Rodowód Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (FSB) w zasadzie nie wymaga komentarza. Od najwcześniejszych lat sowieckiej państwowości aparat przymusu stworzony przez partię komunistyczną znany był z bezwzględności.

Wydarzenia z sierpnia 1991 roku, kiedy to spiętrzona fala społecznego niezadowolenia zmyła system komunistyczny, ukazały bardzo wyraźnie, że nieuniknionym skutkiem liberalizacji struktur politycznych w Rosji będzie osłabienie - a może nawet zawieszenie - Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego, czyli organizacyjnego parasola, pod którym działały tajne służby o charakterze policyjnym i wywiadowczym, znanego w świecie pod szyldem KGB.

Jednak niczym hydra dał on początek licznym nowym strukturom - aż do powołania w 1995 roku FSB. Cała długa sekwencja przekształceń i przemianowań służyła jednemu celowi: uchronieniu struktury organizacyjnej państwowych służb bezpieczeństwa - choćby i w zdecentralizowanej formie - przed atakami demokratów. Ocalono tym sposobem także personel, archiwa oraz agentów.

Marsz ku władzy
Po roku 1991 dawny KGB mógł działać w Rosji z całkowitą swobodą i niezależnością; jedyny nadzór nad poczynaniami jego funkcjonariuszy i agentów sprawowali ich przełożeni. Z natury drapieżna i wszechobecna struktura nie miała już ograniczeń.

Jakimś sposobem byli ludzie KGB zaczęli pojawiać się wśród włodarzy kraju, często niezauważalni dla niewtajemniczonych. Najpierw byli to tylko agenci; potem w wyższych sferach zaistnieli także byli lub pozostający w czynnej służbie funkcjonariusze służb specjalnych.

Na przykład za plecami Borysa Jelcyna już od pierwszych dni wydarzeń sierpniowych z 1991 roku stał Aleksander Korżakow, człowiek KGB, były ochroniarz przewodniczącego KGB i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, Jurija Andropowa. Emerytowany pułkownik GRU Bogomazow objął kierownictwo ochrony w Metalurgicznej Kompanii Inwestycyjnej (MIKOM), a wiceprezesem Grupy Finansowo-Przemysłowej został oficer KGB z dwudziestoletnim doświadczeniem, który dawniej służył pod rozkazami Korżakowa.

Generał armii Filip Bobkow, były pierwszy zastępca przewodniczącego KGB, który za czasów Związku Radzieckiego przez długie lata szefował tak zwanej piątej linii (komórce prowadzącej śledztwa polityczne), znalazł zatrudnienie u rekina biznesu Władimira Gusinskiego. Za plecami Anatolija Sobczaka, mera Leningradu (obecnie Sankt Petersburga), pojawił się inny człowiek KGB - Władimir Putin. Jak stwierdził sam Sobczak, oznaczało to, że "KGB rządzi Sankt Petersburgiem".

W latach 1991-1996 okazało się, że mimo rabunkowej działalności tajnych służb - operujących zarówno otwarcie, jak i poprzez zorganizowane grupy przestępcze, które służby te mają pod kontrolą - rosyjski biznes przekształca się w szybkim tempie w znaczącą, niezależną siłę polityczną, która w żadnym razie nie podlega w całości wpływom FSB. Po tym, jak w 1993 roku Jelcyn rozprawił się z prokomunistycznym parlamentem, który próbował wstrzymać liberalne reformy w Rosji, szefowie dawnego KGB - kierujący teraz MB i FSK - postanowili zdestabilizować i osłabić reżim Jelcyna.

Decydująca rozgrywka

Do roku 1996 państwowe służby bezpieczeństwa zwalczały reformatorów. Po zwycięstwie Jelcyna w wyborach prezydenckich w 1996 roku, gdy rosyjski wielki biznes po raz pierwszy okazał swą siłę polityczną, odmawiając zgody na anulowanie wyników demokratycznych wyborów i wprowadzenie stanu wyjątkowego (a takie żądania stawiała frakcja prodyktatorska w osobach Korżakowa, Barsukowa - szefa Federalnej Służby Ochrony - i im podobnych), a co ważniejsze, mógł doprowadzić do zwycięstwa własnego kandydata, służby specjalne musiały zmienić główny cel swojej ofensywy: stała się nim elita rosyjskiego życia gospodarczego.

Wkrótce po wygranej Jelcyna rozpoczęły się więc - początkowo niezrozumiałe - kampanie propagandowe, których celem było oczernienie czołowych rosyjskich biznesmenów. Na ich czele stały naturalnie znajome twarze ze służb specjalnych.

W języku rosyjskim pojawił się nowy termin - oligarcha, choć było oczywiste, że nawet najbogatszy z Rosjan nie jest oligarchą w dosłownym znaczeniu tego słowa, ponieważ nie ma najważniejszego komponentu systemu oligarchicznego: władzy. Prawdziwa władza spoczywała bowiem, jak dawniej, w rękach funkcjonariuszy tajnych służb.

Stopniowo, przy pomocy dziennikarzy, którzy byli albo pracownikami, albo agentami służb specjalnych, a także całej armii pozbawionych skrupułów pisarzy żerujących na tanich sensacjach, niewielkiej grupie oligarchów rosyjskiego biznesu przyklejono łatkę złodziei, kanciarzy, a nawet morderców.

Tymczasem prawdziwi przestępcy, którzy zdobyli autentyczną oligarchiczną władzę i napełniali kieszenie miliardami, które nigdy nie przepłynęły przez oficjalne konta, siedzieli za dyrektorskimi biurkami w urzędach bezpieczeństwa państwa rosyjskiego - czy to w Federalnej Służbie Bezpieczeństwa (FSB), w Służbie Ochrony Prezydenta (PBS), Federalnej Służbie Ochrony (FSO), Służbie Wywiadu Zagranicznego (SWR), Głównym Zarządzie Wywiadowczym (GRU), Prokuraturze Generalnej, Ministerstwie Obrony (MO), Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (MWD), w służbach celnych, w policji skarbowej czy w innych tego rodzaju instytucjach.

Właśnie oni byli prawdziwymi oligarchami, szarymi eminencjami rosyjskiego biznesu i życia politycznego kraju.Chronieni legitymacjami tajnych służb byli nietykalni. Regularnie nadużywali swych stanowisk, przyjmowali łapówki i kradli, gromadzili nielegalnie zdobywany kapitał i zlecali swym podwładnym działania o charakterze przestępczym.

Wysadzić Rosję
Fundamentalne problemy współczesnej Rosji nie są wynikiem radykalnych reform dokonanych w duchu liberalizmu przez prezydenta Jelcyna, ale rezultatem otwartego lub utajonego oporu wobec tych reform, który stawiły rosyjskie tajne służby.

To one rozpętały pierwszą i drugą wojnę czeczeńską, by zawrócić Rosję ze ścieżki demokracji i skierować ją ku dyktaturze, militaryzmowi i szowinizmowi. To one zorganizowały serię podstępnych ataków terrorystycznych w Moskwie i innych miastach Rosji, by stworzyć warunki pozwalające wywołać wojny w Czeczenii.

Eksplozje z września 1999 roku - a zwłaszcza udaremniony atak terrorystyczny w Riazaniu z 23 września - dostarczyły najwyraźniejszych tropów, które pozwalają prześledzić taktykę i strategię rosyjskich tajnych służb w drodze do ich celu: władzy absolutnej.

Federalna Służba Bezpieczeństwa odniosła bowiem wielki sukces - jej kandydat został wybrany na prezydenta. Gdy w 2000 roku Putin przemawiał z okazji rocznicy utworzenia Ogólnorosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem, zaczął wystąpienie do swych kolegów od stwierdzenia, że zadanie powierzone przez FSB wykonał - został premierem Rosji.

Kiedyś historycy będą musieli odpowiedzieć na pytanie, kto obmyślił genialną sekwencję precyzyjnie zaplanowanych ruchów, która wyniosła Putina na szczyt władzy, oraz kto zaproponował Putina jako potencjalnego kandydata dworowi pierwszego prezydenta, który z kolei zarekomendował byłego szefa KGB samemu Jelcynowi.
Być może najbardziej zdumiewające jest to, że Stiepaszyn i Primakow, poprzedni dwaj kandydaci do objęcia schedy po Jelcynie, również mieli za sobą kariery w aparacie przymusu. Jelcyn zdumiewająco uparcie dążył do przekazania steru państwa komuś z doświadczeniem w kierowaniu służbami specjalnymi.

KGB albo KGB
W wyborach 2000 roku rosyjscy wyborcy otrzymali wspaniałą listę kandydatów, na której znaleźli się: stary kagebista Primakow, który z wielką pewnością siebie twierdził, że kiedy dojdzie do władzy, zamknie w więzieniach dziewięćdziesiąt tysięcy przedsiębiorców (czyli całą biznesową elitę Rosji); młody kagebista Putin, który przed wyborami podkreślał, że pragnie kontynuować politykę Jelcyna, oraz komunista Ziuganow, którego przyszłe posunięcia łatwo było przewidzieć.

Aby zamknąć w więzieniach dziewięćdziesiąt tysięcy biznesmenów, Primakow musiałby aresztować po sześćdziesięciu ludzi dziennie, także w weekendy i święta, przez całą swą czteroletnią kadencję.
Młody kagebista Putin obiecywał, że nie będzie aż tak żądny krwi.

Być może kampania wyborcza została przez kogoś celowo rozpisana jako rozgrywka dobrego gliny ze złym gliną? Zły glina Primakow ochoczo wycofał swoją kandydaturę po spektakularnej porażce w wyborach do Dumy Państwowej. Na polu walki zostali młody kagebista oraz komunista.

Był to ten sam oczywisty wybór między czarnym a białym, którego dokonano już 1996 roku, i dlatego Putin wygrał. Nie do końca zawiódł zaufanie ludzi. Wydaje się w każdym razie, że nie pracuje w tempie sześćdziesięciu ludzi dziennie, chyba żeby wliczyć w to zawieruchy terroru, antyterroru i wojny w Czeczenii.

Putin bez wątpienia zasługuje na miano tyrana, jako że jednym z pierwszych swych dekretów rozmyślnie zadeptał kiełkujący w Rosji samorząd lokalny, a teraz, nie kryjąc się z tym, sprawuje władzę, którą Rosjanie nazywają nieograniczoną. Doskonale charakteryzuje go definicja tyrana zawarta w Radzieckim słowniku encyklopedycznym z 1989 roku: Władca, którego rządy opierają się na samowoli i przemocy.
Rosja jednakże jest krajem nieprzewidywalnym - to jedno, co można o niej powiedzieć z całą pewnością. I może się okazać, że to źródło siły znacznie potężniejszej niż zaciśnięta pięść służb specjalnych.

Tekst jest fragmentem książki Wysadzić Rosję Aleksandra Litwinienki i Jurija Felsztyńskiego opublikowanej w Polsce nakładem Wydawnictwa Rebis.

Aleksander Litwinienko, były agent KGB i FSB, uciekł do Wielkiej Brytanii i poświęcił się badaniu przestępstw dawnych mocodawców. Zmarł otruty polonem w listopadzie 2006, pewien, że zamordowano go na rozkaz Władimira Putina.

Jurij Felsztyński, historyk, badacz służb specjalnych