Nie wytrzymało jeszcze jedno serce. Jeszcze jeden duch skromny i prosty ewakuował się z naszej rzeczywistości nikczemnie pyszałkowatej i faryzejsko zawiłej. Odszedł Michał Paweł Markowski - pisze w DZIENNIKU Jerzy Pilch.
Złe wiadomości zwykle docierają prędko, ta - spośród złych najgorsza - dotarła do mnie z opóźnieniem, jakby nadmiernie swym tragizmem i swą fatalnością
obciążona sama ze swym nie do zniesienia balastem zwlekała; jakby jej samej niespieszno było świat o sobie powiadomić; jakby żałobny ton jej brzmienia był dla niej samej nie do
wysłuchania.
Nie wytrzymało jeszcze jedno serce. Jeszcze jeden duch skromny i prosty ewakuował się z naszej rzeczywistości nikczemnie pyszałkowatej i faryzejsko zawiłej. Jeszcze jeden umysł światły pojął, że nie rozświetli naszych ciemności i rzekł nam wszystkim: żegnajcie. Odszedł Michał Paweł Markowski.
Skromny ów erudyta nie byłby sobą, gdyby w swym ostatnim słowie nie sięgnął po tak przezeń kochaną literaturę piękną. "Farewell, Miss Iza, farewell" - tak brzmi tytuł ostatniego, pożegnalnego tekstu ogłoszonego przezeń na łamach "Tygodnika Powszechnego" i jest w tym tytule - tak jak to u Markowskiego, póki był między nami, bywało - wszystko: klasyka, języki obce, delikatna ironia, dowcip błyskotliwy, skromność prawdziwa, nowa wreszcie interpretacja starej sceny. Interpretacja szczodrze i jasno wyłożona - byśmy wiedzieli, że nie o czcze i skrywające pustkę efekciarstwo to chodzi, a o precyzyjne, wsparte nowatorskim odczytaniem klasyki (w tym wypadku "Lalki" Bolesława Prusa) nazwanie rzeczywistości, w której żyjemy. Precyzyjne nazwanie rzeczywistości, w której żyjemy, nie jest bowiem niczym innym jak dawaniem ziemskiej pomocy; precyzyjne nazwanie rzeczywistości, w której żyjemy, żyć pomaga. I to właśnie czynił przez całe swe niezadługie twórcze życie Markowski - żyć nam pomagał! Człowiek czytał i żyć mu się chciało, bo wiedział, że ma do czynienia z autorem, co z najtrudniejszym umysłowo wywodem do samego serca dociera.
Nawet w ostatnich (już niestety spazmatycznie krótkich) akapitach, gdy inne i bardziej ostateczne sprawy zaprzątały jego strudzoną głowę, znalazł jeszcze siłę, by zwrócić się do nas wprost, by dać nam czułe literackie przypomnienie: "Pamiętacie tę scenę z <Lalki>? Łęcka wyjeżdża z kochankiem za granicę i żeby Wokulski nie zrozumiał, o czym szepcze, przechodzi na angielski. (…) Jest to scena wysoce emblematyczna. Wokulski umie niby parę słów powiedzieć, ale Szekspira by nie poczytał. Izabela też Szekspira by nie poczytała, ale to nie znaczy, że nie ma flirtować z kim innym. Totalne nieporozumienie, bo choć niby mówią tym samym językiem, to jest to język całkowicie obcy".
Teraz kiedy wieczne pióro wypadło z nagle znieruchomiałych palców, kiedy przestała stukać klawiatura, można dopowiedzieć, bo teraz w obliczu Wielkiego Milczenia to, co dopowiemy, nie zostanie wzięte za tanie pochlebstwo. Otóż ani Wokulski by Szekspira nie poczytał, ani Łęcka by Szekspira nie poczytała, ani Prus by Szekspira nie poczytał, ani prawie nikt z nas Szekspira by nie poczytał, ale Markowski - on jeden - Szekspira by poczytał. Tak jest, Markowski Szekspira by poczytał, co nie znaczy, by miał nie czytać "Lalki" i by miał nie widzieć - póki nie zamknęły się jego udręczone oczy - zaludniających karty tej powieści ledwo dukających po angielsku ćwierćinteligentów.
W tym pełnym nieporozumień dukaniu dostrzegał (z właściwą mu analityczną brawurą) emblemat polskiej sceny publicznej, na której - ma się rozumieć - też "nikt by Szekspira nie poczytał". Rzecz jasna Markowski, który był człowiekiem znanym ze skromności, z tego rodzaju racjami - powiedzmy: czytelniczej wyższości - wobec rozmaitych uczestników życia publicznego nie występował. Nie głosił publicznie (a przecież mógłby), że np. poseł Filipek czy nawet bracia Kaczyńscy Szekspira by nie poczytali, żadna tego rodzaju intelektualna przewaga po Markowskim nigdy się nie pokazywała. Był to człowiek, który miał - tak jest - niebywałe przewagi, ale z typową dobrodusznością milion razy silniejszego od innych olbrzyma nigdy tych przewag nie używał. Markowski najzwyczajniej w świecie z żalem wielkiego erudyty, a przy tym człowieka niespotykanie spokojnego i zgodliwego bolał nad odwiecznymi polskimi przywarami - kłótniami, swarami i jadami. Jego ostatnia - a brzmiąca jak swoisty i pełen patriotycznej goryczy testament - diagnoza jest zbyt w swej goryczy wymowna, by jej nie przytoczyć w całości.
"Wszyscy na wszystkich warczą, wieszają psy, szkalują, napadają, obrażają się. Zwłaszcza obrażają. DZIENNIK na "Wyborczą", "Wyborcza" na DZIENNIK, PiS na PO, PO na PiS, lustratorzy na antylustratorów, nawet Kościół zaczął psioczyć na Kościół, co kto nie powie, to drugi już leci i jeszcze mocniej wywija pięściami. Można oszaleć".
Michał Paweł Markowski, znając granicę swej kruchości, swej (graniczącej z pomieszaniem zmysłów) wrażliwości, nie chciał oszaleć. Zapamiętajmy heroizm tego wyboru. Heroizm, za którym stoi także wielkie rozczarowanie. Bo przecież ostatni rok pisania w "Tygodniku Powszechnym" to była jedna wielka misja pokojowa, to było godzenie stron, to były nieustannie podejmowane mediacje. Niczym biały gołąb smutku (albo niczym wytrawny oficer prowadzący pokojowe negocjacje pomiędzy frontami) fruwał Markowski pomiędzy "Wyborczą" a "Dziennikiem", pomiędzy PO a PiS-em, pomiędzy jednym a drugim autorem, politykiem, kapłanem - próbował godzić wszystkie pod polskim słońcem zwaśnione strony - na próżno, niestety. Miał gorzką świadomość swego daremnego trudu. (O którym zresztą mało kto w istocie wiedział, Markowski mrówczo i niedostrzegalnie próbował snuć nić porozumienia, nie obnosił się ze swymi zasługami, nie budził zaciekawienia bulwarowych mediów.) Miał ból i przykrość, że nie jest przez Polaków słuchany. Wyznanie tego fiaska w "pożegnaniu" nie mogło przyjść mu łatwo. Jest to kilka zdań z zaciśniętymi zębami napisanych (dziś, gdy już Go nie ma, czyta się to pozornie bagatelne wyznanie ze ściśniętym gardłem). "Nie ukrywam, że przez cały rok starałem się jakoś wprowadzić nutę rozluźnienia do całego tego bałaganu, obśmiewać - dla zdrowia - wszystkie naburmuszone strony, także i siebie nie pozostawiając poza zbawiennym działaniem ironii". ( Markowskiemu niezręcznie było powiedzieć: zdarzały się w minionym roku w kraju konflikty, które on sam własnoręcznie; własnymi, wręcz gołymi rękami zażegnywał - niezręcznie mu było do tego rodzaju najprostszej i wymiernej chwały się przyznawać - czynię to za Niego; On zamilkł.) "Ale jakoś mi zabrakło już motywacji, pewnie talentu nie starczyło - rozdzierające są ostatnie słowa ostatniego tekstu - bo pisanie felietonów zamiast przynosić radość wpędzało mnie w stan przygnębienia, że znowu to samo, nic nowego pod polskim słońcem, nie ma wielkich nadziei na rozmowę. Że niby w ciekawych czasach żyjemy? Tego rodzaju satysfakcję i gratyfikację z nią związaną zostawiam innym felietonistom".
