Wyobraźmy sobie taki oto scenariusz. Kwaśniewski jest na powrót ważnym aktorem polskiej sceny politycznej. I staje się może nie wymarzonym, ale naturalnym partnerem dla szykującego się do wyborczego zwycięstwa Donalda Tuska - pisze Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA.
Jak Aleksander Kwaśniewski miałby pogodzić swoje ambicje z ambicjami Tuska? Jest na to patent. Tusk chce być za wszelką cenę prezydentem. Kwaśniewski nie tylko nie
chce, ale i nie może. Ma więc coś, na czym Tuskowi powinno zależeć - swój ewentualny, tym razem mocny głos na rzecz lidera Platformy. Głos, który mógłby zdecydować o wynikach wyborów
prezydenckich 2010 roku.
Co w zamian miałby uzyskać Kwaśniewski? Może na przykład premierostwo we wspólnym rządzie PO i lewicy. Wszak to Józef Oleksy - bynajmniej nie w dialogach z Gudzowatym, ale w wypowiedzi dla DZIENNIKA - zapewniał, że kierowanie rządem to od lat skrywane marzenie "Olka".
Gry strategiczne
Tego scenariusza nie wymyśliłem sam. Nakreślił go człowiek z otoczenia Kwaśniewskiego. Oczywiście, zapewniając, że to tylko spekulacje. Element swoistej gry strategicznej. I że jak każda gra, także i ta może być traktowana z przymrużeniem oka.
Politycy PO reagują na podobne "gdybania" z mieszaniną rozbawienia i irytacji. Zapewniają, że to fantazje. Mogą na razie tak mówić. Przecież historia potencjalnych inicjatyw Kwaśniewskiego jest długa i raczej zniechęcająca. Przy poprzednim parlamencie kontrolowanym przez SLD plotki o nowej formacji czy o przyjęciu przez urzędującego wówczas prezydenta politycznej inicjatywy (zmierzającej na przykład do zdymisjonowania rządu Millera) pojawiały się co parę miesięcy. Były - niezależnie od intencji - środkiem nacisku na lewicę.
Najbardziej zaawansowane okazały się przygotowania do stworzenia "obywatelskiej listy" w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku. Jednak i tym razem skończyło się na bezowocnych debatach Waldemara Dubaniowskiego - "niekomunistycznej twarzy" obozu Kwaśniewskiego - z szacownym gronem starców z Unii Wolności.
Z drugiej strony warto jednak zauważyć, że po rozstaniu się z SLD Kwaśniewski nigdy nie zaszedł w tworzeniu czegoś własnego tak daleko jak teraz. Śmieszne są uniki tych polityków, a już zwłaszcza komentatorów, którzy wciąż udają, że Ruch na rzecz Demokracji to skrzyknięta naprędce inicjatywa wynikła li tylko z troski grupki szacownych postaci o stan spraw w Polsce. Możliwe, że poetka Wisława Szymborska czy nawet były senator Krzysztof Kozłowski tak pojmują swoją rolę. Zapewne tacy kuszeni współpracą historyczni przywódcy jak Lech Wałęsa nie zamierzają pójść dalej we współpracy z Kwaśniewskim. Ale czy to samo da się powiedzieć o liczących się dzisiaj politycznych osobistościach zaangażowanych w to przedsięwzięcie?
Rozmawiałem ostatnio z wieloma politykami różnych opcji i dla nich rzecz wydaje się oczywista - mamy do czynienia z konturem nowego projektu politycznego. Zgoda - konturem niewypełnionym kolorami. Dającym malarzowi możliwość odłożenia dzieła na półkę. Tyle że pierwsze kreski zostały już naniesione na płótno.
Licytacja
Nie jest prawdziwym powtarzany często argument, że grono sygnatariuszy jest całkowicie niespójne, że nic nie łączy tych ludzi poza doraźnym obywatelskim zaniepokojeniem.
Dwa lata tamu Władysław Frasyniuk, wówczas lider Unii Wolności, wyśmiewał się z pomysłu wspólnych list do parlamentu z partią Marka Borowskiego - Socjaldemokracją Polską. "My jesteśmy liberałami, oni socjalistami" - definiował. Dziś po nieudanym eksperymencie z Partią Demokratyczną Frasyniuk wraz ze swoim politycznym środowiskiem znalazł się w jednym politycznym bloku nie tylko z Borowskim, ale i z Millerem - mowa o LiD. Razem wystawili listy wyborcze do samorządu i wszystko wskazuje na to, że razem pójdą do wyborów parlamentarnych.
Przecież - może z bardzo szczególnym wyjątkiem Andrzeja Olechowskiego - lista założycieli Ruchu Obrony Demokracji mieści - łącznie z intelektualistami i artystami - przedstawicieli dwóch polityczno-towarzyskich kręgów: dawnej Unii Wolności i części postkomunistycznej lewicy. Gdzie więc tu niespójność? Gdzie niemożność podejmowania kolejnych, czysto politycznych kroków?
Jeśli ta lista nie jest listą komitetu założycielskiego nowej formacji, to z jednego powodu. Autorzy gry strategicznej pod roboczym tytułem "Kwaśniewski ważnym aktorem sceny" nie są pewni dalszej drogi. Nie wiadomo, z kim u boku były prezydent miałby w przyszłości podjąć grę. Z własną partią tworzoną na siłę między SLD i Platformą Obywatelską? Z przechwyconą i nieco przemodelowaną lewicą, może uzupełnioną o nowe środowiska i może uszczuploną o dogmatycznych aparatczyków? A może celem Kwaśniewskiego jest jakieś współpartnerstwo zaoferowane Tuskowi jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2009? Nowy centrolewicowy blok polityczny stworzony - mówiąc umownie - z PO bez Rokity, i z LiD bez Millera.
Kwaśniewski wystawia swoją potencjalną siłę na przetarg. Bada grunt i czeka, kto zgłosi akces i zechce grać na jego sukces. Kto podejmie z nim otwartą wojnę, a kto - być może za jakiś czas - wyrazi chęć układania się.
W jak szybkim tempie przebiegać będzie ta licytacja? Na razie Aleksander Kwaśniewski nie wyrzekł się nawet wykładów w USA. Powrócił do wielkiej polityki, tyle że na pół etatu. O czym świadczy ten dystans? O braku politycznej dzielności? O wątpliwościach, czy warto się angażować w niepewną awanturę, być może pełną bolesnych prób i rozczarowań? Tak to sobie tłumaczą politycy niechętni Kwaśniewskiemu. Ale może mamy do czynienia z taktycznym wyrachowaniem? Gdy się wysyła balon próbny, trzeba się jak najszybciej odwrócić z obojętną miną w drugą stroną. Pokazując, że to wszystko nic definitywnego. Że "za bardzo to mi nie zależy".
Połykanie lewicy
Można przyjąć spiskową teorię, że polityk tego kalibru co Kwaśniewski został do pierwszego ruchu po prostu zmuszony. Na przykład mnożącymi się zarzutami medialnymi i ruchami prokuratury, która od pewnego czasu krąży wokół byłego prezydenta i jego przyjaciół. Niewątpliwie trudniej jest wzywać na przysłuchania lidera Ruchu na rzecz Demokracji, który jako swój cel deklaruje walkę o praworządność, a państwo przedstawia jako opresywne wobec obywateli (sugestie dotyczące podsłuchów).
Ale Kwaśniewski mógł mieć inne poważne powody, aby przyśpieszyć. Nawet ryzykując coś w rodzaju falstartu. Mógł się kierować uzasadnionym poczuciem, że miejsce po nim na lewicy zostanie wkrótce definitywnie zajęte, a na skomplikowaną operację, jaką jest szukanie przestrzeni między PO i LiD-em potrzeba więcej niż paru miesięcy. W tym sensie manewr towarzyszący powstaniu Platformy Obywatelskiej w hotelu Sheraton jest nie do powtórzenia. Tam - utworzenie partii na pięć minut przed wyborami przez kilku liderów działających z zaskoczenia. Tu - sygnał do mozolnej rozgrywki z niewiadomym finałem.
Nie wróżyłbym Kwaśniewskiemu sukcesu, gdyby rzeczywiście chciał szturmować dobrze umocnione, okrzepłe struktury PO. Ta partia wytworzyła już własne hierarchie, więzy lojalności. Nie jest do połknięcia ani do rozbicia, zwłaszcza przy wciąż dużej różnicy tradycji między jej działaczami a lewicą postkomunistyczną.
Kwaśniewski może natomiast skonsumować lewicę, próbując jej nadać nieco obywatelskiego rozpędu, który trudno wykrzesać ze zdemoralizowanego partyjnego aparatu. Liderom SLD i SdPL trudno byłoby uzasadnić opór wobec ambicji wobec swojego Ojca Założyciela. Nieprzypadkowo w deklaracji Ruchu na rzecz Demokracji znajdujemy nazwisko przewodniczącego SdPl Marka Borowskiego, któremu dopiero co przypisywano samodzielne przywódcze ambicje. Znajdujemy też Krzysztofa Janika, doświadczonego wyjadacza, który ma duży wpływ na młodego szefa SLD Wojciecha Olejniczaka. Nawet jeśli ci ludzie weszli do Ruchu po to, by opóźnić ekspansję Kwaśniewskiego na ich partie, taki manewr może im się nie udać.
Pytanie tylko, czy byłego prezydenta zadowoli kierowanie skłóconym, wciąż nie najsilniejszym LiD-em. Jeszcze kilka miesięcy temu słychać było, że - przykładowo - rozstrzyganie konfliktów między Izabelą Sierakowską i Grzegorzem Kurczukiem nie jest szczytem jego marzeń. Trzeba będzie zapewne szukać bardziej skomplikowanej formuły patronatu.
Konkurencja wydmuszek
Kwaśniewski nie podbije Platformy, ale liderując czy patronując lewicy, może PO osłabić, przejmując część jej obecnych wyborców i w konsekwencji zmuszając do ustępstw. W tym sensie jego ewentualny powrót na scenę przestaje być wirtualny, choć tak twierdził jeszcze przed miesiącem Donald Tusk.
Teoretycznie już dziś platformersi powinni przystąpić do kanonady nastawionej na zniszczenie nowej inicjatywy. Nie mają jednak dobrej amunicji. Tak konsekwentnie zwalczali IV Rzeczpospolitą, że przygotowali pole komuś, kto będzie zawsze nie tylko bardziej radykalny, ale i bardziej wiarygodny w atakach na nią - nie można mu bowiem zarzucić, że wcześniej ją współkonstruował. Co więcej, próby wskazywania wokół Kwaśniewskiego dwuznacznych ludzi i interesów (Marek Ungier) też mogą się okazać mało przekonujące. Biorc udział w histerycznej nagonce na "IV RP, która ma krew na rękach" (przy okazji sprawy Barbary Blidy), politycy PO nie będą zbyt wiarygodni jako krytycy lewicowej korupcji.
Czy możliwa była dla Platformy, która wszystko podporządkowała logice walki z obecną koalicją, inna droga? Tego nie wiem. Sprowadzając ostatnio swoją tożsamość wyłącznie do punktowania win PiS-u i ukrywania własnego dawnego programu, politycy PO zapewnili sobie skądinąd solidną sondażową pozycję. Ale teraz mogą mieć kłopoty z konkurencją, która zrobi to lepiej, bo nie znaleźli skutecznego sposobu, aby się od niej odróżniać. Mówiąc złośliwie - komuś, kto bardzo chce być wydmuszką, trudno jest bronić się przed kimś, kto sztukę bycia wydmuszką ćwiczył od lat, jeśli nie od dziesięcioleci.
