Dziennik Gazeta Prawana logo

Polska zagrała va banque w wielkiej grze o Europę

13 października 2007, 15:51
Ten tekst przeczytasz w 16 minut
Publicyści czołowych europejskich gazet, które zapowiadały kompromitację Polski na szczycie Unii Europejskiej, dziś przyznają, że polskie metody negocjacji okazały się skuteczne i zasługują na szacunek - pisze DZIENNIK.

Polacy dojrzeli do Unii
Konrad Schuller, publicysta "Frankfurter Allgemeine Zeitung"

Szczyt w Brukseli, który nieoczekiwanie stał się wielkim polskim sukcesem, pokazał, jak długą i poważną drogę przeszli polscy konserwatyści z braćmi Kaczyńskimi na czele. Z eurosceptyków stali się w tej chwili twardymi, ale zarazem poważnymi i odpowiedzialnymi unijnymi graczami. Myślę, że Niemcy będą musieli skorygować swój obraz Polski na dużo bardziej pozytywny.

Negocjacje pokazały - nie po raz pierwszy zresztą - że Polacy są dla Europejczyków partnerami. Niełatwymi - ale prawdziwymi. Być może rokowania były prowadzone przez Polaków ostrzej i twardziej, niż mają to na ogół w zwyczaju unijni politycy, nie zmienia to jednak faktu, że w żadnym momencie rozmów nie zachowali się nieodpowiedzialnie. Szczyt w Brukseli to kolejny powód do szacunku wobec Polski i dowód dla Niemców, że Polacy zasługują na uznanie.

Proeuropejska Polska
Rocco Buttiglione
włoski polityk, komentator "Corriere della Sera"

Wbrew temu, co piszą niektóre włoskie gazety, postawa polskiej delegacji na szczycie Unii Europejskiej w Brukseli była bardzo rozsądna i proeuropejska. Polska potwierdziła, że ma mocną pozycję w Unii. Zakończony w sobotę szczyt przyniósł wielki sukces Europie i waszemu krajowi. Wyszliśmy wreszcie ze ślepej uliczki, w której znaleźliśmy się po odrzuceniu eurokonstytucji w referendach przez Francuzów i Holendrów.

Za duży sukces Polski należy uznać przedłużenie obowiązywania nicejskiego systemu podejmowania decyzji w Radzie Unii Europejskiej do 2014 r. Oznacza to bowiem, że Warszawa będzie mogła wynegocjować korzystny dla siebie unijny budżet na lata 2014 - 2020. Do tego czasu Polska może wyraźnie zbliżyć się do unijnej średniej pod względem rozwoju gospodarczego.

Ale już nie do końca rozumiem, dlaczego polska delegacja upierała się, by w latach 2014 - 2017 każdy kraj mógł zażądać powtórnego głosowania w systemie nicejskim. Moim zdaniem chodziło tu wyłącznie o kwestie prestiżowe i można było zrezygnować z forsowania tego postulatu.

Za sukces polskiej delegacji uznaję to, że na szczycie ustalono, iż legislacja dotycząca rodziny i wartości należy do wyłącznej kompetencji krajów członkowskich. Tylko one mają więc prawo decydować o tym, czym jest rodzina. Powinno to położyć ostatecznie kres podejmowanym przez Parlament Europejski szkodliwym próbom narzucenia państwom Unii Europejskiej legalizacji małżeństw homoseksualnych. W ten sposób Polacy przysłużyli się także mojemu krajowi.

Tuż po zakończeniu konferencji międzyrządowej w sprawie traktatu musimy przystąpić do prawdziwej, wielkiej debaty na temat tego, jakiej Europy chcemy i jaka ma być w niej rola jej chrześcijańskich korzeni.

Polska nadaje ton
Nelson Rodrigo Pereira, korespondent portugalskiej agencji LUSA
Uważam, że polska twarda strategia walki o swoje w Brukseli była bardzo słuszna, a co więcej, służyła nie tylko Polsce, ale także innym krajom członkowskim. Dzięki niej okazaliście się ważnym graczem w polityce europejskiej. Każde państwo ma prawo walczyć o swoje interesy w Unii i nie ma żadnego powodu, by polscy przywódcy ustępowali oraz godzili się na mniej, niż mogliby osiągnąć tylko dlatego, że inni szefowie rządów są zmęczeni wielogodzinnymi negocjacjami i chcieliby już wrócić do domu.

