Jest więc nadzieja, że pani Fotyga przestanie niszczyć wizerunek i pozycję Polski za granicą, że Roman Giertych przestanie niszczyć polską edukację, że Zbigniew Ziobro przestanie niszczyć system wymiaru sprawiedliwości, że szefem MSW przestanie być prokurator a zostanie nim ktoś, kto będzie miał pojęcie o tym, jak usprawnić i zmodernizować polską administrację.
To jest z pewnością dobra wiadomość dla Polski. Jest jednak także niedobra wiadomość. Nikt nie wie, co nas czeka potem. I jest też wiadomość jeszcze gorsza. Bardzo wiele wskazuje, że o tym, co nas po wyborach czeka, na co, a nawet na kogo będziemy głosowali, najprawdopodobniej nie dowiemy się przed oddaniem głosu.
Dwa lata temu o tym, że mamy dokonać wyboru między "Polską liberalną" a "Polską solidarną" dowiedzieliśmy się niemal w ostatniej chwili przed wyborami. Nikt - włącznie z PiS, które ustanowiło ten podział - nie wiedział, co te formuły znaczą, choć to właśnie one miały zdecydować o zwycięstwie wyborczym.
Wkrótce miało się okazać, że "Polska solidarna" naprawdę oznacza "Polskę autorytarną" i ultraliberalną, która stosuje pustą retorykę solidarnościową i terroryzuje krytyków, by w finansach i gospodarce iść jeszcze ostrzejszym liberalnym kursem niż liberałowie, przeciwko którym toczyła się kampania. To "Polska solidarna" dała bogatym niebywały prezent w postaci zniesienia podatku od spadków i darowizn, co przez zaledwie kilka miesięcy kosztowało budżet pół miliarda złotych.
To "Polska solidarna" tak zmniejszyła obowiązkową składkę ubezpieczeniową, żeby biedni zyskali mało, a bogaci dużo. A jednocześnie ta sama "Polska solidarna" w ciężkim boju złamała strajk lekarzy i pielęgniarek, doprowadziła do ich masowej emigracji, istotnie zmniejszyła liczbę policjantów, pogarszając w ten sposób poziom bezpieczeństwa, sparaliżowała publiczną służbę zdrowia, przez co radykalnie pogorszyła jakość opieki zdrowotnej dla grup ekonomicznie słabszych, których nie stać na leczenie prywatne.
W dużym, coraz bardziej widocznym stopniu - zgodnie z uświęconą w kolejnych wyborach tradycją - Polacy dostali więc co innego, niż wybrali, głosując.Stało się tak dlatego, że - też zgodnie z kilkunastoletnią tradycją - kampania wyborcza skupiła się na złu poprzedniej ekipy, a nie na dobru, które będą czynili jej następcy.
Ta specyfika polskiej polityki sprawia, że w każdych wyborach głosujemy przeciw rzeczywistości, a nie za jej realną odmianą. Wybieramy zerwanie z tym, co nam nie odpowiada, nie mając nawet szansy dokonania pozytywnego wyboru. Bo partie polityczne cały swój wysiłek koncentrują na tym, żeby możliwie najbardziej wyraziście zohydzając swoich przeciwników, zarazem możliwie mgliście lub niezobowiązująco formułować programy pozytywne. Wówczas zaś, gdy składają konkretne obietnice, nie czują się skrępowane ich realnością.
Trzy miliony mieszkań, trzy razy piętnaście, trzy razy szesnaście brzmi wystarczająco pięknie, by politycy czuli się zwolnieni z obowiązku liczenia. Hasła takie jak "tanie
państwo", gdy wiadomo, że modernizacja administracji publicznej i absorpcja środków unijnych wymagają ogromnych wydatków, obietnice obniżenia podatków, gdy budżet wyje deficytem,
albo szarpanie cuglami, które ma "wyzwolić energię Polaków", gdy dobrze wiadomo, że problemem polskiej gospodarki jest paraliżujący jakąkolwiek aktywność nadmiar sztywnych
cugli - są wystarczająco dźwięczne "żeby ciemny lud je kupił", choć ich zastosowanie w praktyce przyniosłoby efekt przeciwny do obiecywanego.
Tradycja wyborczego oszustwa lub w łagodniejszym wydaniu mydlenia oczu wyborcom jest w Polsce tak silna, że trudno przypuszczać, iż tym razem zostanie zerwana.
Największy problem polskiej polityki polega dziś na tym, że żaden naprawdę ważny dylemat polityczny, żadna poważna kwestia narodowej przyszłości i tym razem zapewne nie stanie się przedmiotem wyborczej debaty i walki. Także w czasie najbliższych wyborów nie będzie mowy o modelu społecznym, drogach modernizacji, podziale bogactwa i odpowiedzialności między grupy społeczne. Bo niby dlaczego politycy mieliby zacząć uczciwie i szczerze rozmawiać z wyborcami o tym, co zamierzają zrobić, skoro gigantyczny i bardzo nośny nowy temat zastępczy sam pcha im się w ręce.
Wybory, które są już za pasem, nie dadzą Polakom prawa dokonania merytorycznego wyboru. Nie będzie na to czasu ani miejsca. Jak dwa lata temu miesiącami rozdrapywaliśmy "zbrodnie" Leszka Millera i jego partyjnych kolegów, tak teraz tygodniami będziemy demaskowali i rozwałkowywali "zbrodnie" braci Kaczyńskich oraz ich ekipy.
Zamiast się zastanawiać, jak ograniczyć tempo rozwarstwiania się społeczeństwa, jak reformować oświatę w kierunku stymulowania kreatywności młodego pokolenia, jak zahamować emigrację ludzi wykształconych i przedsiębiorczych, jak odbudować międzynarodową pozycję Polski i wzmocnić zabezpieczenia swobód demokratycznych, będziemy odkrywali kolejne nadużycia Ziobry, kłamstwa Kamińskiego, aberracje Fotygi, mrzonki, intrygi i spiski Jarosława. Będzie to ciekawy polityczny thriller, a właściwie zbiorowo wykonana egzekucja ze szczególnym okrucieństwem, mająca tylko jeden cel: polityczne zamordowanie braci Kaczyńskich i ich pretorianów z PiS.
Poza tym, poza uchronieniem nas przed dalszym rozmontowywaniem demokratycznego państwa prawnego i zmianą podziału miejsc w Sejmie, ta kampania wiele nie przyniesie. Idąc do urn, w dalszym ciągu nie będziemy wiedzieli, co która partia zamierza w Polsce zrobić. I to nie tylko dlatego, że w Polsce nie ma tradycji poważnej, uczciwej debaty politycznej. Także dlatego, że najważniejsze partie opozycji nie dorobiły się realnych programów.
SLD nie podniósł się programowo po kompromitacji Millerowskiego wariantu Trzeciej Drogi. PO nie podniosła się po kompromitacji idei IV RP w jej wydaniu PiS-owskim. Nie dowiemy się więc, jak pretendujący do władzy chcą ją wykorzystać, bo oni sami nie bardzo to jeszcze wiedzą. I będą bardzo dbali, żeby jak najrzadziej padały pytania, które by to mogły ujawnić. Jednego tylko możemy być pewni: zmiany ludzi zajmujących kilka tysięcy różnych państwowych posad. A potem się zobaczy.