Dwa największe ugrupowania odkryły w ostatnią sobotę karty. Początek kampanii nie pozostawia wątpliwości: jeżeli jesienią tego roku dojdzie do wyborów, znów będziemy wybierać między
Tuskiem a Kaczyńskim. Zarówno kampania jak i jej efekt będą miały wymiar ściśle personalny.
Kaczyński i Tusk zdecydowali się na silne związanie kampanii z ich wizerunkiem z różnych powodów. W przypadku premiera stoi za tym zamiar doprowadzenia do plebiscytu między antykorupcyjnym
rządem a uwikłaną w niejasne interesy opozycją. W przypadku Donalda Tuska o takim charakterze kampanii przesądza "perspektywa roku 2010", czyli kluczowych dla jego strategii
szans w następnych wyborach prezydenckich.
Po wyborach istotnymi graczami będą nie partie polityczne, ale ich liderzy. Różnica między naszą sceną polityczną a większością starszych demokracji jest bowiem dość oczywista. Tam
partie polityczne kierują się w znacznie większym stopniu własnym interesem instytucjonalnym i mniej zależą od widzimisię liderów. My tymczasem mamy do czynienia z syndromem partii
prywatnych. Tusk, Kaczyński, Giertych i Lepper - to liderzy, którzy definiują, co jest interesem partii. Mogą zatem - jak wcześniej Krzaklewski czy Miller - doprowadzić swoje formacje na skraj
klęski w zasadzie bez istotnego sprzeciwu z ich strony.
Kiedy o koalicji decyduje interes partii, zbieżność programowa, wzgląd na utrzymanie wysokich notowań, zachowania poszczególnych ugrupowań ulegają obiektywizacji. Są mniej podatne na
ekscentryczne pomysły liderów i bardziej przewidywalne. Kiedy o wszystkim decyduje lider - przewidywalność decyzji spada. Dlaczego? Po pierwsze, decyzje jednostkowe są silniej uzależnione od
czynnika psychologicznego, od osobistego a nie organizacyjnego interesu. Mogą być też motywowane przez argumenty (i wiedzę) niedostępne w sferze publicznej.
Negocjacje, do jakich dojdzie po wyborach, nie będą zatem rozmowami PO z PiS, lecz grą między Jarosławem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem. Co ważniejsze, to od Kaczyńskiego będzie zależało,
jak wysoko zawiesi koalicyjną poprzeczkę. Możliwe jest bowiem postawienie warunku zaporowego - tak jak w przypadku rządu Hanny Suchockiej przed 15 laty, gdy warunkiem udziału PC było
powierzenie teki Adamowi Glapińskiemu. Takim warunkiem zaporowym może okazać się np. teka ministra sprawiedliwości dla Zbigniewa Ziobry.
Trudne warunki koalicji z PiS pozwolą na podwyższenie stawki drugiemu potencjalnemu partnerowi PO - Lewicy i Demokratom. Kaczyński może zapobiec tej koalicji - obniżając koszt zawarcia
porozumienia z PiS. Jednak to on dokona rachunku opłacalności. Czy wybierze trudną pozycję partnera koalicyjnego, czy wygodniejszą lidera opozycji - posiadającego wsparcie w decyzjach i
wypowiedziach prezydenta? Ta kalkulacja nie weźmie pod uwagę interesu partii jako instytucji, lecz subiektywny i doraźny pogląd Jarosława Kaczyńskiego na to, co jest dobre dla Polski, PiS i dla
niego samego. W sferze motywacji indywidualnych te poglądy dość łatwo osiągają punkt wspólny.
Donald Tusk z kolei będzie równie subiektywnie ważył "koszt koalicji" z każdym z dwóch potencjalnych partnerów. Przez najbliższe tygodnie będzie jeszcze zapewne liczył na
rozwiązanie komfortowe (większość bezwzględna) lub przynajmniej odsuwające ostry wybór (koalicja z PSL). Potem podejmie decyzję, której kryteria sam - zapewne intuicyjnie - ustali.
Warto wreszcie przytoczyć argument trzeci. Oprócz spersonalizowanej kampanii i spersonalizowanych negocjacji po wyborach - za sprowadzeniem wyboru do alternatywy - Tusk czy Kaczyński -
przemawiają względy programowe. Istotna różnica programowa dotyczy bowiem nie radykalnie odmiennych wizji, ale proporcji programowych i stylu rządzenia. Stylu wyznaczanego nie przez partie, ale
przez jednostki. Styl Tuska będzie zapewne bardziej podobny do stylu Marcinkiewicza, tak jak styl Rokity byłby - pod wieloma względami - bardziej podobny do stylu Kaczyńskiego.
Wybory 2007 roku przebiegać będą zatem pod dyktando sporu dwóch partyjnych liderów. Część wyborców zapewne uchyli się od głosowania na Tuska lub Kaczyńskiego. Jednak - jak zauważył
niedawno Marek Migalski - mobilizacyjna siła wyrazistego konfliktu powinna okazać się korzystna (w perspektywie wyborów) dla obu dużych, skonfliktowanych partii. Czeka nas zatem powtórka z roku
2005. Jeżeli w jej wyniku nie uzyskamy stabilizacji politycznej - sloganem politycznym roku 2008 może stać się powiedzenie "do trzech razy sztuka".