Dziennik Gazeta Prawana logo

Po co Kaczyński poleciał do Busha?

13 października 2007, 16:19
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
"Prezydent Lech Kaczyński swą wizytą w Waszyngtonie ma do udowodnienia Europie i Warszawie, że rozumie, iż dobre stosunki z Ameryką nie są, nie mogą być i nigdy nie będą alternatywą dla dobrych stosunków z Europą" - pisze w DZIENNIKU Tomasz Lis, publicysta Polsatu.

Lech Kaczyński będzie mógł się choć odrobinę zrelaksować. Po nerwowym szczycie Unii Europejskiej i spotkaniu z europejskimi przywódcami, wśród których - co jasno widać, patrząc na zdjęcia - wciąż czuje się niezręcznie, odetchnie obok George’a Busha, odwdzięczającego mu się za miłe przyjęcie na Helu.

To nie będzie żadna przełomowa wizyta, taka jak słynna wizyta Lecha Wałęsy w Waszyngtonie w listopadzie 1989 roku i pierwsza wizyta w amerykańskiej stolicy Aleksandra Kwaśniewskiego, niemal dokładnie 11 lat temu. Wówczas polski prezydent musiał pokazać, że nie jest groźnym bolszewikiem, ale politykiem obliczalnym, który na poważnie mówi o swej woli współpracy z Ameryką i o woli wprowadzenia Polski do NATO. Dziś nowy prezydent niczego w Waszyngtonie dowodzić nie musi. Przeciwnie, to raczej w Europie i w Warszawie ma tą wizytą coś do udowodnienia. Co? To, że rozumie, iż dobre stosunki z Ameryką nie są, nie mogą być i nigdy nie będą alternatywą dla dobrych stosunków z Europą.

Zmienić kierunek polityki

Aleksander Kwaśniewski, zderzając się ze szczególnie silnymi w ostatnich latach jego prezydentury antyamerykańskimi nastrojami w Europie, zwykł mówić, że Polska nie ma ochoty wybierać między miłością do mamy i do taty. Było to zgrabną deklaracją woli zachowania równowagi między stosunkami na linii Warszawa - Waszyngton a relacjami między Warszawą i europejskimi stolicami. Ale właśnie za jego prezydentury doszło do naruszenia owego balansu, którego przywrócenie absolutnie leży w naszym interesie.

Byłemu prezydentowi trudno byłoby zaprzeczyć, że nie zastanawiał się zbyt długo, czy polskie wojska wysłać do Iraku (według moich źródeł amerykańskich nie wahał się w ogóle). Nie walczył też jak lew o to, by z owej misji korzyści wynieśli nie tylko Amerykanie. Podejmując decyzję, jaką podjął, uczynił słusznie, ale podjął ją zbyt skwapliwie. Nikt nie nazwał go, jak Brytyjczycy Tony’ego Blaira, amerykańskim pudlem, bo też jest Polska najbardziej proamerykańskim krajem w Europie. Jednak nasza uzewnętrzniana wtedy na wszelkie sposoby proamerykańskość była rewersem bezrefleksyjnej antyamerykańskości ówczesnych niemieckich i francuskich władz.

I między innymi dlatego, gdy Leszek Miller, jako jeden z przywódców "nowej Europy", podpisywał napisany przez Amerykanów - a popierający ich interwencję w Iraku - list, w wielu europejskich stolicach uznano, że Polska wybrała amerykańskiego tatę i zignorowała kontynentalną starą matkę.

Jeśli dziś Lech Kaczyński nie stoi przed dylematem, przed jakim stali jego poprzednicy: popierać Amerykę i narazić się Europie czy trzymać z Europą i popsuć stosunki polsko-amerykańskie, to wcale nie dlatego, że zmienił orientację naszej polityki. To po prostu Europa się zmieniła. Antyamerykańskich Schroedera i Chiraca zastąpili tak proamerykańscy jak to w dzisiejszej Europie możliwe, Sarkozy i Merkel. Dzięki Bogu, bo gdyby nasze obecne władze działały w Europie sprzed trzech - czterech lat, sytuacja byłaby dużo cięższa.

Zmieniła się więc sytuacja i zmienił się kontekst, ale kierunek polskiej polityki się nie zmienił. Niestety. Zmiana kierunku nie ma oznaczać odwrócenia się od Ameryki i wpadnięcie w objęcia jej europejskich oponentów. Broń Boże. Oznacza prowadzenie polityki tak, by Waszyngton nie miał pewności, że ma nas w kieszeni, a Europa nie miała przekonania, że ma w polskich władzach wrogów. Z tym drugim mamy, niestety, wielki kłopot, który za chwilę będzie jeszcze większy, gdy zaczniemy się handryczyć o "uzgodnioną po dżentelmeńsku" Joaninę.

Z przekonaniem Amerykanów, że nie będziemy im zawsze jeść z ręki, też mamy najwyraźniej spory problem, skoro potrafią oni przedstawiać nam list w sprawie tarczy rakietowej z załączoną propozycją naszej na ów list odpowiedzi. O ile postawić z głowy na nogi relacje z Europą będzie, biorąc pod uwagę uprzedzenia naszych władz, ciężko, o tyle wyprostować relacje z Waszyngtonem można stosunkowo łatwo. Tu zadanie domowe, a dokładniej wyjazdowe, ma do odrobienia właśnie prezydent Kaczyński.

Marginalizacja pozycji Polski

Profesor Brzeziński słusznie powiedział kilka miesięcy temu, że Polska jest z punktu widzenia Ameryki partnerem drugo-, a nawet trzeciorzędnym. Nie należy się na to obrażać, trzeba po prostu wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. Oczywiście osłabienie pozycji Polski było do pewnego stopnia kwestią naturalną w sytuacji, gdy rozszerzenie NATO już nastąpiło, a Ameryka przestawiła swe radary tak, by rejestrowały zagrożenia rodzące się na Bliskim Wschodzie. Ale marginalizacja pozycji Polski jest w poważnym stopniu zawiniona przez nas samych. Nie szanuje się partnera, który mówi "zgadzam się", zanim usłyszy pytanie. A właśnie tak zgodziliśmy się i na naszą misję w Iraku (Kwaśniewski) i w Afganistanie (Kaczyńscy).

Obie decyzje były słuszne. Obie były podjęte w podobnym trybie, jakby nasze odruchowe "tak" było niezbędną ofiarą złożoną na ołtarzu sympatii Waszyngtonu dla Polski. Jakby jednym z najważniejszych motywów aktywności naszych przywódców była możliwość zrobienia sobie zdjęć z Georgem Bushem w Gabinecie Owalnym. Nie szanuje się też partnera, który ma fatalne relacje z większością sąsiadów, w tym z dwoma najważniejszymi. A tu zależność jest prosta. Im silniejsza Polska w Europie, tym mocniejsze karty w naszej grze z Amerykanami. Czym lepsze stosunki polsko-niemieckie, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że wynikające z naszych interesów gesty życzliwość wobec Ameryki oraz wynikające z naszych i amerykańskich interesów decyzje, nie będą w Berlinie, w Londynie czy w Paryżu dowodem na to, że polskie władze stawiają na Waszyngton, a nie na Brukselę.
Jeszcze jedno, mniej szanuje się partnera, który dorobił się w Europie tylko fatalnej opinii, bo flirtuje z populistami i nacjonalistami kwestionującymi polską politykę zagraniczną w jej najważniejszych punktach, jakimi obecnie są traktat europejski, tarcza rakietowa oraz nasze misje w Iraku i w Afganistanie.

Gesty wycenione

Prezydent i premier prawdopodobnie słusznie uznali, że w naszym kraju powinny być zainstalowane elementy tarczy rakietowej - niezależnie od tego, czy zestrzeliwane rakiety będą leciały w kierunku Ameryki czy Europy, niezależnie od tego, czy wystrzeli je Phenian czy Teheran. Tarcza, która ma chronić Amerykę przed krajami mogącymi uprawiać lub wspierać państwowy terroryzm, z naszego punktu widzenia ma zupełnie inne znaczenie. Jest nam potrzebna, bo będzie znakiem dla Rosji, że w zachodnich strukturach obronnych jesteśmy naprawdę, a nie wyłącznie na papierze. Moskwa staje na głowie, by w praktyce odtworzyć na tyle, na ile to dziś możliwe, doktrynę Breżniewa. Robi więc wszystko, by zademonstrować, że ma prawo głosu oraz weta w sprawie tego co dzieje się na obszarze, który uznaje za swą strefę wpływów. Gdy druga strona te dążenia słusznie ignoruje, Rosja deklaruje, że na taką grę się nie zgadza i wywraca stolik, na którym ona się toczy, oraz deklaruje, że chce zmienić reguły gry. Przykład: właśnie ogłoszone jej stanowisko w sprawie układu CFI.

W naszym oczywistym interesie jest, by Moskwa dostała jasny sygnał, że w strefie jej choćby pośrednich wpływów nie jesteśmy i już nigdy nie będziemy. Dla nas jest to więc tarcza nie antyrakietowa, ale antyimperialna. Amerykanie wiedzą - rzecz jasna - o naszych motywach, ale tym bardziej polski prezydent musi negocjować w Waszyngtonie twardo, nie dając się rozmiękczyć kordialnymi gestami, czerwonym dywanem oraz wspomnieniami o Pułaskim i Kościuszce, które zafundują mu gospodarze.

Lech Kaczyński odetchnie w Amerykańskiej stolicy, ale będzie też miał okazję zapewnić odrobinę oddechu George’owi Bushowi. Politycznie jest on już w Waszyngtonie lame duck (nomen omen, spadającą kaczką). Spadają jego notowania. Rośnie presja Demokratów, ale i części Republikanów, by amerykańskie wojska ewakuowały się z Iraku tak szybko, jak to możliwe. Upowszechnia się przekonanie, że jest jednym z najgorszych, jeśli nie najgorszym prezydentem w amerykańskiej historii.

Bushowi miło będzie pokazać, że nie wszyscy go opuścili i nie wszyscy się od niego odwracają. Dlatego miłe gesty polskiego prezydenta zostaną docenione. Warto jednak, by postarał się on o to, by zostały także wycenione.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj