W ciągu zaledwie dwóch dni Trybunał Konstytucyjny został sponiewierany. Owszem, w ciągu kilkunastu lat nieraz go krytykowano, często zresztą słusznie, ale nikomu nie przyszło do głowy, żeby Trybunał potraktować z taką brutalnością i pogardą. Żeby konstytucyjny organ władzy zlustrować w nocy, z tak ewidentną polityczną intencją - pisze Robert Krasowski, redaktor naczelny DZIENNIKA.
Dokładnie w kilka godzin po tym, jak ten odmówił żądanej przez polityków decyzji, i na kilka godzin przed tym, jak miał podjąć kolejną niekorzystną dla nich
decyzję.
To, co się wczoraj stało, jest niebywałe. Jak jeden organ władzy może arbitralnie skontrolować inny? Tylko po to, aby go zastraszyć i wymusić korzystną dla siebie decyzję? Przecież to skandal, jakiego nie było. Nawet przedstawiany jako czarny charakter Jan Olszewski nigdy by tego nie zrobił. Kiedy jego rząd chciał zlustrować parlament i prezydenta, wpierw przeforsował w tymże parlamencie stosowną uchwałę.
Tymczasem PiS zrobił to bez jakiegokolwiek mandatu. Uznał, że wystarczy mu samo moralne poczucie własnej słuszności.
Jeśli nawet potwierdzi się zarzut, że wykluczeni sędziowie byli agentami, to tryb, w jakim ten fakt ujawniono, jego ostentacyjna brutalność i ewidentna polityczna interesowność jest w państwie prawa nie do przyjęcia.
Jednak skandal, którego dopuścił się PiS, jest odpowiedzią na nihilizm prawny, który do polskiej polityki kilka miesięcy wcześniej wprowadzili przeciwnicy lustracji, odmawiając złożenia oświadczeń lustracyjnych. Ci sami dziennikarze i naukowcy, którzy wcześniej krytykowali PiS za brak szacunku do prawa, sami zrobili coś znacznie gorszego. Ogłosili oni, że ich prawo nie obowiązuje. Oznajmili, że szanują tylko to prawo, z którym się zgadzają, a bojkotują to, które im się nie podoba. Po wielekroć usłyszeliśmy zdanie, którego nie zna żadne praworządne państwo - "nie poddam się ustawie lustracyjnej, bo się z nią nie zgadzam".
Czegoś takiego również w Polsce wcześniej nie było. Owszem, często się nad Wisłą nienawidzono, często uważano, że przeciwnik polityczny dramatycznie się myli, często zarzucano sobie nawet nie winy, ale zbrodnie, jednak nikt nigdy nie łamał prawa. Co najwyżej czekał na zmianę władzy, licząc, że ta zmieni reguły prawa. Tymczasem najnowsza fala protestu przeciw lustracji przełamała nawet największe w wolnej Polsce tabu.
Akcja profesora Geremka, niezależnie od jego intencji, była złamaniem jedynej realnej świętości w polskiej polityce - zasady respektu dla prawa. Była wprowadzeniem tej wolnej amerykanki, której dalsze rundy oglądaliśmy wczoraj przed Trybunałem.
Nikt nigdy nie upokorzył władzy tak mocno, jak antylustratorzy, mówiąc w nos PiS-owi, że mają ich w nosie. Że choć ten jest władzą, choć ma prawo stanowić prawo, to jednak skończyła się zabawa w demokrację i prawo. Dlatego teraz sponiewierany nagłą porażką PiS toczy prestiżowy pojedynek. Chce postawić na swoim, a jeśli to się nie uda, to przynajmniej się zemścić.
Prezydent, który był największym wrogiem ujawnienia archiwów, a teraz nagle zapowiada, że rzuci teczki na stół, jest tej postawy symbolem.
Nie lubię emocji w opisie polityki, ale patrząc na to wszystko, muszę wyznać, że mam już tego dość. Mam dość zarówno lustracyjnej wojny, jak też jej rycerzy. Po obu stronach nie dostrzegam już żadnej wartej poparcia sprawy, żadnego dobrego argumentu. Zamiast tego widzę ludzi, którymi emocje tak zawładnęły, że uznali, iż mogą wszystko. Nawet 4 czerwca 1992 roku obie strony bardziej dbały o pozory, o formę, o legalność. Może więcej było wtedy histerii. Poniewierano ludźmi, ale nie instytucjami.
To, co się wczoraj stało, jest niebywałe. Jak jeden organ władzy może arbitralnie skontrolować inny? Tylko po to, aby go zastraszyć i wymusić korzystną dla siebie decyzję? Przecież to skandal, jakiego nie było. Nawet przedstawiany jako czarny charakter Jan Olszewski nigdy by tego nie zrobił. Kiedy jego rząd chciał zlustrować parlament i prezydenta, wpierw przeforsował w tymże parlamencie stosowną uchwałę.
Tymczasem PiS zrobił to bez jakiegokolwiek mandatu. Uznał, że wystarczy mu samo moralne poczucie własnej słuszności.
Jeśli nawet potwierdzi się zarzut, że wykluczeni sędziowie byli agentami, to tryb, w jakim ten fakt ujawniono, jego ostentacyjna brutalność i ewidentna polityczna interesowność jest w państwie prawa nie do przyjęcia.
Jednak skandal, którego dopuścił się PiS, jest odpowiedzią na nihilizm prawny, który do polskiej polityki kilka miesięcy wcześniej wprowadzili przeciwnicy lustracji, odmawiając złożenia oświadczeń lustracyjnych. Ci sami dziennikarze i naukowcy, którzy wcześniej krytykowali PiS za brak szacunku do prawa, sami zrobili coś znacznie gorszego. Ogłosili oni, że ich prawo nie obowiązuje. Oznajmili, że szanują tylko to prawo, z którym się zgadzają, a bojkotują to, które im się nie podoba. Po wielekroć usłyszeliśmy zdanie, którego nie zna żadne praworządne państwo - "nie poddam się ustawie lustracyjnej, bo się z nią nie zgadzam".
Czegoś takiego również w Polsce wcześniej nie było. Owszem, często się nad Wisłą nienawidzono, często uważano, że przeciwnik polityczny dramatycznie się myli, często zarzucano sobie nawet nie winy, ale zbrodnie, jednak nikt nigdy nie łamał prawa. Co najwyżej czekał na zmianę władzy, licząc, że ta zmieni reguły prawa. Tymczasem najnowsza fala protestu przeciw lustracji przełamała nawet największe w wolnej Polsce tabu.
Akcja profesora Geremka, niezależnie od jego intencji, była złamaniem jedynej realnej świętości w polskiej polityce - zasady respektu dla prawa. Była wprowadzeniem tej wolnej amerykanki, której dalsze rundy oglądaliśmy wczoraj przed Trybunałem.
Nikt nigdy nie upokorzył władzy tak mocno, jak antylustratorzy, mówiąc w nos PiS-owi, że mają ich w nosie. Że choć ten jest władzą, choć ma prawo stanowić prawo, to jednak skończyła się zabawa w demokrację i prawo. Dlatego teraz sponiewierany nagłą porażką PiS toczy prestiżowy pojedynek. Chce postawić na swoim, a jeśli to się nie uda, to przynajmniej się zemścić.
Prezydent, który był największym wrogiem ujawnienia archiwów, a teraz nagle zapowiada, że rzuci teczki na stół, jest tej postawy symbolem.
Nie lubię emocji w opisie polityki, ale patrząc na to wszystko, muszę wyznać, że mam już tego dość. Mam dość zarówno lustracyjnej wojny, jak też jej rycerzy. Po obu stronach nie dostrzegam już żadnej wartej poparcia sprawy, żadnego dobrego argumentu. Zamiast tego widzę ludzi, którymi emocje tak zawładnęły, że uznali, iż mogą wszystko. Nawet 4 czerwca 1992 roku obie strony bardziej dbały o pozory, o formę, o legalność. Może więcej było wtedy histerii. Poniewierano ludźmi, ale nie instytucjami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|