Politycy PiS uważają, że powrót Kwaśniewskiego na scenę to dla nich dobra wiadomość. Znów można będzie budować swoją siłę na czytelnych podziałach z czasów afery Rywina. Coś w tym jest, ale jednak na ich miejscu nie popadałbym w entuzjazm.
Ich liderzy na czele z premierem Kaczyńskim też nie są przygotowani na ofensywę Kwaśniewskiego. Z jednej strony zmęczyli Polaków dużą agresywnością języka, z drugiej - rzeczywiście zawiesili "rewolucję", cokolwiek by ona znaczyła. Przez ostatnie miesiące PiS i PO zadają sobie szczególnie brutalne ciosy, licytując się zarazem tym, kto chciałby lepiej budować pragmatyczną, dobrze rządzoną demokrację.
Kaczyńskiemu przeszkadzają w tej licytacji dawne hasła i ideologiczny koalicjant LPR - ale mimo wszystko próbuje. To otwiera pole dla tego trzeciego. Może nie uszczknie on wielu wyborców samemu PiS-owi (choć przypomnę o popularności prezydenta na przykład wśród wielu wyborców AWS), ale jest w stanie przechylić scenę w lewą stronę. I zmienić społeczną atmosferę. Uczynić z dążenia do "restauracji" realne dążenie społeczne.
Potwór Alicji
Jeśli Kwaśniewski nie ma automatycznego prawa, by powiedzieć: "Ja już wygrałem", to z dwóch powodów. On sam mówił w 1994 roku w wywiadzie udzielonym mnie i Igorowi Zalewskiemu: "Sztuczne konstrukcje są dobre dla elit, ale nie dla przeciętnych wyborców". Chodziło mu wówczas o jedno z pierwszych wezwań Frasyniuka, aby budować obóz złożony z Unii Wolności i części środowisk postkomunistycznych. Ówczesny lider SLD miał oczywiście rację.
Dziś od współpracowników Kwaśniewskiego można usłyszeć zapowiedzi rajdu po kraju, szukania zwolenników przez internet wśród ludzi młodych, zniesmaczonych ideologizacją polityki przez PiS i partię Giertycha. Może do takiego rozbudzenia emocji dojdzie, a może nie. Na razie cała inicjatywa jest budowana od góry - solennymi apelami bardzo elitarnych kręgów. Czy Polacy zaakceptują taki powrót do atmosfery z początku lat 90. - trudno powiedzieć. Sam aplauz na łamach "Gazety Wyborczej" czy "Polityki" może nie wystarczyć. W tym sensie PO jawi się przy wszystkich swoich mankamentach jako formacja bardziej masowa, demokratyczna, wręcz "ludowa".
Trudno też przewidzieć - i to powód drugi - wokół jakich tematów i podziałów może się toczyć najbliższa kampania wyborcza. Program środowisk, które stawiają dziś na Kwaśniewskiego, jest, gdy się przyjrzeć postulatom pozytywnym, tyleż ogólnie słuszny co pusty - bardziej niż programy obecnie działających partii. Nie jest prawdą, że wyborcy zupełnie tego nie wyczuwają. Podobna abstrakcyjna pustka, wiara, że można się odwoływać wyłącznie do "europejskości", "demokracji" stała się kiedyś powodem klęski Unii Wolności.
Jeśli te wybory staną się plebiscytem: kto za, a kto przeciw IV RP, Kwaśniewski ma oczywiście spore szanse na mocne zaistnienie. Czy jednak Polacy, może w swojej większości rzeczywiście zmęczeni obecną władzą, postawią na prosty powrót ludzi, którzy zawsze mówili, że większe afery to wymysł, komisje śledcze - gorszące widowisko, a problemu fasadowości polskiej demokracji po prostu nie ma? A do tego sprowadza się filozofia czcigodnych mędrców podpisujących kolejne manifesty przeciw IV RP.
Tomasz Nałęcz, skądinąd sympatyk Kwaśniewskiego, przypominał na marginesie sprawy Rywina "Alicję w krainie czarów". Gdy Alicja spotkała potwora, zamknęła oczy i oznajmiła "potworze ciebie nie ma". Intelektualiści stawiający dziś na Kwaśniewskiego przypominają Alicję. Czy Polacy zechcą pójść za ich przykładem?
Co w zamian miałby uzyskać Kwaśniewski? Może na przykład premierostwo we wspólnym rządzie PO i lewicy. Wszak to Józef Oleksy - bynajmniej nie w dialogach z Gudzowatym, ale w wypowiedzi dla DZIENNIKA - zapewniał, że kierowanie rządem to od lat skrywane marzenie "Olka".
Gry strategiczne
Tego scenariusza nie wymyśliłem sam. Nakreślił go człowiek z otoczenia Kwaśniewskiego. Oczywiście, zapewniając, że to tylko spekulacje. Element swoistej gry strategicznej. I że jak każda gra, także i ta może być traktowana z przymrużeniem oka.
Politycy PO reagują na podobne "gdybania" z mieszaniną rozbawienia i irytacji. Zapewniają, że to fantazje. Mogą na razie tak mówić. Przecież historia potencjalnych inicjatyw Kwaśniewskiego jest długa i raczej zniechęcająca. Przy poprzednim parlamencie kontrolowanym przez SLD plotki o nowej formacji czy o przyjęciu przez urzędującego wówczas prezydenta politycznej inicjatywy (zmierzającej na przykład do zdymisjonowania rządu Millera) pojawiały się co parę miesięcy. Były - niezależnie od intencji - środkiem nacisku na lewicę.
Najbardziej zaawansowane okazały się przygotowania do stworzenia "obywatelskiej listy" w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku. Jednak i tym razem skończyło się na bezowocnych debatach Waldemara Dubaniowskiego - "niekomunistycznej twarzy" obozu Kwaśniewskiego - z szacownym gronem starców z Unii Wolności.
Z drugiej strony warto jednak zauważyć, że po rozstaniu się z SLD Kwaśniewski nigdy nie zaszedł w tworzeniu czegoś własnego tak daleko jak teraz. Śmieszne są uniki tych polityków, a już zwłaszcza komentatorów, którzy wciąż udają, że Ruch na rzecz Demokracji to skrzyknięta naprędce inicjatywa wynikła li tylko z troski grupki szacownych postaci o stan spraw w Polsce. Możliwe, że poetka Wisława Szymborska czy nawet były senator Krzysztof Kozłowski tak pojmują swoją rolę. Zapewne tacy kuszeni współpracą historyczni przywódcy jak Lech Wałęsa nie zamierzają pójść dalej we współpracy z Kwaśniewskim. Ale czy to samo da się powiedzieć o liczących się dzisiaj politycznych osobistościach zaangażowanych w to przedsięwzięcie?
Rozmawiałem ostatnio z wieloma politykami różnych opcji i dla nich rzecz wydaje się oczywista - mamy do czynienia z konturem nowego projektu politycznego. Zgoda - konturem niewypełnionym kolorami. Dającym malarzowi możliwość odłożenia dzieła na półkę. Tyle że pierwsze kreski zostały już naniesione na płótno.
Licytacja
Nie jest prawdziwym powtarzany często argument, że grono sygnatariuszy jest całkowicie niespójne, że nic nie łączy tych ludzi poza doraźnym obywatelskim zaniepokojeniem.
Dwa lata tamu Władysław Frasyniuk, wówczas lider Unii Wolności, wyśmiewał się z pomysłu wspólnych list do parlamentu z partią Marka Borowskiego - Socjaldemokracją Polską. "My jesteśmy liberałami, oni socjalistami" - definiował. Dziś po nieudanym eksperymencie z Partią Demokratyczną Frasyniuk wraz ze swoim politycznym środowiskiem znalazł się w jednym politycznym bloku nie tylko z Borowskim, ale i z Millerem - mowa o LiD. Razem wystawili listy wyborcze do samorządu i wszystko wskazuje na to, że razem pójdą do wyborów parlamentarnych.
Przecież - może z bardzo szczególnym wyjątkiem Andrzeja Olechowskiego - lista założycieli Ruchu Obrony Demokracji mieści - łącznie z intelektualistami i artystami - przedstawicieli dwóch polityczno-towarzyskich kręgów: dawnej Unii Wolności i części postkomunistycznej lewicy. Gdzie więc tu niespójność? Gdzie niemożność podejmowania kolejnych, czysto politycznych kroków?
Jeśli ta lista nie jest listą komitetu założycielskiego nowej formacji, to z jednego powodu. Autorzy gry strategicznej pod roboczym tytułem "Kwaśniewski ważnym aktorem sceny" nie są pewni dalszej drogi. Nie wiadomo, z kim u boku były prezydent miałby w przyszłości podjąć grę. Z własną partią tworzoną na siłę między SLD i Platformą Obywatelską? Z przechwyconą i nieco przemodelowaną lewicą, może uzupełnioną o nowe środowiska i może uszczuploną o dogmatycznych aparatczyków? A może celem Kwaśniewskiego jest jakieś współpartnerstwo zaoferowane Tuskowi jeszcze przed wyborami parlamentarnymi 2009? Nowy centrolewicowy blok polityczny stworzony - mówiąc umownie - z PO bez Rokity, i z LiD bez Millera.
Kwaśniewski wystawia swoją potencjalną siłę na przetarg. Bada grunt i czeka, kto zgłosi akces i zechce grać na jego sukces. Kto podejmie z nim otwartą wojnę, a kto - być może za jakiś czas - wyrazi chęć układania się.
W jak szybkim tempie przebiegać będzie ta licytacja? Na razie Aleksander Kwaśniewski nie wyrzekł się nawet wykładów w USA. Powrócił do wielkiej polityki, tyle że na pół etatu. O czym świadczy ten dystans? O braku politycznej dzielności? O wątpliwościach, czy warto się angażować w niepewną awanturę, być może pełną bolesnych prób i rozczarowań? Tak to sobie tłumaczą politycy niechętni Kwaśniewskiemu. Ale może mamy do czynienia z taktycznym wyrachowaniem? Gdy się wysyła balon próbny, trzeba się jak najszybciej odwrócić z obojętną miną w drugą stroną. Pokazując, że to wszystko nic definitywnego. Że "za bardzo to mi nie zależy".
Połykanie lewicy
Można przyjąć spiskową teorię, że polityk tego kalibru co Kwaśniewski został do pierwszego ruchu po prostu zmuszony. Na przykład mnożącymi się zarzutami medialnymi i ruchami prokuratury, która od pewnego czasu krąży wokół byłego prezydenta i jego przyjaciół. Niewątpliwie trudniej jest wzywać na przysłuchania lidera Ruchu na rzecz Demokracji, który jako swój cel deklaruje walkę o praworządność, a państwo przedstawia jako opresywne wobec obywateli (sugestie dotyczące podsłuchów).
Ale Kwaśniewski mógł mieć inne poważne powody, aby przyśpieszyć. Nawet ryzykując coś w rodzaju falstartu. Mógł się kierować uzasadnionym poczuciem, że miejsce po nim na lewicy zostanie wkrótce definitywnie zajęte, a na skomplikowaną operację, jaką jest szukanie przestrzeni między PO i LiD-em potrzeba więcej niż paru miesięcy. W tym sensie manewr towarzyszący powstaniu Platformy Obywatelskiej w hotelu Sheraton jest nie do powtórzenia. Tam - utworzenie partii na pięć minut przed wyborami przez kilku liderów działających z zaskoczenia. Tu - sygnał do mozolnej rozgrywki z niewiadomym finałem.
