Dawno nie było rzeczywistości tak intensywnej i tak zagadkowej. Wiszące w powietrzu fiasko mistrzostw trudno wziąć tak ot, za dobrą monetę. Za bardzo i za grubą kreską zostało zarysowane, by było prawdziwe. IV RP też podobno okazała się fiaskiem, a przecież istnieje w całej swej niepełnej krasie.

Z Euro jest podobnie. Przecież to nieprawda, że prace się opóźniają, bo trwa cicha lustracja kandydatów do roboty. Przyznano nam turniej - teraz musimy go odzyskać? To już prędzej, ale też bez przesady. Raczej idzie o stworzenie atmosfery klęski zupełnej; w niej - jak powszechnie wiadomo - byle co okaże się tryumfem. Raczej idzie o wierność sinusoidalnej linii życia i - zwłaszcza - linii władzy. Linia sinusoidalna jest linią walki. Bojowanie - jak mówią poeci - byt nasz podniebny. Bój nie tyle ostatni, co nieustanny.

Zwycięstwo wyborcze - tryumf. Zwycięstwo wyborcze zmuszające do stawania na głowie - klęska. Stanie na głowie i rządzenie - tryumf. Nieustanne stwarzanie wrażenia, że lada chwila odda się władzę - klęska. Permanentne nieoddawanie władzy pomimo nieustannych pozorów jej oddawania - tryumf. Życie jest walką, a walka składa się z zwycięstw i porażek. Toczymy wojny, wygrywamy i przegrywamy bitwy.

Kluczowa dla peerelowskiej nowomowy metaforyka militarna wraca w całej swej niewinnej okazałości. (Niewinnej, bo przecież nie groźnej - żaden; poza językowym, a ten nie ma znaczenia; ład nie został naruszony). Kiedyś trwała batalia o zbiory rzepaku - dziś trwa batalia o Euro 2012. Prawdopodobnie jest w tym nawet pewien postęp.

W "Gazecie Wyborczej" (nr 183) interesujący wywiad z Michałem Borowskim, nowym szefem gabinetu politycznego ministra sportu. Tytuł materiału: "Stan wyjątkowy Euro 2012". Wybita w podtytule wypowiedź sławnego architekta: "buduję armatę, z której wylatuje kula z napisem Euro". Słowem nie tyle: Euro i bomba, co Euro to bomba. O bombach w sensie ścisłym (choć nie wprost) jest w wywiadzie również mowa: "Nie wiemy nawet, gdzie nowy stadion ma stanąć: czy w miejscu istniejącego Stadionu Dziesięciolecia, czy obok. Abstrahuję" - powiada Borowski - "od sentymentów, jedynie ostrzegam: burzenie to kolejne ryzyko. Rozbiórka może się przeciągać, korona stadionu usypana jest z wojennego gruzu, nie wiadomo, co tam znajdziemy."

Nie wiadomo? Doskonale wiadomo. Znajdziemy tam liczne, do cna skorodowane bomby lotnicze, pociski pancerne, "grube Berty" i inne niewybuchy. To akurat nie musi być argument przeciw - może być za.

Kiedy w zeszłym tygodniu podczas prac remontowych na ulicy Hożej, tuż przy kamienicy, w której mieszkam, robotnicy natknęli się na bombę z czasów II wojny i zarządzono ewakuację - miałem poczucie udziału w przedsięwzięciu w każdym calu skutecznym, harmonijnym i perfekcyjnym. Ewakuowani, ewakuujący, policjanci, saperzy, pracownicy pogotowia ratunkowego, strażacy, starcy i dzieci, kobiety i mężczyźni - Boże mój: cały naród? - wszyscy współdziałaliśmy z sobą jak w wielkiej jakiejś chwili. Jak w powstaniu? Jak w Euro 2012?

Bomby zasypane wojennym gruzem w koronie stadionu nie muszą tedy destruować - mogą mobilizować. Tak myślę całkiem serio – w końcu mam za sobą empirię. Ale na dalsze ciągi i na w sposób nieunikniony odmienne tonacje nie mam chęci. Nie mam na przykład najmniejszej melodii, by natychmiastowo ten, w każdym - też felietonowym - paśmie atrakcyjny, wątek rozwijać. Nie mam chęci snuć facecji, by na miejsce budowy boiska wybrać jakieś poniemieckie pobojowisko, nierozbrojone pole minowe czy inny poligon - wtedy Polacy zewrą szeregi. Nie chce mi się jadowicie rzęzić, że w obliczu zagrożenia bombowego każda para rąk, każda głowa się przyda - nawet podejrzana, nawet odwołana, nawet zapuszkowana. (Nawet - wiem, że to horror niepoczytalny - sieroty po Unii Wolności mogłyby pomóc). Nie chce mi się przybierać pozy zramolałego dziadka i dobrodusznie ględzić, że najlepiej Euro by wyszło u nas, panie, na Hożej, bo tu nie tylko z powodu niewypałów pod asfaltem roboty idą jak z płatka, powstaje prawdziwie "barcelońska" ulica, a wiadomo co taki przymiotnik znaczy dla futbolu.

Mam gigantyczny sentyment do Jarmarku Europa, ale nie chce mi się snuć poetycko, że najpiękniej by było, jakby mistrzostwa rozgrywano wśród azjatyckich straganów, na biblijnym targowisku, na dzikim, porosłym zdrewniałymi kłączami, polu; jakby linie boczne uczyniono z podróbek firmowych pudrów, trybuny usypano z wietnamskich szmat, a za siatki na bramkach jakby posłużyły bajkalskie sieci rybackie. Podobają mi się takie sceny, mam na nie jazdę, ale aktualnie nie mam na nie siły.

Sytuacja jest, jaka jest. Jak się zdaje, nie tylko na mój chłopski rozum, sprawy mają się tak: Polski projekt Euro był - delikatnie mówiąc - nierealny. Klęska. Mimo zawartych w nim nierealności - przyznano nam organizację Euro 2012. Tryumf. Obecnie trzeba się do kłamstw przyznać, projekty zmienić, o ich ponowne akceptacje i wszelkie możliwe prolongaty żebrać. Klęska. Euro za wszelką cenę nie tylko militarnymi, ale wręcz wojennymi środkami szykować. Tryumf. Zorganizować w efekcie najmarniejsze mistrzostwa w dziejach. Klęska. Ale je zorganizować. Tryumf.

Swoją drogą, gdyby rzeczywistość dookolna była jednak nieco mniej sinusoidalna można by - sięgając do, ma się rozumieć, najlepszych amerykańskich wzorów - puścić w obieg frazes: Nie pytaj co możesz mieć z Euro, zapytaj co możesz zrobić dla Euro - albo co w tym rodzaju. Nie jest wykluczone, że kapitał i entuzjazm społeczny jaki we, people mamy dla Euro mógłby dać tryumf. Chyba, żeby dał klęskę. Wtedy koniec. Bez bomby.