I zostawiłeś nas - ("pełno nas, a jakoby nikogo nie było") zostawiłeś nas, Mistrzu, z naszymi nędznymi sprawami, marną kasą, kulawą nadzieją i bełkotliwą mową. Zostawiłeś nas pod polskim słońcem, pod którymi nikt (po Tobie) Szekspira nie poczyta. No chyba, że Antek Libera.
Nie wytrzymało jeszcze jedno serce. Jeszcze jeden duch skromny i prosty ewakuował się z naszej rzeczywistości nikczemnie pyszałkowatej i faryzejsko zawiłej. Jeszcze jeden umysł światły pojął, że nie rozświetli naszych ciemności i rzekł nam wszystkim: żegnajcie. Odszedł Michał Paweł Markowski.
Skromny ów erudyta nie byłby sobą, gdyby w swym ostatnim słowie nie sięgnął po tak przezeń kochaną literaturę piękną. "Farewell, Miss Iza, farewell" - tak brzmi tytuł ostatniego, pożegnalnego tekstu ogłoszonego przezeń na łamach "Tygodnika Powszechnego" i jest w tym tytule - tak jak to u Markowskiego, póki był między nami, bywało - wszystko: klasyka, języki obce, delikatna ironia, dowcip błyskotliwy, skromność prawdziwa, nowa wreszcie interpretacja starej sceny. Interpretacja szczodrze i jasno wyłożona - byśmy wiedzieli, że nie o czcze i skrywające pustkę efekciarstwo to chodzi, a o precyzyjne, wsparte nowatorskim odczytaniem klasyki (w tym wypadku "Lalki" Bolesława Prusa) nazwanie rzeczywistości, w której żyjemy. Precyzyjne nazwanie rzeczywistości, w której żyjemy, nie jest bowiem niczym innym jak dawaniem ziemskiej pomocy; precyzyjne nazwanie rzeczywistości, w której żyjemy, żyć pomaga. I to właśnie czynił przez całe swe niezadługie twórcze życie Markowski - żyć nam pomagał! Człowiek czytał i żyć mu się chciało, bo wiedział, że ma do czynienia z autorem, co z najtrudniejszym umysłowo wywodem do samego serca dociera.
Nawet w ostatnich (już niestety spazmatycznie krótkich) akapitach, gdy inne i bardziej ostateczne sprawy zaprzątały jego strudzoną głowę, znalazł jeszcze siłę, by zwrócić się do nas wprost, by dać nam czułe literackie przypomnienie: "Pamiętacie tę scenę z <Lalki>? Łęcka wyjeżdża z kochankiem za granicę i żeby Wokulski nie zrozumiał, o czym szepcze, przechodzi na angielski. (…) Jest to scena wysoce emblematyczna. Wokulski umie niby parę słów powiedzieć, ale Szekspira by nie poczytał. Izabela też Szekspira by nie poczytała, ale to nie znaczy, że nie ma flirtować z kim innym. Totalne nieporozumienie, bo choć niby mówią tym samym językiem, to jest to język całkowicie obcy".
Teraz kiedy wieczne pióro wypadło z nagle znieruchomiałych palców, kiedy przestała stukać klawiatura, można dopowiedzieć, bo teraz w obliczu Wielkiego Milczenia to, co dopowiemy, nie zostanie wzięte za tanie pochlebstwo. Otóż ani Wokulski by Szekspira nie poczytał, ani Łęcka by Szekspira nie poczytała, ani Prus by Szekspira nie poczytał, ani prawie nikt z nas Szekspira by nie poczytał, ale Markowski - on jeden - Szekspira by poczytał. Tak jest, Markowski Szekspira by poczytał, co nie znaczy, by miał nie czytać "Lalki" i by miał nie widzieć - póki nie zamknęły się jego udręczone oczy - zaludniających karty tej powieści ledwo dukających po angielsku ćwierćinteligentów.