Nie wróżyłbym Kwaśniewskiemu sukcesu, gdyby rzeczywiście chciał szturmować dobrze umocnione, okrzepłe struktury PO. Ta partia wytworzyła już własne hierarchie, więzy lojalności. Nie jest do połknięcia ani do rozbicia, zwłaszcza przy wciąż dużej różnicy tradycji między jej działaczami a lewicą postkomunistyczną.
Kwaśniewski może natomiast skonsumować lewicę, próbując jej nadać nieco obywatelskiego rozpędu, który trudno wykrzesać ze zdemoralizowanego partyjnego aparatu. Liderom SLD i SdPL trudno byłoby uzasadnić opór wobec ambicji wobec swojego Ojca Założyciela. Nieprzypadkowo w deklaracji Ruchu na rzecz Demokracji znajdujemy nazwisko przewodniczącego SdPl Marka Borowskiego, któremu dopiero co przypisywano samodzielne przywódcze ambicje. Znajdujemy też Krzysztofa Janika, doświadczonego wyjadacza, który ma duży wpływ na młodego szefa SLD Wojciecha Olejniczaka. Nawet jeśli ci ludzie weszli do Ruchu po to, by opóźnić ekspansję Kwaśniewskiego na ich partie, taki manewr może im się nie udać.
Pytanie tylko, czy byłego prezydenta zadowoli kierowanie skłóconym, wciąż nie najsilniejszym LiD-em. Jeszcze kilka miesięcy temu słychać było, że - przykładowo - rozstrzyganie konfliktów między Izabelą Sierakowską i Grzegorzem Kurczukiem nie jest szczytem jego marzeń. Trzeba będzie zapewne szukać bardziej skomplikowanej formuły patronatu.
Konkurencja wydmuszek
Kwaśniewski nie podbije Platformy, ale liderując czy patronując lewicy, może PO osłabić, przejmując część jej obecnych wyborców i w konsekwencji zmuszając do ustępstw. W tym sensie jego ewentualny powrót na scenę przestaje być wirtualny, choć tak twierdził jeszcze przed miesiącem Donald Tusk.
Teoretycznie już dziś platformersi powinni przystąpić do kanonady nastawionej na zniszczenie nowej inicjatywy. Nie mają jednak dobrej amunicji. Tak konsekwentnie zwalczali IV Rzeczpospolitą, że przygotowali pole komuś, kto będzie zawsze nie tylko bardziej radykalny, ale i bardziej wiarygodny w atakach na nią - nie można mu bowiem zarzucić, że wcześniej ją współkonstruował. Co więcej, próby wskazywania wokół Kwaśniewskiego dwuznacznych ludzi i interesów (Marek Ungier) też mogą się okazać mało przekonujące. Biorc udział w histerycznej nagonce na "IV RP, która ma krew na rękach" (przy okazji sprawy Barbary Blidy), politycy PO nie będą zbyt wiarygodni jako krytycy lewicowej korupcji.
Czy możliwa była dla Platformy, która wszystko podporządkowała logice walki z obecną koalicją, inna droga? Tego nie wiem. Sprowadzając ostatnio swoją tożsamość wyłącznie do punktowania win PiS-u i ukrywania własnego dawnego programu, politycy PO zapewnili sobie skądinąd solidną sondażową pozycję. Ale teraz mogą mieć kłopoty z konkurencją, która zrobi to lepiej, bo nie znaleźli skutecznego sposobu, aby się od niej odróżniać. Mówiąc złośliwie - komuś, kto bardzo chce być wydmuszką, trudno jest bronić się przed kimś, kto sztukę bycia wydmuszką ćwiczył od lat, jeśli nie od dziesięcioleci.
Politycy PiS uważają, że powrót Kwaśniewskiego na scenę to dla nich dobra wiadomość. Znów można będzie budować swoją siłę na czytelnych podziałach z czasów afery Rywina. Coś w tym jest, ale jednak na ich miejscu nie popadałbym w entuzjazm.
