Opis sceny publicznej w Polsce - którego próbą jest także debata o prawicy prowadzona na łamach DZIENNIKA - jest bardzo trudny. I to z dwóch różnych powodów.
Przede wszystkim mamy do czynienia z aktorami z różnych niejako porządków. Gdy jednym - PiS, PO, LiD - chodzi o odmienne, całościowe strategie dla Polski i walkę o władzę, a inni - PSL,
Samoobrona - stanowią typowe reprezentacje klasowe, to pozostałym - Prawica RP, LPR, środowisko Krytyki Politycznej - zależy głównie na rozstrzygnięciach światopoglądowych. Sensem istnienia
tej ostatniej grupy ugrupowań politycznych odwołujących się bądź do "prawa naturalnego", bądź - do "praw człowieka", do "godności"
pełnej hipokryzji, (bo odrzucającej wolność jako warunek etyczności czynu) bądź to do nihilistycznej wolności kwestionującej prawo naturalne (i samą koncepcję
"naturalności") jest występujące między nimi napięcie. Chodzi o emocje na tyle silne, aby - jakby powiedział Luhmann -"niemożliwe" (komunikacja) stało się
"prawdopodobne". Tylko tak może powstać szacunek dla procedur dyskursu i odkrycie granic władzy wynikających z nierozstrzygalności tego sporu.
Romantyczni technokraci
Stanowiska poszczególnych partii - i to jest druga podstawowa przyczyna skomplikowania polskiej sceny publicznej - nie są wewnętrznie spójne. Dobrze ilustruje to wyjściowa formuła PO jako
partii konserwatywno-liberalnej i PiS, początkowo, podkreślam - początkowo, bo obecnie obserwujemy interesującą przemianę - rozdartego między dość tradycyjnie pojmowaną
"prawicowość" w kwestiach tożsamości oraz "lewicowość" w polityce społeczno-gospodarczej. Towarzyszyła temu rewolucyjność retoryki i - w mniejszym
stopniu - działań próbujących przerwać postkomunistyczną ciągłość, a równocześnie - respektować prawo i procedury nastawione na reprodukowanie owej ciągłości. Połowiczność owej
destrukcji i towarzyszące temu frustracje doprowadziły, jak się wydaje, do wypalenia starej kadry w otoczeniu premiera.
Nową syntezę spajającą "prawicowość" i "lewicowość" tworzy już nowe pokolenie romantycznych technokratów. Ta synteza racjonalizuje praktykę budowania partii władzy, tworząc wizję kapitalizmu państwowego. Chodzi o opanowanie kluczowych spółek publicznych i instytucji finansowych, aby skupić energię i wygenerować środki dla wielkich projektów pilotowanych przez sojusze geopolityczne (raczej z USA niż z UE). Obok tego ma nastąpić radykalna informatyzacja państwa, ale - niestety - bardziej jako instrument kontroli (PESEL 2) niż narzędzie produkowania wiedzy.
Obsesyjne wizjonerstwo, często połączone z pogardą dla faktów (gdy na przykład nie przyjmuje się do wiadomości, że nasze weto na rozmowy UE z Rosją, ze względu na mięso, są dla Rosji wygodne, bo może zwlekać z podpisaniem, tak przecież kluczowej dla nas, umowy energetycznej) stanowi pokrętną realizację mojej metafory i zarazem jest kolejnym dowodem na to, że nie powinno się wcielać w życie metafor, że dziś w Polsce potrzeba polityków - artystów.
Ci młodzi, wysocy urzędnicy są bowiem artystami, kierującymi się wyobraźnią, a ich braki wiedzy oznaczają też brak świadomości ograniczeń. Kiedy jednak zaczynają nadawać ton, tęskni
się nagle - łapię się na tym - do polityków światłych biurokratów, ceniących procedury i transparentność działań oraz rozsądnie dawkujących ryzyko!
Szaleństwo wielkości
Ów brak realizmu, niecierpliwość do rzeczy "małych" - jak służba zdrowia - niedostrzeganie dodatkowych komplikacji, jakie te strategia wnosi, np. do reformy emerytalnej,
zaczyna, i jest to zjawisko nowe, niepokoić dotychczasowe zaplecze PiS. Myślę o wypowiedzi Janusza Śniadka, szefa "Solidarności", który dał rządowi czas do 15 sierpnia.
Równocześnie owa metamorfoza PiS doprowadziła do przeformułowania programu PO: obecnie słowa klucze to "odpowiedzialność" i "realizm" oraz - mniej trafne
- "decentralizacja". Mniej trafne, bo owe próby centralizacji i etatyzacji w wykonaniu niektórych resortów rządu Jarosława Kaczyńskiego mają na celu rozwiązanie realnych
dylematów spowodowanych narzuconym przez UE programowym "odpaństwowieniem" przy wydawaniu pieniędzy unijnych. W Unii przecenia się partnerów "społecznych" (a
w ich tle pośredników i lobbystów), co eliminuje koordynację projektów, aby powstała nowa jakość wytwarzająca samonapędzającą się dynamikę i strukturalną "wartość
dodatnią" i energię dla rozwoju. PiS-owskie próby wzmocnienia głosu wojewodów zostały zawetowane. Pozostała więc równoległa mobilizacja środków na partię władzy opanowującą
sektor publiczny w formule państwowego kapitalizmu. Odpaństwowienie na naszym stadium rozwoju obniża jakość projektów: np. aż 12 mld euro pójdzie na szkolenia (np. o demokracji) via fundacje
i agencje - ale nie można tych środków wrzucić do normalnego systemu edukacyjnego, aby w sposób systematyczny wyrównać regionalne dysproporcje szans edukacyjnych!
Polski nierepublikanizm
Czy polska centroprawica - i PO, i PiS - ma charakter republikański? Niestety nie. W Stanach Zjednoczonych powstanie owego modelu było poprzedzone dyskusjami o wzajemnej relacji praw jednostki i
prawa naturalnego, które określały nie tylko granice władzy, ale - ujawniając nierozstrzygalność sporu - przesunęły uwagę na jakość procedur i gwarancje wolności powiązanej - podobnie
jak własność - z odpowiedzialnością. Wprowadzono też unikalne rozwiązanie (prawo stanowione przez sądy, w drodze zderzania wyroków z etyką) instytucjonalizujące ciągłą, moralną
samoobserwację i refleksję na poziomie systemu jako całości. Towarzyszy temu kultura kontraktu wymagająca patrzenia na świat także oczami innego, gdy u nas dominuje kultura gestu, i to gestu
odwołującego się do prostackich, czarno-białych schematów.
U nas nie było dyskursu, który mógłby wygenerować taki republikanizm: niestety i Jurek, i Sierakowski mówią każdy do siebie, przy minimalnym zainteresowaniu publiki! A przecież, paradoksalnie, spory światopoglądowe jako trampolina nowej prawicy pojawiają się również tam, gdzie - jak by się wydawało - myślowe fundamenty demokracji zostały już dawno określone.
W Holandii prawica wróciła do władzy po kilkunastu latach rządów socjaldemokracji, po szoku Srebrenicy (przypomnianej w toku procesu Miloszevicia), gdy żołnierze holenderscy pozostawili
cywili na rzeź. Holendrzy przerażeni sami sobą wybrali partię, która obiecała przemyślenie na nowo moralnych fundamentów polityki. Nic z tego nie wyszło, ale to pokazuje, że i nasze hasło
"moralnej rewolucji" - sprowadzonej niestety do nudnego "ojcobójstwa" - ma głęboki sens.
Wolność i własność
Powyższe doprowadziło mnie do podstawowego problemu ideologicznego, który wciąż dzieli polityczne elity. Chodzi o to, jak rozwiązać dylemat demokratycznego kapitalizmu, czyli - jak zapewnić
ludziom równość realizowania ich praw (także socjalnych i edukacyjnych), które teoretycznie posiadają, w warunkach nierówności w sferze własności? Ten dylemat "wolność"
- "własność" jest w sposób odmienny rozwiązywany przez lewicę i prawicę. Ta pierwsza proponuje ograniczenie praw własności (wysokie podatki, transfery socjalne), aby -
przez "welfare state" - urealnić prawa tych, którzy są biedni. Innymi słowy, aby urealnić ich wolność, ograniczając wolność (prawo pełnego dysponowania własnością i
jej owocami) posiadaczy. Jest to rozwiązanie kosztowne, nieefektywne, prowadzące do marnotrawstwa i nadmiernych kontroli.
Prawica rozwiązuje ów dylemat inaczej, akcentując odpowiedzialność (za siebie i za rodzinę) związaną z wolnością. Stara się przygotowywać do życia w wolności przez edukację i logistykę wspierającą indywidualne inicjatywy. A także - demokratyzując własność (patrz amerykański program ułatwiania zakupu pierwszego domu, w małej skali imitowany i u nas). Prawica stara się też usuwać inne niż zamożność bariery równości szans - uprzedzenia, rasizm itp. Wreszcie - promuje przyjazne państwo z urzędnikami, którzy są partnerami przy rozwiązywaniu konkretnych problemów - a nie - "władzą". Towarzyszy temu inne niż w wypadku lewicy interpretowanie "sprawiedliwości": gdy lewica akcentuje aspekt materialny, prawica - proceduralny (równość wobec prawa, dostępność, standardy zgodne z potocznym poczuciem, nacisk na wyrównanie zła).
Z powyższej perspektywy PiS jest niekonsekwentną prawicą. Na przykład w sprawie klina podatkowego prawicowe podejście skoncentrowałoby się na młodych i najbiedniejszych, a pozostałą
rezerwę rzuciło na wyrównywanie jakości kształcenia - tu jest szalona luka! Za to program uwłaszczenia mieszkań lokatorskich (dawno spłaconych!) jest częścią prawicowego demokratyzowania
własności.
PO z kolei ciąży do nierefleksyjnego liberalizmu formalnego (podatek liniowy), nie zastanawiając się w ogóle nad instytucjonalnymi dylematami relacji wolność - własność. A wszystko to w
szumie medialnym utrudniającym poważną dyskusję.
I mimo współpracy w sprawie pierwiastka ciągle gubi się szansa, aby wizjonerstwo, energia i determinacja PiS połaczyły się z realizmem i chodzeniem po ziemi PO!
Jadwiga Staniszkis, socjolog, publicystka, profesor UW. Uwięziona po wydarzeniach marcowych w roku 1968, związana z opozycją demokratyczną w PRL