W tym pełnym nieporozumień dukaniu dostrzegał (z właściwą mu analityczną brawurą) emblemat polskiej sceny publicznej, na której - ma się rozumieć - też "nikt by Szekspira nie poczytał". Rzecz jasna Markowski, który był człowiekiem znanym ze skromności, z tego rodzaju racjami - powiedzmy: czytelniczej wyższości - wobec rozmaitych uczestników życia publicznego nie występował. Nie głosił publicznie (a przecież mógłby), że np. poseł Filipek czy nawet bracia Kaczyńscy Szekspira by nie poczytali, żadna tego rodzaju intelektualna przewaga po Markowskim nigdy się nie pokazywała. Był to człowiek, który miał - tak jest - niebywałe przewagi, ale z typową dobrodusznością milion razy silniejszego od innych olbrzyma nigdy tych przewag nie używał. Markowski najzwyczajniej w świecie z żalem wielkiego erudyty, a przy tym człowieka niespotykanie spokojnego i zgodliwego bolał nad odwiecznymi polskimi przywarami - kłótniami, swarami i jadami. Jego ostatnia - a brzmiąca jak swoisty i pełen patriotycznej goryczy testament - diagnoza jest zbyt w swej goryczy wymowna, by jej nie przytoczyć w całości.
"Wszyscy na wszystkich warczą, wieszają psy, szkalują, napadają, obrażają się. Zwłaszcza obrażają. DZIENNIK na "Wyborczą", "Wyborcza" na DZIENNIK, PiS na PO, PO na PiS, lustratorzy na antylustratorów, nawet Kościół zaczął psioczyć na Kościół, co kto nie powie, to drugi już leci i jeszcze mocniej wywija pięściami. Można oszaleć".
Michał Paweł Markowski, znając granicę swej kruchości, swej (graniczącej z pomieszaniem zmysłów) wrażliwości, nie chciał oszaleć. Zapamiętajmy heroizm tego wyboru. Heroizm, za którym stoi także wielkie rozczarowanie. Bo przecież ostatni rok pisania w "Tygodniku Powszechnym" to była jedna wielka misja pokojowa, to było godzenie stron, to były nieustannie podejmowane mediacje. Niczym biały gołąb smutku (albo niczym wytrawny oficer prowadzący pokojowe negocjacje pomiędzy frontami) fruwał Markowski pomiędzy "Wyborczą" a "Dziennikiem", pomiędzy PO a PiS-em, pomiędzy jednym a drugim autorem, politykiem, kapłanem - próbował godzić wszystkie pod polskim słońcem zwaśnione strony - na próżno, niestety. Miał gorzką świadomość swego daremnego trudu. (O którym zresztą mało kto w istocie wiedział, Markowski mrówczo i niedostrzegalnie próbował snuć nić porozumienia, nie obnosił się ze swymi zasługami, nie budził zaciekawienia bulwarowych mediów.) Miał ból i przykrość, że nie jest przez Polaków słuchany. Wyznanie tego fiaska w "pożegnaniu" nie mogło przyjść mu łatwo. Jest to kilka zdań z zaciśniętymi zębami napisanych (dziś, gdy już Go nie ma, czyta się to pozornie bagatelne wyznanie ze ściśniętym gardłem). "Nie ukrywam, że przez cały rok starałem się jakoś wprowadzić nutę rozluźnienia do całego tego bałaganu, obśmiewać - dla zdrowia - wszystkie naburmuszone strony, także i siebie nie pozostawiając poza zbawiennym działaniem ironii". ( Markowskiemu niezręcznie było powiedzieć: zdarzały się w minionym roku w kraju konflikty, które on sam własnoręcznie; własnymi, wręcz gołymi rękami zażegnywał - niezręcznie mu było do tego rodzaju najprostszej i wymiernej chwały się przyznawać - czynię to za Niego; On zamilkł.) "Ale jakoś mi zabrakło już motywacji, pewnie talentu nie starczyło - rozdzierające są ostatnie słowa ostatniego tekstu - bo pisanie felietonów zamiast przynosić radość wpędzało mnie w stan przygnębienia, że znowu to samo, nic nowego pod polskim słońcem, nie ma wielkich nadziei na rozmowę. Że niby w ciekawych czasach żyjemy? Tego rodzaju satysfakcję i gratyfikację z nią związaną zostawiam innym felietonistom".
I zostawiłeś nas - ("pełno nas, a jakoby nikogo nie było") zostawiłeś nas, Mistrzu, z naszymi nędznymi sprawami, marną kasą, kulawą nadzieją i bełkotliwą mową. Zostawiłeś nas pod polskim słońcem, pod którymi nikt (po Tobie) Szekspira nie poczyta. No chyba, że Antek Libera.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|