Ich liderzy na czele z premierem Kaczyńskim też nie są przygotowani na ofensywę Kwaśniewskiego. Z jednej strony zmęczyli Polaków dużą agresywnością języka, z drugiej - rzeczywiście zawiesili "rewolucję", cokolwiek by ona znaczyła. Przez ostatnie miesiące PiS i PO zadają sobie szczególnie brutalne ciosy, licytując się zarazem tym, kto chciałby lepiej budować pragmatyczną, dobrze rządzoną demokrację.
Kaczyńskiemu przeszkadzają w tej licytacji dawne hasła i ideologiczny koalicjant LPR - ale mimo wszystko próbuje. To otwiera pole dla tego trzeciego. Może nie uszczknie on wielu wyborców samemu PiS-owi (choć przypomnę o popularności prezydenta na przykład wśród wielu wyborców AWS), ale jest w stanie przechylić scenę w lewą stronę. I zmienić społeczną atmosferę. Uczynić z dążenia do "restauracji" realne dążenie społeczne.
Potwór Alicji
Jeśli Kwaśniewski nie ma automatycznego prawa, by powiedzieć: "Ja już wygrałem", to z dwóch powodów. On sam mówił w 1994 roku w wywiadzie udzielonym mnie i Igorowi Zalewskiemu: "Sztuczne konstrukcje są dobre dla elit, ale nie dla przeciętnych wyborców". Chodziło mu wówczas o jedno z pierwszych wezwań Frasyniuka, aby budować obóz złożony z Unii Wolności i części środowisk postkomunistycznych. Ówczesny lider SLD miał oczywiście rację.
Dziś od współpracowników Kwaśniewskiego można usłyszeć zapowiedzi rajdu po kraju, szukania zwolenników przez internet wśród ludzi młodych, zniesmaczonych ideologizacją polityki przez PiS i partię Giertycha. Może do takiego rozbudzenia emocji dojdzie, a może nie. Na razie cała inicjatywa jest budowana od góry - solennymi apelami bardzo elitarnych kręgów. Czy Polacy zaakceptują taki powrót do atmosfery z początku lat 90. - trudno powiedzieć. Sam aplauz na łamach "Gazety Wyborczej" czy "Polityki" może nie wystarczyć. W tym sensie PO jawi się przy wszystkich swoich mankamentach jako formacja bardziej masowa, demokratyczna, wręcz "ludowa".
Trudno też przewidzieć - i to powód drugi - wokół jakich tematów i podziałów może się toczyć najbliższa kampania wyborcza. Program środowisk, które stawiają dziś na Kwaśniewskiego, jest, gdy się przyjrzeć postulatom pozytywnym, tyleż ogólnie słuszny co pusty - bardziej niż programy obecnie działających partii. Nie jest prawdą, że wyborcy zupełnie tego nie wyczuwają. Podobna abstrakcyjna pustka, wiara, że można się odwoływać wyłącznie do "europejskości", "demokracji" stała się kiedyś powodem klęski Unii Wolności.
Jeśli te wybory staną się plebiscytem: kto za, a kto przeciw IV RP, Kwaśniewski ma oczywiście spore szanse na mocne zaistnienie. Czy jednak Polacy, może w swojej większości rzeczywiście zmęczeni obecną władzą, postawią na prosty powrót ludzi, którzy zawsze mówili, że większe afery to wymysł, komisje śledcze - gorszące widowisko, a problemu fasadowości polskiej demokracji po prostu nie ma? A do tego sprowadza się filozofia czcigodnych mędrców podpisujących kolejne manifesty przeciw IV RP.
Tomasz Nałęcz, skądinąd sympatyk Kwaśniewskiego, przypominał na marginesie sprawy Rywina "Alicję w krainie czarów". Gdy Alicja spotkała potwora, zamknęła oczy i oznajmiła "potworze ciebie nie ma". Intelektualiści stawiający dziś na Kwaśniewskiego przypominają Alicję. Czy Polacy zechcą pójść za ich przykładem?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|