Trzeba zgłaszać wątpliwości, marudzić, wykazywać braki w traktacie, tak jak zrobili to Polacy, ale także Czesi czy Litwini. W Unii nie chodzi bowiem o to, by zgodnie przyjąć traktat, który nikomu tak naprawdę nie będzie się podobał i został zaakceptowany tylko dlatego, że każdy bał się zgłosić swoje wątpliwości. Po co nam papier, którego nikt nie chce później realizować w praktyce?

Choć wielu zachodnich, w tym także portugalskich, komentatorów poddaje was ostrej krytyce oraz oskarża o stawianie wszystkich pod ścianą i opóźnianie przyjęcia traktatu, to jest to po prostu cena za to, że nie poddajecie się owczemu pędowi i jesteście uparci w realizacji swoich celów. Nie warto się tym zrażać.

Twardzi nowicjusze
Shada Islam - korespondent agencji DPA

Obserwowałam taktykę Hiszpanii, gdy kraj ten dopiero co znalazł się w Unii, i on też niesłychanie mocno podkreślał wtedy swoje interesy narodowe. Zachowanie Polaków jest dość typowe dla tych, którzy są w Unii nowicjuszami. Widać, że do końca jeszcze nie rozumieją, jak Unia funkcjonuje i muszą się jeszcze wiele nauczyć dla opanowania sztuki wzajemnych ustępstw i tego, jak dobija się tu interesy.

Muszą też zrozumieć, że do rokowań podchodzi się ze zbyt sztywno sformułowanymi pozycjami, bowiem prędzej czy później trzeba z nich zrezygnować, że trzeba umieć budować koalicje dla zbudowania poparcia dla swoich pozycji. Jest jeszcze przed nimi dość stroma krzywa zapamiętywania. Inne kraje będą musiały się z tym pogodzić.

Nie sądzę, by Polska specjalnie dużo straciła bądź zyskała szacunku w Brukseli. Projekt Unii Europejskiej zasadza się na tym, że myśli się o przyszłości, jednocześnie ignorując przeszłość. Niemal wszystkie państwa europejskie mają jakieś niedobre doświadczenia ze swymi sąsiadami, ale wspominanie przeszłości dziś we współczesnej Europie jest uważane za bardzo niepoprawne politycznie.

Co było dla mnie fascynujące na tym szczycie, to sposób, w jaki dały znać o sobie historyczne animozje. Wypowiedź premiera Polski o Niemczech była dla starych krajów Unii szokiem. Były też inne aspekty polskiej pozycji, które wywołały sporo kontrowersji, choćby stosunek do Rosji.

Oczywiście, można mówić, że to było niedopuszczalne, że to nie są metody, którymi załatwia sie sprawy w Europie. Czas jednak, aby stare kraje Unii przyzwyczaiły się też do tego, że jej nowi członkowie mają nieco inne priorytety i wytykanie ich palcami nic tu nie pomoże. Być może swoim zachowaniem Polska zmusiła stare kraje Unii do uznania, że jest krajem, którego interesy i specyficzna historia muszą być uwzględniane, że nikt za to nie będzie jej stawiał do kąta.

Kaczyński jak Blair
Christoph Schiltz, publicysta "Die Welt":

Polakom udało się na szczycie Unii wiele osiągnąć, choć posłużyli się zupełnie szalonymi metodami. Nie oni jedyni. Zachowanie prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego w trakcie negocjacji na szczycie Unii Europejskiej było bardzo podobne do działań premiera Wielkiej Brytanii.

Obaj zastosowali bardzo skuteczne, choć zarazem kompletnie sprzeczne z tradycjami Unii Europejskiej techniki politycznej presji. Obu udało się coś wygrać, jednak tylko przez konsekwencję we własnej nieobliczalnej postawie. Poniżej krytyki są metody wymuszania, jakie zastosowali zarówno Blair, jak i Kaczyński.

Ten pierwszy robił to przynajmniej elegancko. Polski prezydent - amatorsko. Jestem przekonany, że za jakiś czas bracia Kaczyńscy będą na szczęście już tylko przypisami do historii Unii Europejskiej. Prawdziwymi bohaterami tego szczytu są zaś państwa, które już wcześniej traktat ratyfikowały, a teraz dążyły do kompromisu, zamiast bronić tego porozumienia równie ostro jak Polacy pierwiastka.

