Pernambuco – północno-wschodni brazylijski stan – stało się symbolem rozkwitu gospodarczego całego kraju. Po pracę tutaj przyjeżdżają mieszkańcy Sao Paulo i Rio de Janeiro. Na czym polega model Pernambuco?

Reklama

Z podobną prędkością rozwijają się także inne północno-wschodnie stany Brazylii. Podczas gdy w 2010 r. wzrost PKB na południu kraju wynosił 4 proc., północny wschód – Paraiba, Sergipe, Alagoas, Ceara – rozwinął się z prędkością 12 proc. Pernambuco zbiera wszystkie laurki, bo stolica tego stanu – 1,5-milionowe Recife – jest zarazem najważniejszym miastem w całym regionie. Niewielu dziennikarzy wybiera się poza Recife, stąd pojęcie cudu Pernambuco.

Zapytam inaczej, skąd wzrost, o którym Europa może tylko pomarzyć?

Północno-wschodnie stany prezentują się lepiej tylko dlatego, że tło, od którego musiały się odbić, było naprawdę fatalne. Tutejsza gospodarka zawsze była oparta na eksporcie, ale nikt nie dbał o rozwój wewnętrznego popytu i bogacenia się lokalnej społeczności. Niewolnictwo stanowiło podstawę całej produkcji. Przez stulecia wykształcił się specyficzny model oparty na gigantycznych przepaściach społecznych. W ciągu ostatniej dekady swoją słabość region obrócił w siłę. Trzcina cukrowa to dziś główny surowiec dla produkcji biopaliw. Jej wydajność jest ośmiokrotnie większa niż w przypadku amerykańskiej kukurydzy. Ponadto płace są wciąż o wiele niższe niż w najbardziej rozwiniętych regionach kraju. Nie brakuje też wykwalifikowanej siły roboczej. Dlatego przemysł chętnie się tu osiedla.

Jak biznes reagował na socjalną politykę prezydenta da Silvy?

Wraz z przyjściem do władzy w 2003 r. da Silvy w kraju zapanował specyficzny system gospodarczy. Można go nazwać aktywną społecznie gospodarką rynkową. Lula uznał, że główną barierą w rozwoju kraju jest rozwarstwienie społeczne. W fawelach mieszkała jedna czwarta społeczeństwa. Uruchomił więc system masowej pomocy społecznej.

Jak do tego się ma ultraliberalna polityka podatkowa wobec firm? W Pernambuco i ościennych stanach przedsiębiorca zapłaci o 75 proc. mniejszy CIT niż w innych regionach Brazylii.

Pierwotny impuls dały społeczne dotacje. Z dnia na dzień 60 mln ludzi dotąd odciętych od systemu, bez pracy i dokumentów dostało własne pieniądze, które mogli wykorzystać na zakupy żywności i innych dóbr podstawowych. Pojawił się popyt wewnętrzny, a co za tym idzie zaczęła się rozwijać lokalna przedsiębiorczość. Silny popyt wewnętrzny generuje dziś ok. 60 proc. PKB.

Połączenie ultraliberalizmu i socjalu dało boom indywidualnej przedsiębiorczości?

Brazylijczycy są tak kreatywni, że mają swoje lokalne waluty. Zamiast walczyć z tym zjawiskiem, zaproponowaliśmy, by każda gmina mogła otworzyć własny bank potrzebny do druku pieniądza. Lokalne waluty nie zagrażają realowi, bo są z nim powiązane (kurs jeden do jednego). Nie ma też inflacji, bo wraz ze wzrostem masy pieniężnej rośnie też produkcja. W kraju funkcjonuje dziś kilkadziesiąt takich walut. Niektóre mam w portfelu. Np. kapibary (od nazwy lokalnego zwierzęcia). Istnieje specjalny bank Kapibar, gdzie drukowane są banknoty. Mają numer wodny, znaki wodne czy hologram.

Rząd nie boi się przekroczyć tej niebezpiecznej granicy, po której państwowa pomoc zacznie zniechęcać Brazylijczyków do jakiejkolwiek aktywności?

Do tego bardzo daleko. Subsydia dla biednych w Brazylii stanowią 15 proc. wszystkich wydatków budżetowych. To nie jest wiele, biorąc pod uwagę to, jakie korzyści ma gospodarka. Stanęliśmy po stronie biednych i temu zawdzięczamy cud gospodarczy w Brazylii.