niedopuszczalne w sekcie religijnej (choć i to nie jest pewne), ale przecież budujemy nowoczesną siłę polityczną, która ma rządzić dużym europejskim krajem!

Spór osłabia Tuska, osłabia Rokitę, osłabia Platformę. I mimo to - trwa. Jeśli nie zakończy się szybko jakimś kompromisem, pogrzebie nadzieje Platformy na zwycięstwo w wyborach. Tym bardziej że Jarosław Kaczyński nie zasypia gruszek w popiele i wyraźnie dąży do wypełnienia przestrzeni między PO a PiS nowym tworem politycznym, który w przyszłości mógłby zastąpić LPR i Samoobronę w koalicji rządowej.

Nowa polityka zagraniczna
Odbudowanie nadwątlonej spoistości to warunek stworzenia przekonującej dla Polaków kontrpropozycji wobec PiS. Jedną z najważniejszych dziedzin, w których ta kontrpropozycja powinna być mocno zarysowana, jest polityka zagraniczna. Ku mojemu zaskoczeniu nikt nie przeanalizował pod tym kątem raportu gabinetu cieni, tymczasem zawiera on propozycje, z którymi jak najszybciej należy dotrzeć do opinii publicznej. Polska polityka zagraniczna wymaga finezyjnej, ale istotnej rewizji. Zachowując strategiczny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, powinniśmy bardziej stanowczo domagać się uwzględnienia polskich interesów i niezależności. A te interesy ulokowane są w Europie. Dlatego najważniejszym zadaniem dla naszej dyplomacji staje się wzmocnienie pozycji Polski w UE. To z kolei wymaga poprawy stosunków z najważniejszymi państwami europejskimi, na czele z Niemcami.

Nowego namysłu wymaga sprawa traktatu konstytucyjnego. Należy określić polskie warunki jego poparcia. Na pewno jest wśród nich rezygnacja z orwellowskiej preambuły zakłamującej europejską tożsamość przez pominięcie w niej roli chrześcijaństwa. Na pewno wraz z Brytyjczykami powinniśmy walczyć o usunięcie z traktatu skrajnie zideologizowanej i niebezpiecznej z punktu widzenia dynamizmu europejskiej gospodarki karty praw podstawowych. Co jednak dalej z Niceą? Czy w zamian za włączenie do traktatu kwestii bezpieczeństwa europejskiego nie warto uelastycznić polskiego stanowiska w odniesieniu do jej ustaleń? Na te tematy Platforma może zainicjować ogólnopolską debatę.

Tym bardziej że w polityce zagranicznej PO zyskała bardzo ważny instrument. Objęcie przez Jacka Saryusza-Wolskiego funkcji przewodniczącego komisji spraw zagranicznych Parlamentu Europejskiego stwarza możliwości działania i kontaktów, których partie opozycyjne z reguły są pozbawione. Systematyczne i dobitne nagłaśnianie proeuropejskiego nastawienia Platformy połączone z twardą obroną polskiej racji stanu to szansa na zdobycie nowych grup elektoratu, zarówno wśród dotychczasowych zwolenników PiS, jak i wśród zniechęconego do polityki i często nieuczestniczącego w wyborach młodego pokolenia.

Konstytucyjna większość?
Kształt polskiej sceny politycznej od półtora roku jest określony przez spór między PiS a PO. Niekiedy przybiera on charakter wręcz histerycznej zapiekłości, ale ma też rdzeń racjonalny: jest zderzeniem dwu modeli modernizacji Polski. W tym drugim wymiarze powinien być kontynuowany. Zarazem jednak trzeba usunąć z niego to, co rozbija polską wspólnotę polityczną i zasadniczo uniemożliwia skuteczne rządzenie (niezależnie od tego, które ugrupowanie jest akurat przy władzy).

Polityka, która sprowadza się do walki o władzę, jest skazana na jałowość i znikczemnienie. Prawdziwym celem polityki jest podejmowanie decyzji, które wpływają na dobrobyt obywateli, pozycję państwa na arenie międzynarodowej, które wyrażają ważne grupowe interesy lub istotne dla wspólnoty narodowej wartości.

Trzeba jasno powiedzieć, że takiej polityki nie da się prowadzić w obecnych warunkach ustrojowych. Aby skutecznie rządzić Polską, należy zmienić konstytucję. I właśnie ta sprawa powinna wyznaczać granice konfliktu między dwiema partiami centroprawicowymi. Proponuję powołanie zespołu ekspertów z obu stron, który zajmie się wypracowaniem wspólnego stanowiska. Nie wykluczam bowiem, że są takie sprawy, w który wspólne stanowisko jest możliwe. W innych przynajmniej zdefiniujemy różnice, do których będzie można powrócić w następnej kadencji. Już teraz jednak trzeba myśleć nie o zwykłej większości, lecz o większości konstytucyjnej.

Bo przecież to nie z liczby konferencji prasowych, nie ze sprawności w obrzucaniu się inwektywami, ani nawet nie ze zdolności do wygrywania wyborów, tylko z wizji, woli i umiejętności zmieniania Polski rozliczą nas przyszłe pokolenia.
Jarosław Gowin, senator PO, rektor Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj