Dziennik Gazeta Prawana logo

"Polska ma prawo walczyć o swoje"

13 października 2007, 15:42
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
A co, jeśli polski rząd ma rację? Już samo postawienie tego pytania jest dziś w Europie przestępstwem. Warszawa ma wszak złą reputację, a jej dyplomację okrzyknięto nachalną i nacjonalistyczną - pisze w "Fakcie" Jean Quatremer, publicysta francuskiego "Liberation", specjalista od spraw europejskich.

Oświadczanie, że Polska jest gotowa umrzeć w obronie własnych racji jest śmieszne i nie stanowi najlepszej metody na osiągniecie kompromisu. Jednak, jak pokazał przykład Rosji, nie wszystkie polskie wątpliwości są bez sensu. O nie! Przecież sposób głosowania w Radzie Unii Europejskiej zasługuje na zastanowienie.
Zarzucony projekt konstytucji europejskiej, zanegowany przez Francję i Holandię, zakładał, że do podjęcia decyzji będzie konieczne 55 proc. głosów państw członkowskich reprezentujących 65 proc. obywateli UE. Jest to system niezwykle prosty, w porównaniu do nicejskiego systemu ważenia głosów, który obecnie obowiązuje. Ważenie głosów, czyli po prostu tajemnicze obliczenia, dają każdemu z krajów określoną liczbę głosów (Niemcom i Francji po 29, 27 Polsce i tylko 13 Holandii), a do podjęcia decyzji wymagane jest uzyskanie większości w liczbie 73, 91 procent (tak, dobrze przeczytaliście!) wszystkich głosów. Ogromna większość krajów członkowskich w nowym, uproszczonym traktacie chce bez dyskusji powrócić do systemu podwójnej większości.

To zadziwiający zapał, ponieważ system zaproponowany przez bliźniaków Kaczyńskich, polegający także na ważeniu głosów, jest nie tylko sprawiedliwszy, ale i bardziej... federalistyczny niż zasada podwójnej większości. Bo im mniejsze różnice pomiędzy krajami, to system uzyskuje bardziej federalistyczny charakter. Na przykład w niemieckim parlamencie (Bundesracie) różnice głosów między poszczególnymi landami wahają się od dwóch do sześciu. W USA każdy stan powołuje dwóch senatorów. W centralnym banku europejskim każdy kraj ma po jednym głosie, niezależnie czy są to Niemcy, czy maleńki Luksemburg. Także przyznanie 9 głosów Niemcom, 8 Francji i Wielkiej Brytanii i 6 Polsce jest powrotem do korzeni prawdziwie europejskiej idei. Przypomnijmy, że w 1957 roku każdy z krajów wielkiej trójki miał po 10 głosów a pozostałe trzy mniejsze kraje Beneluksu dysponowały w sumie 10 głosami.

Innymi słowy, czy uzależnianie liczby głosów w Radzie Europejskiej od ilości mieszkańców nie jest myleniem pojęć? Unia jest unią państw i narodów. Te ostatnie są reprezentowane w Parlamencie Europejskim. I tam akurat nie dziwi fakt, że Niemcy mają więcej głosów niż inne kraje. Natomiast Rada Europejska składa się z przedstawicieli państw. Tymczasem nie można w prosty sposób sprowadzać państwa do liczby jego ludności. W rzeczywistości liczy się wyłącznie możliwość decydowania kwalifikowaną większością, nie zaś ciężarem gatunkowym każdego z państw. Tej zasady Warszawa nie próbuje podważyć. Szkoda tylko, że nie złożyła swoich propozycji w trakcie negocjowania Traktatu Konstytucyjnego zamiast upierać się przy systemie nicejskim. Dziś całkiem izolowane żądania polskie mogą być musztardą po obiedzie.


Jean Quatremer, francuski dziennikarz, publicysta "Liberation", specjalista od spraw europejskich
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj