ARTUR CIECHANOWICZ: Kto wygrał w Brukseli? Polska czy Niemcy?
DANIEL COHN-BENDIT: Nikt. Cała impreza, cały ten szczyt to porażka dla Europy. Niektóre kraje - nie tylko Polska - zaliczam do nich też Wielką Brytanię, Holandię, Czechy
bezwzględnie forsowały partykularny interes narodowy. Zamiast bronić wspólnego interesu europejskiego.
Nie da się tak dłużej budować Unii. Nie da się w Europie połączyć tych, którzy chcą Europy bardziej i tych, którzy chcą jej mniej. Ci ostatni na domiar wszystkiego non stop straszą
wetem. To zwykła tyrania mniejszości.
Jaka tyrania? Polska nie zrobiła przecież nic, co byłoby niezgodne z zasadami przyjętymi w Unii. Poza tym każdy broni swojego interesu. Niemcy robią to dokładnie tak samo jak
Polska.
Każdy broni swojego interesu, ale powinien również bronić wspólnego. Przecież to, co się dzieje, widać jak na dłoni. Warszawa czy Londyn nie chcą powstania Europy jako tworu politycznego -
wystarczy im Unia jako organizm gospodarczy.
Doskonale rozumiem ten rodzaj logiki. Każdy chce dostawać od Unii pieniądze i robić z nią interesy, każdy chce zarabiać na Unii, ale nie każdy jest gotowy przyjąć i dostosować się do
dynamiki wspólnego rozwoju. Dla mnie tymczasem Unia to nie tylko gospodarka, ale przede wszystkim wartości.
Mówi pan o wartościach, więc jakimi wartościami kierowała się kanclerz Merkel, próbując zignorować polskie zdanie i doprowadzić do izolacji Polski?
Bądźmy poważni! Polacy ciągle dają do zrozumienia, że jak się znajdą w izolacji, to będzie im wszystko jedno. A jak wreszcie ktoś im zagrozi, to podnoszą larum. Powiedzmy sobie wprost:
jeśli ktoś próbuje przebić głową mur, musi się liczyć z tym, że w końcu ktoś na to ostro zareaguje.
Czyli Merkel miała rację - skoro Polacy nie chcą zaakceptować naszego zdania, rozmawiajmy bez nich.
Mogę mieć tylko za złe pani kanclerz, że nie zdołała przekonać do swego pomysłu wszystkich. Na resztę jestem wściekły. I to nie tylko na braci Kaczyńskich, ale tak samo na Tony'ego
Blaira, państwa bałtyckie, czeskiego premiera Mirka Topolánka.
Podważa pan prawo tych krajów do posiadania odmiennej opinii?
Nie. Europa ma po prostu nauczkę. I brzmi ona następująco: państwa, takie jak Wielka Brytania, Polska czy Holandia powinny obowiązkowo zorganizować referenda w sprawie traktatu. Ale pytanie
powinno brzmieć wprost: czy Holendrzy, Polacy i Brytyjczycy nadal chcą pozostawać w unii politycznej, czy chcą z niej wystąpić. W innym wypadku Unia ciągle nie będzie w stanie przełamać
kryzysu instytucjonalnego.
To stały argument, który brzmi jak straszak.
To konieczność. My musimy iść do przodu, musimy wreszcie skończyć z jednogłośnym systemem podejmowania decyzji. Najwyższy czas na system większościowy, na normalne demokratyczne
głosowania. Odwrócę słowa Kaczyńskich - oni chcieli umierać za pierwiastek, a ja jestem gotów umrzeć za demokratyczną Europę.
I będę walczył z tyranią pojedynczych krajów w imię wspólnego dobra. Podstawowe wartości, na których budujemy Europę, są niepodzielne. Jeśli ktoś ich nie chce - ma pełne prawo je
odrzucić. Ale niech ma odwagę odrzucić je w całości wraz z członkostwem w Unii.
Bądźmy realistami - nikt nie wyrzuci z Unii ani Polaków, ani Anglików. UE będzie wciąż instytucją budowaną w procesie sporów i negocjacji. Ma pan jakąś koncepcję, jak UE może
wyglądać za 5-10 lat?
Zanim odważyłbym się odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym wiedzieć, co się stanie w najbliższych miesiącach. Jeśli nastrój na konferencji międzyrządowej będzie taki jak na szczycie,
możemy się pożegnać z konstytucją i Unią Europejską. Przecież będziemy się spierać o każde słowo.
Weto będzie groziło każdemu zdaniu. A pamiętajmy, że po konferencji międzyrządowej będzie kolejny szczyt, na który przyjedzie zamiast Tony'ego Blaira nowy premier Wielkiej Brytanii - Gordon Bown. I nie zdziwię się, jak powie: - To nie byłem ja. To był Blair. Nie zgadzam się na takie i takie rozwiązania. I wtedy cała zabawa zaczyna się od początku.
Daniel Cohn-Bendit - eurodeputowany niemieckich Zielonych, w latach 60. jeden z przywódców lewackiej młodzieży i liderów maja 1968 roku.