Komentatorzy widzą we wszelkich zmianach na politycznej szachownicy rządzącej koalicji najchętniej tylko efekt licznych kompleksów i schizofrenii premiera. Jednak to samo można przypisać licznym oponentom gabinetu Kaczyńskiego - pisze w "Fakcie" historyk Andrzej Nowak.
Krytyka rządu przez opozycję jest sprawą oczywistą, biorąc pod uwagę, że jej celem jest właśnie zmiana rządu. Jednak w licznych, pojawiających się również
ostatnio, atakach na gabinet Jarosława Kaczyńskiego zawodzą elementarne prawa logiki. A na zaskakujące z pozoru dymisje ostatnich dni można spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.
Po dymisji szefa resortu obrony narodowej podniósł się lament, iż odejście Radka Sikorskiego spowoduje obniżenie wiarygodności Polski w relacjach z partnerami w naszej polityce obronnej i zagranicznej. W tym momencie warto przypomnieć jednak, że były szef Ministerstwa Obrony Narodowej postrzegany był, nie bez racji, jako postać silnie związana ze środowiskami neokonserwatywnymi w polityce amerykańskiej.
Niestety, takie związki nie są jednak najlepszą rekomendacją w stosunkach Polski z partnerami ze "starej" Europy. Polski minister, postrzegany świetnie w Waszyngtonie, niekoniecznie jest dobrze widziany w Berlinie czy Paryżu. Opozycja i sprzyjające im media wytykają najmocniej "braciom Kaczyńskim" psucie stosunków właśnie ze "starą Europą", z Niemcami na pierwszym miejscu. Ciekawe, że dziś nie chcą pamiętać, iż to właśnie minister Sikorski sformułował najbardziej dosadną, wyjątkowo niedyplomatyczną krytykę koncepcji budowy rurociągu północnego, łączącego Rosję z Niemcami, nazywając to przedsięwzięcie nowym Paktem Ribbentrop-Mołotow.
Gdyby takiego sformułowania użyła np. minister Anna Fotyga lub jakikolwiek inny członek gabinetu Jarosława Kaczyńskiego, natychmiast podniosłoby się u nas larum o niszczenie stosunków z naszymi zachodnimi partnerami. Zapewniam jednak, że wypowiedź urzędującego ministra obrony narodowej wzbudziła naprawdę ostrą krytykę wśród naszych niemieckich i zachodnioeuropejskich partnerów.
Radosław Sikorski postrzegany był w Europie Zachodniej jako łącznik pomiędzy Polską a rydwanem polityki prezydenta USA Georga Busha. Albo więc krytykujemy rząd - co czyni opozycja - za to, że marnuje szanse włączenia Polski do polityki europejskiej oraz, że psuje stosunki z Niemcami. A skoro tak, to dymisja ministra Radka Sikorskiego powinna cieszyć. Albo uważamy, że najważniejsze są dla Polski stosunki z USA i dobrze jest mieć ministra, który postrzegany jest jako swój przez Amerykanów.
W tym drugim przypadku warto jednak zwrócić uwagę na ważny problem: czy minister obrony narodowej Polski powinien być postrzegany jako "swój" przez Amerykanów czy powinien być postrzegany jako "swój" przede wszystkim przez Rzeczpospolitą Polską? Powinno być jasne, kto kogo reprezentuje w niezwykle ważnych rozmowach dotyczących budowy tarczy antyrakietowej i innych. A przypomnę, jeszcze nie tak dawno posłowie SLD zwłaszcza mieli w tej sprawie wielkie wątpliwości - dziś leją łzy nad usuniętym ministrem. Powtórzę: nie bronię decyzji o jego odwołaniu, upominam się tylko o logikę w krytyce tej decyzji.
Podobnie nietrudno doszukać się braku logiki w przypuszczonym na premiera Kaczyńskiego ataku związanym z dymisją ministra spraw wewnętrznych Ludwika Dorna. Dopiero na szefa MSWiA wylewano kubły pomyj za używanie brutalnego i nieparlamentarnego języka w odniesieniu choćby do protestów lekarzy, których chciał "brać w kamasze"?. Burzę krytyki wywołało także ukute przez niego określenie "wykształciuchy" (bardzo mi się zresztą to tłumaczenie z Sołżenicyna podoba) i wiele innych stwierdzeń. C
Całkiem świeża wydawała się sprawa obrony przez Ludwika Dorna jego zastępcy, Andrzeja Surmacza. W sprawie "wieśmacków", czyli wysłania przez wiceministra policjantów do kulinarnej obsługi politycznej koleżanki. Ludwik Dorn bagatelizował tę sprawę. Ani opozycja, ani media nie uznały jej za błahą. Premier Kaczyński, jak widać to także po jego szybkiej decyzji w sprawie wojewody mazowieckiego, specjalisty od "wtórników", również nie uznaje takich spraw za normalne. I co? Dorn odwołany, a opozycja i służąca im część mediów krzyczą: szaleństwo Kaczyńskiego! Biedny Dorn!
Warto w tym kontekście przypomnieć niedawne cudowne przemiany medialnego wizerunku Renaty Beger. Do września ubiegłego roku była wcieleniem prymitywizmu i politycznej hucpy "Samoobrony". Kiedy tylko dała się użyć do politycznej prowokacji red. Sekielskiemu, Morozowskiemu i Suboticiowi - z dnia na dzień stała się bohaterką walki o wolność i demokrację. Takim uciśnionym bohaterem może zostać każdy, kto będzie dało się wyłuskać z koalicji przeciwko Kaczyńskiemu (pseudonim Putin). Czy uda się wciągnąć do tej gry zdymisjonowanych ministrów - Radosława Sikorskiego i Ludwika Dorna? Wątpię. Reprezentują bowiem po prostu nieskończenie wyższy poziom od tych, którzy dali się wykorzystać do rozgrywek telewizji TVN i paru innych z tym rządem.
Nietrudno jest zaobserwować strategię opozycji, części mediw i komentatorów, która polega na odnotowywaniu wszystkiego, co ukazuje spory i różnice zdań wewnątrz rządu, i obciążaniu tym premiera Jarosława Kaczyńskiego. Informacje o tym przedstawia się zawsze, z zasady niemal, jako wadę lub błąd polityczny prezesa Rady Ministrów. Czy zmiany personalne są w rządzie zawsze błędem? By to ocenić, trzeba poczekać na efekty urzędowania nowych ministrów. Komentatorzy widzą we wszelkich zmianach na politycznej szachownicy rządzącej koalicji najchętniej tylko efekt licznych kompleksów i schizofrenii premiera. Jednak to samo można przypisać licznym oponentom gabinetu Kaczyńskiego.
Andrzej Nowak, historyk, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Arcana"
Po dymisji szefa resortu obrony narodowej podniósł się lament, iż odejście Radka Sikorskiego spowoduje obniżenie wiarygodności Polski w relacjach z partnerami w naszej polityce obronnej i zagranicznej. W tym momencie warto przypomnieć jednak, że były szef Ministerstwa Obrony Narodowej postrzegany był, nie bez racji, jako postać silnie związana ze środowiskami neokonserwatywnymi w polityce amerykańskiej.
Niestety, takie związki nie są jednak najlepszą rekomendacją w stosunkach Polski z partnerami ze "starej" Europy. Polski minister, postrzegany świetnie w Waszyngtonie, niekoniecznie jest dobrze widziany w Berlinie czy Paryżu. Opozycja i sprzyjające im media wytykają najmocniej "braciom Kaczyńskim" psucie stosunków właśnie ze "starą Europą", z Niemcami na pierwszym miejscu. Ciekawe, że dziś nie chcą pamiętać, iż to właśnie minister Sikorski sformułował najbardziej dosadną, wyjątkowo niedyplomatyczną krytykę koncepcji budowy rurociągu północnego, łączącego Rosję z Niemcami, nazywając to przedsięwzięcie nowym Paktem Ribbentrop-Mołotow.
Gdyby takiego sformułowania użyła np. minister Anna Fotyga lub jakikolwiek inny członek gabinetu Jarosława Kaczyńskiego, natychmiast podniosłoby się u nas larum o niszczenie stosunków z naszymi zachodnimi partnerami. Zapewniam jednak, że wypowiedź urzędującego ministra obrony narodowej wzbudziła naprawdę ostrą krytykę wśród naszych niemieckich i zachodnioeuropejskich partnerów.
Radosław Sikorski postrzegany był w Europie Zachodniej jako łącznik pomiędzy Polską a rydwanem polityki prezydenta USA Georga Busha. Albo więc krytykujemy rząd - co czyni opozycja - za to, że marnuje szanse włączenia Polski do polityki europejskiej oraz, że psuje stosunki z Niemcami. A skoro tak, to dymisja ministra Radka Sikorskiego powinna cieszyć. Albo uważamy, że najważniejsze są dla Polski stosunki z USA i dobrze jest mieć ministra, który postrzegany jest jako swój przez Amerykanów.
W tym drugim przypadku warto jednak zwrócić uwagę na ważny problem: czy minister obrony narodowej Polski powinien być postrzegany jako "swój" przez Amerykanów czy powinien być postrzegany jako "swój" przede wszystkim przez Rzeczpospolitą Polską? Powinno być jasne, kto kogo reprezentuje w niezwykle ważnych rozmowach dotyczących budowy tarczy antyrakietowej i innych. A przypomnę, jeszcze nie tak dawno posłowie SLD zwłaszcza mieli w tej sprawie wielkie wątpliwości - dziś leją łzy nad usuniętym ministrem. Powtórzę: nie bronię decyzji o jego odwołaniu, upominam się tylko o logikę w krytyce tej decyzji.
Podobnie nietrudno doszukać się braku logiki w przypuszczonym na premiera Kaczyńskiego ataku związanym z dymisją ministra spraw wewnętrznych Ludwika Dorna. Dopiero na szefa MSWiA wylewano kubły pomyj za używanie brutalnego i nieparlamentarnego języka w odniesieniu choćby do protestów lekarzy, których chciał "brać w kamasze"?. Burzę krytyki wywołało także ukute przez niego określenie "wykształciuchy" (bardzo mi się zresztą to tłumaczenie z Sołżenicyna podoba) i wiele innych stwierdzeń. C
Całkiem świeża wydawała się sprawa obrony przez Ludwika Dorna jego zastępcy, Andrzeja Surmacza. W sprawie "wieśmacków", czyli wysłania przez wiceministra policjantów do kulinarnej obsługi politycznej koleżanki. Ludwik Dorn bagatelizował tę sprawę. Ani opozycja, ani media nie uznały jej za błahą. Premier Kaczyński, jak widać to także po jego szybkiej decyzji w sprawie wojewody mazowieckiego, specjalisty od "wtórników", również nie uznaje takich spraw za normalne. I co? Dorn odwołany, a opozycja i służąca im część mediów krzyczą: szaleństwo Kaczyńskiego! Biedny Dorn!
Warto w tym kontekście przypomnieć niedawne cudowne przemiany medialnego wizerunku Renaty Beger. Do września ubiegłego roku była wcieleniem prymitywizmu i politycznej hucpy "Samoobrony". Kiedy tylko dała się użyć do politycznej prowokacji red. Sekielskiemu, Morozowskiemu i Suboticiowi - z dnia na dzień stała się bohaterką walki o wolność i demokrację. Takim uciśnionym bohaterem może zostać każdy, kto będzie dało się wyłuskać z koalicji przeciwko Kaczyńskiemu (pseudonim Putin). Czy uda się wciągnąć do tej gry zdymisjonowanych ministrów - Radosława Sikorskiego i Ludwika Dorna? Wątpię. Reprezentują bowiem po prostu nieskończenie wyższy poziom od tych, którzy dali się wykorzystać do rozgrywek telewizji TVN i paru innych z tym rządem.
Nietrudno jest zaobserwować strategię opozycji, części mediw i komentatorów, która polega na odnotowywaniu wszystkiego, co ukazuje spory i różnice zdań wewnątrz rządu, i obciążaniu tym premiera Jarosława Kaczyńskiego. Informacje o tym przedstawia się zawsze, z zasady niemal, jako wadę lub błąd polityczny prezesa Rady Ministrów. Czy zmiany personalne są w rządzie zawsze błędem? By to ocenić, trzeba poczekać na efekty urzędowania nowych ministrów. Komentatorzy widzą we wszelkich zmianach na politycznej szachownicy rządzącej koalicji najchętniej tylko efekt licznych kompleksów i schizofrenii premiera. Jednak to samo można przypisać licznym oponentom gabinetu Kaczyńskiego.
Andrzej Nowak, historyk, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Arcana"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|