Ewakuacja. To słowo, zarezerwowane dotychczas dla obszarów konfliktów zbrojnych i na czas katastrof budowlanych czy klęsk żywiołowych, na naszych oczach nabiera nowego znaczenia. Od wczoraj
ewakuacja znaczy także - efekt strajku lekarzy. Ewakuacja oznacza przeniesienie dziesiątków i tak już cierpiących pacjentów do innych szpitali. Tych, dla których starczy miejsc, bo znając
życie, część chorych z pewnością będzie musiała wrócić do domów.
Przekraczamy tym samym, jako społeczeństwo, kolejną granicę. Życie i zdrowie innych, narażenie na cierpienie (a nie tylko na niedogodności, co jest cechą każdego strajku) przestaje być
barierą, za którą nie może posunąć się żaden protest. I dotychczas żaden strajk, żadna blokada ani okupacja przez tę wyraźną linię nie przeszły. Nawet Andrzej Lepper w swoich
wielokrotnych akcjach anarchizowania kraju, mimo że nie wahał się przed stosowaniem przemocy, jedno robił zawsze - przepuszczał przez zastawione ciągnikami blokady karetki pogotowia, pojazdy
transportu medycznego i autokary z dziećmi.
Oczywiście - jemu było łatwiej. Miał za sobą pałki i brony działaczy swojej partii, a władza w Polsce zawsze ustępowała przed siłą i zadymą. Lekarze publicznej ochrony zdrowia wielokrotnie protestowali w sposób cywilizowany. Taka forma protestu dla władzy znaczyła jedno - że są oni niegroźni. Że można ich postulaty zagadywać, rozmywać i lekceważyć. Dlatego argument, że nie ma innego wyjścia, ma sporą siłę rażenia. To argument, że jedyną skuteczną formą mogącą przyczynić się do zwycięstwa jest aż tak radykalna akcja. Że tylko ona zapewni zwrócenie uwagi rządzących na postulaty lekarskie. Ten sposób argumentacji zapewne przekonuje wielu lekarzy i wiele pań pielęgniarek i położnych.
Nie zmienia to jednak faktu, że linia bezpieczeństwa została przekroczona. Lider lekarskiego protestu doktor Krzysztof Bukiel i jego koledzy z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy biorą za to osobistą odpowiedzialność. Być może z ich punktu widzenia hasło "ewakuacja" to zapewne jeszcze jeden dowód determinacji. Woli walki. Ale to jest to chora logika. Organizator strajku musi pamiętać nie tylko o tym, co chce osiągnąć, ale i jakie mogą być skutki uboczne. Pamiętali o tym doskonale działacze pierwszej „Solidarności”. Potwierdziliby to zapewne i nieżyjący już Jacek Kuroń, i obecny prezydent Lech Kaczyński, obaj doświadczeni działacze związkowi.
Niestety, tym razem takiej wrażliwości brakuje. Wydarzenia pędzą w złym kierunku. I coraz mniej rozumiem doktora Bukiela. Jest w nim tak duża twardość, tak mało - niechby i udawanej - troski o dotkniętych strajkiem pacjentów, że zastawiam się, czy będzie potrafił się zatrzymać. Gdzie sam sobie wyznaczył linię bezpieczeństwa? Czy w ogóle? I co myśli, gdy słyszy słowa "ewakuacja szpitala"?
Sukces? Nie wiem, ale oby nie.
Można jednak spróbować przewidzieć, co pomyślą po tym wydarzeniu Polacy. Bulwersujące sceny ewakuacji warszawskiego szpitala niemal na pewno odbiorą białemu protestowi dużą część społecznej sympatii. I nie wiem, czy panie pielęgniarki spod Kancelarii Premiera w Warszawie takiego właśnie wsparcia chciały ze strony lekarzy. Tu warto podkreślić, że nigdy, nawet w największych emocjach, nie posunęły się one do narażenia zdrowia pacjentów czy choćby groźby, że tak zrobią.
Wiedzą to same, ale pewnie jeszcze raz usłyszały to od tych warszawiaków, którzy odwiedzali je w namiotowym miasteczku. Wystarczy o kilka słów i czynów za dużo, by to, co było walką o własne prawa, zakończyło się grozą dla niewinnych, chorych ludzi, okrutnym potęgowaniem ich cierpienia.
Podkreślam - doszliśmy do momentu przełomowego. Wszystkie media, wszystkie partie - niezależnie od tego, czy im się ten protest podoba, czy nie, wspierają go czy patrzą na niego obojętnie - wszyscy powinni powiedzieć teraz: stop takim akcjom. Stop ewakuacjom szpitali. Panowie protestujący - to już lepiej wyjdźcie na drogi.