Dlatego to tym państwom - przede wszystkim Hiszpanii i Luksemburgowi należą się laury za ostateczny sukces szczytu. To dzięki ich rozsądkowi i chęci do rozmów udało się osiągnąć porozumienie.

Polacy zadziałali na wyrost
Bruno Waterfield, szef brukselskiego biura "Daily Telegraph"

Polska dużo zyskała w trakcie negocjacji, udało się jej przeforsować znaczne ustępstwa w sprawie systemu głosowania. Pytanie tylko, jaką cenę będzie musiała za to zapłacić. Polska zachowała się jak Wielka Brytania w latach 80. za rządów pani Thatcher.

Różnica pomiędzy Polską a Wielką Brytanią jest jednak taka, że Brytyjczycy zawsze więcej wpłacali do unijnego budżetu, niż z niego otrzymywali. W ciągu najbliższych kilku lat, gdy kwestia budżetu unijnego stanie ponownie na porządku dziennym, Polska może przekonać się, że jest to wyraźne obciążenie. To Niemcy pokrywają największą część unijnego budżetu.

Taktyką Polski był bezpośredni atak na Niemców za ich postępowanie w czasie II wojny światowej. Może się okazać, że tym, którzy wystawiają czeki dla Unii, a są nimi przede wszystkim Niemcy, może zadrżeć ręka przy ich podpisywaniu. Wspominanie wojny w czasie negocjacji z pewnością odbije się niesłychanie negatywnie na opinii o Polsce.

Gdyby Polsce udało się poprowadzić twarde negocjacje bez wspominania historii i zbrodni wojennych, myślę, że udałoby się jej zdobyć podszyty niechęcią szacunek, jaki okazuje się wyjątkowo trudnemu partnerowi.

Niewątpliwie bardzo Polsce zaszkodziło to, że jej główny negocjator prezydent Lech Kaczyński musiał bez przerwy dzwonić do Warszawy i konsultować się z bratem. Gdy prowadzi się twarde negocjacje, osoba biorąca w nich udział musi mieć pełny mandat do ich prowadzenia. Niemożliwe jest zawieranie umów, które następnie zostają zakwestionowane w rezultacie rozmowy telefonicznej.

Skuteczny chwyt poniżej pasa
Fiodor Łukianow publicysta "Rosji w globalnej polityce"

Polska taktyka podczas szczytu Unii, chociaż nie była majstersztykiem negocjacyjnym, do pewnego momentu działała na korzyść Polski, bo wzmacniała jej pozycję. Swoją nieustępliwością polska delegacja wymuszała to, że partnerzy się z nią liczyli.

Ale wypowiedź premiera Kaczyńskiego o stratach wojennych, które spowodowały, że Polska ma dziś 38, a nie 66 mln ludzi, była chwytem poniżej pasa i przekroczeniem pewnej krytycznej granicy brutalności. I nie chodzi tylko o to, że ta wypowiedź była ostentacyjnie wroga wobec Niemiec.

Jarosław Kaczyński przywołując widmo II wojny światowej, zaprzeczył jednej z podstawowych idei, na których opiera się powojenna integracja w Europie, a mianowicie nieużywaniu historii do załatwiania bieżących politycznych problemów.

Gdyby każde państwo posłużyło się taką logiką, Unia nie mogłaby zrobić żadnego kroku do przodu. To, co powiedział polski premier, to prawda. Ale używanie tego argumentu w tej dyskusji jest chwytem poniżej pasa.
Poza tym pozostało poczucie niezrozumienia: Polska jest uparta, ale czego tak naprawdę chce, o co jej chodzi?

"Pierwiastek albo śmierć" - mówili Polacy przed szczytem. Dziś pierwiastka nie ma. Dlaczego więc jego obrońcy wciąż jeszcze są żywi? I jeszcze przekonują o swoim zwycięstwie? Po co w takim razie była ta cała wojna w Brukseli?

Nie nazwałbym postawy polskiej delegacji żelazną konsekwencją - bo gdyby tak miało być, Polacy powinni byli sięgnąć po weto. Poza tym pamiętajmy, że to dopiero pierwsza runda rozgrywki. Państwa unijne czeka teraz dalszy ciąg trudnych negocjacji podczas konferencji międzyrządowej.

