Można się zżymać na szczegóły naszych bojów na szczycie. Dziwna wojna minister Fotygi z szerpami i jej nie do końca przemyślane wystąpienia w ostatniej chwili. Chyba nazbyt ostentacyjny
podział ról między prezydentem i premierem - można by z niego wnosić, że nasza głowa państwa nie jest w pełni samodzielna. Niepotrzebne ataki Jarosława Kaczyńskiego na Niemcy. Jeśli
chcieliśmy przekonać Europę, że pierwiastek jest sprawiedliwy, nie powinniśmy sprowadzać starań o niego do historycznych rozgrywek między Warszawą a Berlinem.
Udana licytacja
To wszystko prawda, jednak chwaląc się sukcesem, premier ma sporo racji. W tę krótką wojenkę kompromis był wpisany od początku. Wystarczyło wczytać się w prorocze słowa Jacka Saryusza-
Wolskiego o logice licytacji: zaczyna się od najwyższej ceny po to, żeby trochę z niej spuścić. Czy dostalibyśmy "kompromis z Joanniny", pozwalający nam blokować niewygodne
decyzje, gdyby nie pierwiastkowy wist? Przy wyraźnie wojowniczym nastawieniu Angeli Merkel śmiem wątpić. Radziłbym się wsłuchać w krytyczne skądinąd głosy niemieckiej prasy, która obwinia
panią kanclerz o nadmierne ustępstwa na rzecz Polski. Radziłbym zwłaszcza tym wszystkim, którzy twierdzą, że tylko śmieszni Polacy trzymają się tak anachronicznych pojęć jak interes
narodowy, a wszyscy inni rozmawiają wyłącznie o interesie całej Europy.
Wytargowaliśmy 10 lat korzystnego dla nas systemu nicejskiego. W historii Europy to wieczność. Czy za te 10 lat entuzjazm innych państw, w tym Niemiec, wobec podwójnej większości nie
ostygnie? Przypomnę o ważnym fakcie: do Unii mają być przyjęte Ukraina i Turcja. Jeśli potencjał ludnościowy miałby być głównym kryterium wagi głosu, ci ubodzy dziś krewni staliby się
od razu głównymi współgospodarzami. Nie jestem pewien, czy o to właśnie chodzi Berlinowi.
Ale Kaczyński, podejmując decyzję o odpuszczeniu pierwiastka, musiał też uwzględniać sytuację wewnętrzną. Oczami wyobraźni widzę go, jak za stołem w kancelarii premiera sączy ulubioną
herbatkę i wylicza swoim kolegom z władz PiS zyski i straty: układ sił jest taki, że dalsza wojna może wykrwawić mój rząd i partię na krajowym podwórku. Lepiej zastosować unik.
Dwie opinie Platformy
Czołowy polityk PO Bronisław Komorowski pyta dziś retorycznie, czy trzeba było tak łatwo przystawać na podwójną większość po 10 latach, zamiast próbować ją jakoś modyfikować - na
przykład podniesieniem bariery głosów potrzebnych do niektórych decyzji (większość superkwalifikowana). Może i tak. Tyle że ta uwaga prawdopodobnie nie uwzględnia realiów burzliwych
negocjacji. Z tego, co wiemy, Polska była pod ścianą. Groźby jej odizolowania formułowane wprost przez Merkel mogły się spełnić, gdyby nie rezygnacja z eskalacji żądań.
Na dokładkę wyobraźmy sobie taką sytuację: szczyt się nie udaje, Polska zostaje z przyszłym wetem, ale i z groźbą rzeczywistej marginalizacji. Co wtedy powiedziałaby Platforma? Z pewnością pierwsza zaatakowałaby Kaczyńskich za awanturnictwo. Zwłaszcza że w jej obrębie cały czas funkcjonowały dwa równoległe poglądy. Pierwiastek to dzieło głównie Saryusza-Wolskiego, szczerego zwolennika ryzykowania do granic możliwości. Na wewnętrznych zebraniach kierownictwa PO Komorowski był takiemu ryzyku przeciwny, zresztą jak zwykle, bo jest to polityk stawiający na maksymalną bezkonfliktowość wewnątrz Unii. Wyboru dokonał Donald Tusk: może z przekonania, ale na pewno z silną dozą partyjnego wyrachowania.
PO wybrała maksymalną obrotowość. Będzie sukces, wtedy świętujemy go wspólnie z PiS, a naszą główną twarzą staje się Saryusz-Wolski. Będzie porażka, uznamy ją za porażkę samego PiS, rozliczać zaś będzie Komorowski. Wystarczyło się wsłuchać uważnie w wypowiedzi Tuska. Przestrzegał przed rejtanowskimi gestami, a równocześnie domagał się walki do końca. Nawet podsumowując już szczyt, wyraził żal, że nie wywalczono pierwiastka, a równocześnie cieszył się, że nie było awantury. Rzecz w tym, że pierwiastek za wszelką cenę równał się awanturze. I to stokroć większej niż ta, która wybuchła. Rząd był przecież i tak przedstawiany jako awanturnik nie tylko przez media niemieckie, ale i znaczą część polskich, podczas gdy PO schodziła konsekwentnie z linii strzału.
Chcę być dobrze zrozumiany - Platforma zachowała się podczas całego sporu zgodnie z europejskimi standardami. Rozumiejąc, że niezależnie od różnic zdań już negocjującemu rządowi nie
strzela się w plecy. Jej poparcie na pewno wzmocniło pozycję polskiej delegacji. Ale już po fakcie partia Tuska wróciła do roli rasowej, czującej krew przeciwnika opozycji. Sama była zresztą
w niezbyt wygodnym położeniu. Między groźnie pomrukującym PiS i oddającą wszystko lewicą trudniej o klarowne stanowisko.
Lewica ryzykuje
Stanowisko lewicy także musiało mieć wpływ na decyzję Kaczyńskiego. Do pewnego momentu było ono dla niego wygodne. Nie zachowując elementarnych wymogów negocjacyjnej lojalności,
Kwaśniewski i Olejniczak dali PiS wygodny orż w wewnętrznych rozgrywkach. Pozwolili na polaryzację po linii: patrioci kontra "partia białej flagi".
Lewica opisałaby tę polaryzację inaczej: my, rozsądni, mówiący spokojnym głosem o wspólnych sprawach Unii Europejczycy, kontra oszołomy (do tego worka próbowano wrzucić również i Platformę). Był to jednak z jej strony manewr ryzykowny. Zagranie wyraźnie sprzeczne z dotychczasową tradycją. Nie tak grały między sobą partie w obliczu międzynarodowych wyzwań, w skądinąd bardzo brutalnych czasach Leszka Millera.
Gdyby Kaczyńscy odnieśli na szczycie spektakularny sukces, oznaczałoby to porażkę lewicowej strategii. Gdyby jednak z kolei nie przestraszyli w Europie nikogo i skazali nasz kraj na marginalizację, obóz Kwaśniewskiego dostałby cenny prezent. Czy wzmocniłoby to jego pozycję kosztem PiS, czy raczej kosztem PO, nie ma większego znaczenia. Po takim ciosie w logikę, którą przyjęli zarówno Kaczyńscy, jak Tusk i Saryusz-Wolski, trudniej byłoby przekonywać Polaków do międzynarodowej twardości w jakiejkolwiek sprawie. I mógłby to być poważny argument na rzecz marginalizacji całej polskiej prawicy, choćby w wyborach prezydenckich.
Pamiętajmy o wyraziście proeuropejskim nastawieniu przeważającej części Polaków. Potwierdzają go wszystkie możliwe sondaże. Nasze społeczeństwo nie wczytuje się w kolejne wersje konstytucyjnego traktatu. Jest za traktatem jako takim, bo jest za Europą. W teorii większość sprzyja - to także wynika z pomiarów opinii publicznej - stanowczemu biciu się o swoje. W praktyce ta większość łatwo mogłaby zmienić zdanie, gdyby ich przekonano, że niebaczne zachowanie prawicowych polityków wypycha nas poza europejski konsensus.
A byłoby to możliwe, zwłaszcza przy jednym dodatkowym zastrzeżeniu. Znaczna część polskich kręgów opiniotwórczych, w tym mediów, kibicowała tak naprawdę nie nam, ale naszym europejskim partnerom. Dobrym przykładem był komentarz Piotra Pacewicza, który przekonywał w "Gazecie Wyborczej", że przewaga najludniejszych państw jest korzystna dla Unii, gdyż wiąże je ściślej z ideą integracji. A korzyść Polski? Bez znaczenia.
Trudno uwierzyć, że te głosy nie miały żadnego wpływu na nastawienie polskiego społeczeństwa. Miałyby jednak stokroć większy, gdyby szczyt można było przedstawić jako katastrofę.
Z tego punktu widzenia Kaczyński zrobił dobrze, uciekając z linii strzału. Skądinąd także lewica przyjęła to z wyraźną ulgą, nie będąc pewna swojej strategii - stąd finalne
gratulacje Olejniczaka dla rządu.
Szkoda pierwiastka
To zresztą ciekawe, jak dalece premier nie obawiał się oporu z innej strony - antyeuropejskich partnerów z LPR i Samoobrony. Są oni dziś najwyraźniej papierowym tygrysem. Ich głos nie ma
znaczenia. Rozbrzmiewa wyłącznie jako pisk. Roman Giertych może zapowiadać pikietowanie niemieckiej ambasady. Gdyby był konsekwentny, zerwałby tę koalicję. Ale konsekwentny być nie może.
Trudno rezygnować z paru dodatkowych lat własnej politycznej egzystencji.
To pozwala zauważyć jeszcze większy paradoks. Eurosceptyczna podobno ekipa prowadzi nas prostą drogą do nowej Unii Europejskiej. Dużo bardziej zintegrowanej, mającej już pewne cechy wspólnego państwa, choć z najsilniejszą pozycją ludnościowych i ekonomicznych potęg. Jeśli w ostatnich dniach Europa zatrzymała się odrobinę na tej drodze - to nie dzięki "wichrzycielskiej" Polsce, ale dzięki Wielkiej Brytanii. To w następstwie jej starań nie mamy unijnego ministra spraw zagranicznych, unijnego hymnu i paru innych rzeczy, dzięki którym trudniej byłoby mówić o Europie jako "rodzinie narodów".
I z tego też punktu widzenia szkoda pierwiastka. Byłby nie tylko dobrym narzędziem obrony interesu Polaków w Unii. Byłby gwarantem, że Unia będzie sprawiedliwsza. Że będzie bardziej wspólnotą równoprawnych państw i narodów. Na to jednak, aby pierwiastka bronić, Polska była zbyt słaba na zewnątrz i zbyt zapętlona politycznie wewnątrz. I to nie jest dobra wiadomość.