Karnowski: Minister nie ma prywatności
Nie ma racji minister Janusz Kaczmarek - to nie jest prywatna wojna ministra Ziobry. W całej tej historii nie ma nic prywatnego. Eksplozja, jaką obserwujemy, potężne zawirowanie skutkujące serią dymisji, to jeden z najważniejszych testów, przed jakimi stanęło polskie państwo od czasów afery Rywina, starachowickiej i orlenowskiej.
To najważniejszy od objęcia urzędu egzamin dla premiera Jarosława Kaczyńskiego, podległych mu ministrów i służb specjalnych.Wszystko to będzie miało skutki polityczne, sondażowe i prestiżowe. PiS wywołało sprawę, ono wybrało Janusza Kaczmarka na sprawowaną funkcję i zapłaci za to wysoką cenę. Sądzę jednak, że na dokładną analizę tej strony medalu przyjdzie czas później.
Dzisiaj nie możemy sprowadzać dyskusji tylko do jałowych narzekań, że nie wygląda to najlepiej. Nie powinniśmy poprzestać na obserwowaniu, kto zbije na aferze przeciekowej najwięcej punktów. Nie pozwala na to ranga sprawy poszczególnych służb. Ale także dla opozycji i mediów.
To nie taśmy Beger i pytanie, kto negocjował mało smacznie, kto kogo bardziej ubrudził i kto złamał dane słowo. To kwestia dużo ważniejsza.
Albo bowiem mamy do czynienia ze zdradą państwa, ze sprzedaniem lub wygadaniem tajemnicy o tajnej operacji antykorupcyjnej albo z wielką polityczną intrygą, opluwaniem niewinnego człowieka. Innego wyjścia nie widzę. Albo więc reakcja państwa była skuteczna i godna pochwały, a zapewnienia o równej twardości wobec wszystkich prawdziwe - albo rządzący obóz polityczny jest skompromitowany. Na ostateczną odpowiedź musimy cierpliwie czekać i twardo pytać.
Na pewno już dziś warto zauważyć szybką reakcję na podejrzenia, jakie pojawiły się w stosunku do ministra Janusza Kaczmarka. Jego dymisja nie była wcale tak oczywista, jak się teraz wydaje. W czasie poprzednich afer, za poprzednich rządów, przecieki raczej ukrywano. To prasa wyciągała kompromitujące polskie państwo informacje o przeciekach, ordynarnych zdradach i nadużyciach.
Z drugiej strony, choć rozumiem tajemnicę śledztwa, to jednak enigmatyczne zapewnienia, iż ktoś "znalazł się w kręgu podejrzanych" to w tej sprawie za mało. Na Janusza Kaczmarka de facto padł straszliwy cień podejrzeń o zdradę. Musimy poznać dowody, a on musi mieć prawo do obrony. Korzysta z tego prawa już teraz, choć niezbyt mądrze. Rozumiem emocje, ale skoro był takim zimnym, opanowanym ministrem, to takim też powinien być adwokatem samego siebie.
Nie może ujawniać tajemnic śledztwa, ale może odpowiedzieć na wątki podane przez media. Czy spotykał się z Andrzejem Lepperem lub jego posłami? Czy kontaktował się z przedstawicielami
wielkiego biznesu? Rozmawiał o tej sprawie? Przybliżyłoby to nas do prawdy dużo bardziej niż miotanie oskarżeń o prywatną wojnę. Prywatność bowiem traci się w dniu złożenia
ministerialnej przysięgi. Mam nadzieję, że Janusz Kaczmarek o tym nie zapomniał.
Gawryluk: Kaczmarek - kolejna ofiara IV RP
Po odwołaniu ministra Janusza Kaczmarka będziemy mieli okazję zobaczyć drugą część spektaklu. Teraz na pewno zacznie występować w mediach, które będą robić z niego ofiarę braci
Kaczyńskich oraz opisywać, jak to był męczony w IV RP. Zaproszenia zostały już rozdane. Zrobił to publicznie na przykład redaktor Żakowski, zapraszając Kaczmarka na łamy swojego tygodnika,
by mógł odreagować na terapeutycznej kozetce. Rozmowę terapeutyczną odbył już z Jackiem Żakowskim Andrzej Lepper, udzielając mu wywiadu w "Polityce", gdzie opisywał
szykany, jakim był poddawany w rządzie. Ten przykład pokazuje logikę części mediów, które znajdują zrozumienie dla urzędników obecnego rządu dopiero po tym, jak zostają odwołani.
Tymczasem - na zdrowy rozum - decyzja premiera była adekwatna do sytuacji. Jeżeli pojawia się podejrzenie, że przez swoje zachowanie minister naraził na szwank śledztwo - bezwzględnie powinien zostać odwołany. Przypomnijmy, jak różni się ta sytuacja od sytuacji z czasu rządów SLD, kiedy premier o nadużyciach w ministerstwach dowiadywał się z prasy i reagował na nie o wiele wolniej albo wcale.
Media, które zapałały miłością do byłego ministra, dadzą mu możliwość przekazania jednostronnej relacji całej sytuacji. A to nie wystarczy. Niestety fakt, że sprawa dotyczy służb specjalnych nie da możliwości drugiej stronie, czyli premierowi, ujawnienia całej prawdy. Słuszna jest w tym kontekście opinia wyrażona przez Jana Rokitę. Miał rację, mówiąc, e PiS wpadł we własną pułapkę, biorąc pod swoją kuratelę wszystkie tzw. resorty siłowe. Efekt jest taki, że wgląd w sprawy tych ministerstw mają tylko politycy PiS, którzy z powodu tajemnicy, jaką okryta jest część działań tych resortów, nie są w stanie pokazać nam prawdziwej sytuacji. Tworzy to wrażenie, że kontrola nad poczynaniami służb specjalnych jest znacznie ograniczona, z powodu braku dostępu do informacji. Z pewnością musimy się więc dowiedzieć, co naprawdę stało się w MSWiA, przy okazji nieudanej akcji CBA, zanim będziemy ferować jakiekolwiek wyroki. W interesie wszystkich partii, w tym PiS, byłoby powołanie komisji śledczej, która by wyjaśniła tę sprawę. Dlatego nie rozumiem oporu PiS.
Czy zmiana ministra ma wpływ na kwestię przyspieszonych wyborów? W mojej opinii nie. Bracia Kaczyńscy nie powoływaliby na stanowisko ministra spraw wewnętrznych zaufanego współpracownika,
jeśli miałby rządzić ministerstwem tylko przez kilka miesięcy. Prezydent i premier nie chcą przyspieszonych wyborów, w innym wypadku po prostu jak najszybciej by do nich doprowadzili. Zmiana
ministra nie jest więc częścią ich strategii.
Do życia politycznego włączyła się także Platforma Obywatelska i Donald Tusk, który spotkał się z prezydentem. To spotkanie było kolejnym epizodem w życiu politycznym Polski. Po raz
kolejny Donald Tusk przedstawił swoje propozycje, a wywołany do tablicy prezydent, nawet jeśli uznał, że przewodniczący Platformy jest tym razem sympatyczniejszy, to i tak na pewne jego
propozycje się nie zgodził. W ten sposób obydwie strony wykorzystały ten moment tylko do celów propagandowych.