Wątpliwe, by Donald Tusk czy Jarosław Kaczyński nie spali po nocach, myśląc o tym, co też może zrobić Aleksander Kwaśniewski. Niewykluczone jednak, że przyjdzie czas, gdy będą mieli kłopoty ze snem, myśląc o tym, co zrobił. Ten sen wydaje się jednak perspektywą odległą.
Były prezydent na razie funkcjonuje w naszej polityce trochę wirtualnie. Jest, a jakoby go nie było. Wchodzi do polityki, ale wciąż nie wiadomo, czy już do niej wszedł, czy dopiero wejdzie. Zgłasza inicjatywy, ale nie wiadomo, czy ich zgłoszenie to początek przejmowania politycznej inicjatywy, czy lekarstwo na postprezydencką nudę. Może zostanie Kwaśniewski szefem nowej lewicy? A może jej programowym nadzorcą? A może oficjalnym kandydatem na premiera?
To, co dzieje się z nim i wokół niego, dowodzi kilku rzeczy. Po pierwsze tego, że nie ma on, przynajmniej na razie, żadnego precyzyjnego planu. Po drugie tego, że formalnie zjednoczona lewica wcale nie jest zjednoczona. Po trzecie tego, że mamy w Polsce wyraźny deficyt prawdziwego przywództwa, sprawiający, iż niewiele ponad półtora roku po zgilotynowaniu SLD i po pożegnaniu się Aleksandra Kwaśniewskiego z Pałacem Prezydenckim choćby jego ostrożny flirt z polityką wywołuje dreszcze u wielu publicystów i dreszczyk u wielu Polaków.
Deficyt przywództwa
Deficyt przywództwa sprawia, że Kwaśniewski wrócił do obiegu, nie wykonując żadnej wielkiej politycznej pracy. Ale długotrwałe stanie w politycznym przejściu może sprawić, że będzie on figurą przejściową. Były prezydent bardzo ryzykuje, że zostanie uznany za specjalistę od niedookreślonych i niedowarzonych inicjatyw, które później bezszelestnie porzuca.
Nic nie wyszło z jego listy kandydatów do Parlamentu Europejskiego. Nic nie wyszło na razie z rzuconego przez niego wezwania do obywatelskiego sprzeciwu wobec ekscesów tzw. IV RP. Hasło "wszystkie ręce na pokład" nie jest złe, ale pojawia się problem, gdy nie wiadomo, gdzie jest pokład, jaki to pokład, kto jest albo może być kapitanem statku i czy kandydat na kapitana statku sam na ten pokład wejdzie. Kwaśniewski, jeśli jego powrót do polityki nie ma się stać fantomem, musi więc i siebie, i społeczeństwo potraktować poważnie. Powinien jasno i dobitnie powiedzieć, czego chce i jak chce to osiągnąć. Powinien przedstawić swój program i swoje cele. Tylko wtedy mobilizowanie społeczeństwa do aktywności przestanie mieć charakter autopromocyjny, a zacznie mieć realny charakter polityczny.
Pojawienie się Aleksandra Kwaśniewskiego w okolicach zjednoczonej lewicy nie sprawiło, że zdobyła ona lidera, ale ujawniło, że obecni, formalni liderzy tej formacji żadnymi liderami nie są. Tuż po ogłoszeniu przez Wojciecha Olejniczaka, że były prezydent zostałby premierem, gdyby tylko lewica wygrała wybory, pojawił się sondaż, z którego wynika, że prawie połowa Polaków patrzy na taką perspektywę przychylnie. Zignorowano natomiast to, co jest istotą deklaracji Olejniczaka.
O ile bowiem perspektywa Kwaśniewski premierem leży dziś w sferze iluzji, o tyle jedno zdanie przewodniczącego Olejniczaka sprawiło, iż w sferze konkretu wylądowała jego rzeczywista abdykacja z roli lidera. Czy ktokolwiek wyobraża sobie Nicolasa Sarkozy'ego, Angelę Merkel czy Davida Camerona ogłaszających, że jeśli ich partie wygrają wybory, to władzę przejmie ktoś zupełnie inny niż oni? Z miejsca uznano by, że właśnie popełnili publiczne sepuku.
Z całą sympatią dla Wojciecha Olejniczaka trzeba więc powiedzieć, że jego pozornie ofensywna deklaracja była formą przyznania racji Józefowi Oleksemu. Delikatnie rzecz ujmując,
sceptycznie oceniając kwalifikacje przewodniczącego SLD, rzucił on w rozmowie z Aleksandrem Gudzowatym: "i to jest lider nowoczesnej europejskiej lewicy?" Najwyraźniej nie jest,
co sam przyznał. Przywództwo Olejniczaka jest więc iluzją, a przywództwo Kwaśniewskiego mirażem. Rysując przed obywatelami kuszącą perspektywę, pogłębiono więc wyłącznie problemy
lewicy, nie rozwiązując żadnego z nich.
Tusk i Kaczyński nie mogą spać spokojnie
Z tego wszystkiego nie wynika jednak, że panowie Tusk i Kaczyński mogą spać zupełnie spokojnie. Świadomie piszę Tusk i Kaczyński, bo twierdzę, że gdyby nastąpiła reanimacja lewicy, to nie oznaczałoby to zagrożenia wyłącznie dla Platformy Obywatelskiej. Gdyby dziś zbadać, gdzie podział się elektorat SLD, to łatwo byłoby stwierdzić, że jego część powędrowała do PO, a część do PiS. Prawo i Sprawiedliwość znalazło patent na połączenie nacjonalizmu, rewindykacyjności i lewicowości, ale ta synteza nie oznacza, że wśród głosujących na PiS są sami roszczeniowo nastawieni nacjonaliści.
Spora część elektoratu tej partii ignoruje jej odwoływanie się do narodu, kupuje za to jej populistyczną orientację, tani egalitaryzm. Jeśli więc dziś zjednoczona lewica jest w sondażach zdecydowanie poniżej zsumowanego wyniku ugrupowań lewicowych z 2005 roku, to nie tylko dlatego, że pamięć o nadużyciach minionego okresu jest wciąż żywa. Także dlatego, że owa lewica w najmniejszym stopniu nie zbliżyła się do odpowiedzi na pytania, jaką jest lewicą, jaką lewicą chce być i jaką może być.
Czy jest to lewicowość obyczajowa czy gospodarcza, jeśli obyczajowa, to w jakim stopniu, jeśli gospodarcza, to w jakim wymiarze?
Można sobie wyobrazić, że w warstwie gospodarczej nowa lewica idzie w kierunku Blaira i Sarkozy’ego. Tyle rynku, ile się da, tyle protekcjonizmu i tyle opieki socjalnej, ile niezbędne. Razem z ochroną elementarnych praw obywatelskich, w której to sferze nowa lewica jest o wiele bardziej aktywna od niby-obywatelskiej Platformy Obywatelskiej, dałoby to być może syntezę, która pozwoliłaby lewicy odbierać głosy i PO, i PiS. Ale trudno posługiwać się tu trybem innym niż warunkowy. Bo lewica, choć sprzeciw wobec rządów Kaczyńskich artykułuje lepiej niż PO, jeśli idzie o swe plany na przyszłość jest równie enigmatyczna. Trudno mówić o odzyskiwaniu elektoratu, gdy ci, którzy mają go odzyskać, nie mają żadnego pomysłu na to, jak to zrobić. Ciągłe eksponowanie Aleksandra Kwaśniewskiego w jego totalnie niedookreślonej roli będzie wyłącznie świadectwem bezradności.
Tęsknota za byłym prezydentem
Na pewną tęsknotę za byłym prezydentem ciężko pracują rządzący bracia, ale myli się ten, kto sądzi, że owa tęsknota sama będzie generowała poparcie dla nowej lewicowej formacji. Wskaźniki poparcia dla lewicy jasno mówią nam, że zdaniem ogromnej większości społeczeństwa w czasach rządów Kwaśniewskiego i SLD coś się w Polsce działo absolutnie nie tak jak powinno. Wiadomo już, że zegarmistrz, który zabrał się do naprawiania zepsutego zegarka, mechanizmu nie naprawił, a co się dało, dodatkowo zepsuł. Nie znaczy to jednak, że właściciel zegarka ma ochotę, by ponownie go oddać w ręce pierwszego psuja.
Pytanie, czy Kwaśniewski i to coś, na czele czego albo obok czego stanie, będzie zagrożeniem dla prawicy w jej narodowo-populistycznym (PiS) i liberalno-kunktatorskim (PO) wydaniu, jest więc drugorzędne wobec pytań podstawowych dotyczących samej lewicy. Nie ma silnego ugrupowania bez prawdziwego programu, bez realnego pomysłu politycznego i silnego przywództwa. Dziś polska lewica cierpi wielki deficyt w każdej z tych sfer. Nieustanne wymachiwanie kartą z jockerem Kwaśniewskim będzie być może już niedługo sygnałem, że naprawdę silne karty ma ktoś zupełnie inny.
49 proc. poparcia dla pomysłu "Kwaśniewski na premiera" oznacza tylko, że spośród ponad 80 proc. nieakceptujących obecnego premiera większość zdecydowanie wolałaby widzieć w tej roli Kwaśniewskiego. Ale ilu z tych ludzi, głosując na lewicę, głosowałoby na premiera Kwaśniewskiego? Sądzę, że niewielu, tak długo, jak długo lewica nie zaproponuje czegoś zupełnie nowego albo przynajmniej czegoś konkretnego. I jak długo - należy dodać - Aleksander Kwaśniewski będzie chciał funkcjonować na pół gwizdka. Na pół gwizdka się jednak nie da. Nie można bowiem w realnym politycznym świecie funkcjonować tak, by być beneficjentem ewentualnego politycznego sukcesu jakiegoś ugrupowania, ale jednocześnie nie brać odpowiedzialności za jego los i możliwą porażkę. Tak, owszem, mógł funkcjonować związany z SLD prezydent Kwaśniewski. Nie może tak jednak skutecznie funkcjonować były prezydent Kwaśniewski. Stoi więc przed nim dylemat: albo - albo.
Albo nie wchodzi do realnej polityki, albo wchodzi do niej całkowicie. Wybór wariantu "pomiędzy" sprawi jedynie, że cała lewica pozostanie w sferze hibernacji i ułudy, że dawny Mojżesz znowu przyjdzie i dokona cudu. Niestety dla lewicy nie te czasy i nie to morze. Jak długo więc symbolem lewicy będzie "półetatowy" Kwaśniewski, tak długo "pełnoetatowi" Kaczyński i Tusk, nawet ze swoimi już ogólnie znanymi deficytami, mogą spać w miarę spokojnie.