Polska bardziej w Europie
Bernard Bulcke, publicysta belgijskiego "De Standaard"

Bardzo twarda i nieustępliwa strategia negocjacyjna polskiej delegacji przyniosła jej zwycięstwo na arcyważnym szczycie w Brukseli. Polacy pokazali, że mają swoją strategię wobec Europy. Mimo że nie przyjęto systemu pierwiastkowego, o co początkowo toczyła się walka, Polakom udało się utargować dużo ustępstw, z których najważniejsze jest oczywiście przedłużenie obowiązywania wyjątkowo korzystnego dla Polski systemu nicejskiego na kolejne 10 lat.

To była jednak bardzo ryzykowana gra i Polacy muszą bardzo uważać, by nie przekroczyć bardziej cienkiej linii w stosunkach z Unią Europejską, bo są już naprawdę na granicy. We wspólnocie europejskiej trzeba myśleć też o dobru innych członków, a nie tylko o własnych interesach, a skuteczna unijna dyplomacja wymaga przede wszystkim współdziałania i budowania koalicji poparcia dla swych żądań. Europejska gra to sprytne lawirowanie i również dawanie, a nie tylko wysuwanie żądań.

Na tym szczycie bracia Kaczyńscy postawili wszystko na jedną kartę i niewątpliwie osiągnęli wiele dla swego kraju, ale ustępstwa, jakie wywalczyli, niekoniecznie służą całej Unii. To zwycięstwo może okazać się pyrrusowe, o ile polscy przywódcy nie zmienią swojej bezkompromisowej postawy w przyszłości i nadal będą stawiać sprawy na ostrzu noża, strasząc wetem, jeśli nie wszystko idzie po ich myśli.

Polsce grozi bowiem podobna izolacja na scenie europejskiej jak ta, która spotkała Brytyjczyków za rządów Margaret Thatcher i Johna Majora. Jeśli w przyszłości poproszą Unię o wsparcie na przykład w dwustronnych stosunkach z Rosją, mogą napotkać trudności.

Niebezpieczne zwycięstwo
Pavel Novák, publicysta I Programu Czeskiego Radia

Na szczycie w Brukseli Polska próbowała pokazać, że jest liczącym się państwem. Po części jej się to udało. Polska delegacja od początku nie wykluczała zablokowania negocjacji w sprawie nowego traktatu. Dzięki tej twardej postawie udało jej się przedłużyć o 10 lat utrzymanie systemu nicejskiego. Już dziś można bowiem przewidzieć, że po 2014 r. Polska ponownie wystąpi o stosowanie tego systemu.

To zwycięstwo może jednak okazać się pyrrusowe, bo Bruksela będzie teraz patrzeć Warszawie na ręce i przyglądać się uważnie, w jaki sposób wykorzystuje unijne fundusze. W Brukseli po raz kolejny okazało się, że Polska jest kłopotliwym członkiem Unii. Czesi od początku nie chcieli umierać za pierwiastek, bo jesteśmy małym narodem. My mamy w unijnych negocjacjach zupełnie inne podejście - czekamy po prostu na najlepsze dla nas oferty.

Więcej tego nie róbcie
Ana Carbajosa, hiszpański "El Pais",

Polscy przywódcy okazali się bardzo skutecznymi negocjatorami. Zdołali uzyskać wiele dla swego kraju, gdyż w sprytny sposób wykorzystali fakt, że wszystkim pozostałym uczestnikom szczytu w Brukseli szalenie zależało, by to spotkanie na najwyższym szczeblu zakończyło się sukcesem.

Polski rząd zdawał sobie sprawę z presji, pod jaką znalazła się niemiecka kanclerz Angela Merkel, której szczególnie zależało na uzyskaniu porozumienia. Prace przygotowawcze urabiające grunt pod ponowne przyjęcie najważniejszych postanowień traktatu konstytucyjnego trwały tak naprawdę dwa lata i włożono w nie mnóstwo wysiłku oraz kapitału politycznego, zwłaszcza ze strony Niemiec.

To wyjaśnia, dlatego nieustępliwa strategia i bezkompromisowa postawa tym razem przyniosła owoce. Nie wiemy jednak tak naprawdę jeszcze, jakie będą długofalowe skutki przyparcia europejskich partnerów do muru przez polskich przywódców. Nie sądzę, by w przyszłości groziła im w Unii Europejskiej izolacja, jak przewiduje wielu komentatorów, ale mogą utwierdzić pozostałe kraje europejskie w przekonaniu, że trudno się z nimi współpracuje.

Dlatego warto, by Polacy nie przywiązywali się za bardzo do takiej ostrej strategii, bo ta okazja była naprawdę wyjątkowa, a normalnie szczyty europejskie tak nie przebiegają i jeśli nadal będziecie grali w ten sposób, z kolejnych spotkań odejdziecie z niczym.

Dobry interes
George Parker - szef biura "Financial Times" w Brukseli

Przede wszystkim należy podkreślić, że Polska dobiła na szczycie brukselskim bardzo dobrego interesu. Przesunięcie terminu zmian w liczeniu głosów do 2017 r. jest bardzo korzystne dla Polski, tak więc w tej dziedzinie wygraliście.

Wiele krajów prowadzi bardzo twarde negocjacje, wliczając w to oczywiście Wielką Brytanię, ale Polska wedle panującej tu opinii posunęła się zdecydowanie za daleko. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że prestiż Polski znacznie na tym ucierpiał. Nie tylko Niemcy, ale i wiele innych państw uznało, że wypowiedź polskiego premiera znacznie przekroczyła granice tego, co w takiej debacie jest dopuszczalne.

Zdumienie tą wypowiedzią było dość powszechne. Niewątpliwie istnieje niebezpieczeństwo, że Polska może zostać teraz uznana za unijnego pariasa. Powstało też wrażenie, że rząd polski nie posiada odpowiedniego zaplecza eksperckiego. Niemieccy delegaci skarżyli się w kuluarach, że ich polscy odpowiednicy mieli czasem problemy ze zrozumieniem niektórych szczegółowych aspektów prowadzonych negocjacji.

Polska z pewnością ma teraz problem, ale nie są to rzeczy nieodwracalne. Brytyjscy negocjatorzy nieraz zachowywali się agresywnie w trakcie unijnych negocjacji, a przecież dziś Wielka Brytania jest ogólnie uznanym członkiem europejskiego klubu. Na krótką metę Polska będzie miała teraz sporo kłopotów, ale w dalszej perspektywie są to sprawy do naprawienia.

Za dużo fobii
Jean Quatremer
Publicysta i brukselski korespondent dziennika "Libération"

Nie podobała mi się - choć okazała się skuteczna - metoda walki o narodowe interesy, zaprezentowana przez polską delegację. Przypominało mi to postawę gen. Charles’a de Gaulle’a z lat 60., który wciąż groził wetem i stosował politykę "pustego krzesła".

Polska propozycja pierwiastkowego systemu podejmowania decyzji sama w sobie nie była pozbawiona racji. System podwójnej większości miesza bowiem dwie logiki - państwową i ludnościową. A przecież w parlamencie powinna być reprezentowana właśnie liczba ludności.

Z moim kuluarowych rozmów wynikało zresztą, że polską propozycję mogłoby poprzeć wiele państw, nie tylko Czechy. Jednak w Brukseli polska delegacja bardzo szybko wycofała się z umierania za pierwiastek, czym groziła przed szczytem. Warszawa straciła wiele sympatii wśród swych europejskich partnerów po wywiadzie, jakiego udzielił Polskiemu Radiu premier Jarosław Kaczyński.

Można odnieść wrażenie, że bracia Kaczyńscy kierują się wciąż antyniemiecką fobią, tak jakby zapomnieli, że II wojna światowa zakończyła się 62 lata temu. Nie rozumiem też do końca polskiej taktyki. Skoro braciom Kaczyńskim nie podoba się system podwójnej większości, to dlaczego zgodzili się na to, by obowiązywał on w pełni od 2017 r.? Czy wtedy wszystko trzeba będzie zaczynać od początku?

W czasie brukselskich negocjacji z Polakami kanclerz Niemiec Angela Merkel i prezydent Francji Nicolas Sarkozy podzielili się rolami. Ta pierwsza odgrywała rolę "złego policjanta", przypierając Polaków do muru. Ten drugi jako "dobry policjant" namawiał ich do zgody na kompromisową propozycyję. Myślę, że podobną taktykę zastosowali bracia Kaczyńscy - prezydent był bardziej skłonny do kompromisu, a premier zajmował twarde stanowisko i groził wetem.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj