Oświadczanie, że Polska jest gotowa umrzeć w obronie własnych racji jest śmieszne i nie stanowi najlepszej metody na osiągniecie kompromisu. Jednak, jak pokazał przykład Rosji, nie
wszystkie polskie wątpliwości są bez sensu. O nie! Przecież sposób głosowania w Radzie Unii Europejskiej zasługuje na zastanowienie.
Zarzucony projekt konstytucji europejskiej, zanegowany przez Francję i Holandię, zakładał, że do podjęcia decyzji będzie konieczne 55 proc. głosów państw członkowskich reprezentujących 65
proc. obywateli UE. Jest to system niezwykle prosty, w porównaniu do nicejskiego systemu ważenia głosów, który obecnie obowiązuje. Ważenie głosów, czyli po prostu tajemnicze obliczenia,
dają każdemu z krajów określoną liczbę głosów (Niemcom i Francji po 29, 27 Polsce i tylko 13 Holandii), a do podjęcia decyzji wymagane jest uzyskanie większości w liczbie 73, 91 procent
(tak, dobrze przeczytaliście!) wszystkich głosów. Ogromna większość krajów członkowskich w nowym, uproszczonym traktacie chce bez dyskusji powrócić do systemu podwójnej większości.
To zadziwiający zapał, ponieważ system zaproponowany przez bliźniaków Kaczyńskich, polegający także na ważeniu głosów, jest nie tylko sprawiedliwszy, ale i bardziej... federalistyczny niż zasada podwójnej większości. Bo im mniejsze różnice pomiędzy krajami, to system uzyskuje bardziej federalistyczny charakter. Na przykład w niemieckim parlamencie (Bundesracie) różnice głosów między poszczególnymi landami wahają się od dwóch do sześciu. W USA każdy stan powołuje dwóch senatorów. W centralnym banku europejskim każdy kraj ma po jednym głosie, niezależnie czy są to Niemcy, czy maleńki Luksemburg. Także przyznanie 9 głosów Niemcom, 8 Francji i Wielkiej Brytanii i 6 Polsce jest powrotem do korzeni prawdziwie europejskiej idei. Przypomnijmy, że w 1957 roku każdy z krajów wielkiej trójki miał po 10 głosów a pozostałe trzy mniejsze kraje Beneluksu dysponowały w sumie 10 głosami.
Innymi słowy, czy uzależnianie liczby głosów w Radzie Europejskiej od ilości mieszkańców nie jest myleniem pojęć? Unia jest unią państw i narodów. Te ostatnie są reprezentowane w Parlamencie Europejskim. I tam akurat nie dziwi fakt, że Niemcy mają więcej głosów niż inne kraje. Natomiast Rada Europejska składa się z przedstawicieli państw. Tymczasem nie można w prosty sposób sprowadzać państwa do liczby jego ludności. W rzeczywistości liczy się wyłącznie możliwość decydowania kwalifikowaną większością, nie zaś ciężarem gatunkowym każdego z państw. Tej zasady Warszawa nie próbuje podważyć. Szkoda tylko, że nie złożyła swoich propozycji w trakcie negocjowania Traktatu Konstytucyjnego zamiast upierać się przy systemie nicejskim. Dziś całkiem izolowane żądania polskie mogą być musztardą po obiedzie.
Jean Quatremer, francuski dziennikarz, publicysta "Liberation", specjalista od spraw europejskich