Premier nierzadko demonstrował też swoją znajomość kultury arabskiej i religii muzułmańskiej. Wydaje się więc, że stanowisko przedstawiciela Kwartetu Bliskowschodniego byłoby dla niego stworzone.
Ale to punkt widzenia kogoś, kto patrzy na to z perspektywy Europy, ONZ czy Waszyngtonu. Zupełnie inaczej sprawa wygląda na Bliskim Wschodzie. Tony Blair nie budzi tam zaufania, a jego znajomość islamu czy przyjazne usposobienie nie mają tam większego znaczenia.
To efekt przede wszystkim jego bliskich relacji z prezydentem USA Georgem W. Bushem. Dzięki sojuszowi z Waszyngtonem Wielka Brytania nie jest dziś postrzegana na Bliskim Wschodzie jako państwo prowadzące własną, niezależną politykę. Dodatkowo, konto premiera obciąża czteroletnia okupacja Iraku i tysiące ludzi, które przypłaciły życiem tę interwencję.
To w dosyć prosty sposób przekłada się na potencjalne wyniki jego działań. Z nominacji Blaira na Przedstawiciela Kwartetu ucieszyć się zapewne może Izrael, być może kilka osób w palestyńskim Fatahu i te rządy w regionie, które absolutnie nie muszą się liczyć z odczuciami własnej opinii publicznej.
Nawet Hamas może zaakceptować mediacje prowadzone przez Blaira, ale będzie traktował go z ogromną podejrzliwością. Jednak przeciętni Palestyńczycy, tak jak wszyscy niemal Arabowie, będą mu nieprzychylni. Z tego powodu szanse na sukces Blaira w tej roli są niewielkie.
Szansa, żeby to zmienić, jest niewielka. To wręcz zadanie na lata, podczas których Tony Blair musiałby demonstracyjnie podkreślać swoją niezależność, zdobywać zakulisową wiedzę o bliskowschodnich układach oraz poznać punkt widzenia nawet tych grup arabskich, które są dziś powszechnie uważane za terrorystów. To misja bardzo trudna, prawie nie do wypełnienia.