Operacja wyboru tych reguł jest chroniona na ogół przed krytyką przez automatyczne ich kojarzenie ze szlachetnymi wartościami, które mało kto ma odwagę podważać. Redystrybucja jest zawsze identyfikowana z działaniem na rzecz równości, sprawiedliwością społeczną, współczuciem, troską, solidarnością, a czasami po prostu ze staraniem o zachowanie pokoju społecznego.
Pan premier Jarosław Kaczyński, poirytowany widocznie przeciągającym się protestem pielęgniarek i okupacją jego kancelarii, zapowiedział rozpisanie referendum nad podwyżką podatków dla najbogatszych dla zaspokojenia żądań płacowych. Uroczy pomysł z wielkimi szansami na sukces.
W kraju, w którym zawiść wszelkiego rodzaju, z zawiścią materialną na czele, jest narodową cnotą, referendum takie ma wszelkie szanse na sukces. Dzięki wielkiemu wysiłkowi polityków niemal wszystkich opcji Polacy i tak uważają podatki nie za sposób pozyskiwania środków na opłacenie wydatków wspólnych, tylko za instrument wyrównywania różnic społecznych.
I to jak najbardziej bezpośredni. Państwo nie po to zabiera więcej zamożnym, żeby za te pieniądze tworzyć szanse rozwoju i bogacenia się dla biednych. Zabiera po to, aby bogaty nie miał za dużo, dbając przy tym, żeby biedny się nie wzbogacił. Wspaniała pedagogika państwowotwórcza.
Ale po co się ograniczać? Można od razu rozpisać referendum na temat - czy jesteś za konfiskatą majątków bogatych? Jasne, że Polacy pamiętający jeszcze z wieczorowych kursów marksizmu-leninizmu, że własność to kradzież, uważający wszystkich, którzy mają więcej od nich samych, za złodziei z entuzjazmem odpowiedzą pozytywnie także na to pytanie.
Hasło - grab zagrabione - ma wielkie szanse powodzenia także w IV Rzeczypospolitej.
Od czasu, kiedy SLD odwrócił się tyłem do haseł sprawiedliwości społecznej i popadł w grzech liberalizmu gospodarczego, co mają mu za złe niektórzy lewacy, powstała na rynku idei dziura.
Nigdy nie myślałem, że - nawet pod ciężarem strajków - będzie ją zagospodarowywało Prawo i Sprawiedliwość.
Z przykrością muszę zwrócić uwagę panu premierowi, że aby być ugrupowaniem konserwatywnym, nie wystarczy konserwować struktury systemu ochrony zdrowia odziedziczonego po PRL. Jest to wprawdzie konserwatyzm, ale instytucji, nie idei.