Również na poziomie kultury nieco mniej ludowej narracja, że konflikt zbrojny przynosi ludziom strach, cierpienie i śmierć, jest w odwrocie. napisał prof. Piotr Niwiński w recenzji wystawy prezentowanej w Muzeum II Wojny Światowej.
Coraz lepiej staje się widoczne, że grono osób, którym zabijanie się nie wydaje się przerażającym zdarzeniem, sukcesywnie u nas rośnie. Szukają oni coraz to innych argumentów, by – parafrazując piosenkę Monty Pythona – „Zawsze patrzeć na jaśniejszą stronę śmierci”. Najlepiej ze sporą porcją bólu w tle. Ponieważ uczy ona bohaterstwa, a konającego uszlachetnia.
Co ciekawe, nie tylko Polacy stają się bardziej wojowniczy po dłuższych okresach spokoju. Łaknienie przemocy rośnie wszędzie tam, gdzie odchodzą ostatnie pokolenia, które na własnej skórze doświadczyły działań zbrojnych. Jakby ludzie żyjący w pokojowych czasach mieli wojnę po prostu we krwi.
Wojna zastępcza
– opisywał Tytus Liwiusz poczynania Antiocha IV Epifanesa. Władca starożytnej Syrii, który po roku 188 przed naszą erą przebywał w Rzymie jako zakładnik przez dziesięć lat, wiele się od wrogów nauczył. Nim odzyskał wolność i zdobył tron, mógł z bliska obserwować polityczną użyteczność igrzysk.
W tym czasie na terenie Wiecznego Miasta walki gladiatorów urządzano już od ok. 100 lat. Początkowo były prywatnym obrzędem religijnym organizowanym przez krewnych zmarłego dla uczczenia jego śmierci. Ale gdy republika rzymska rozszerzała granice, walki gladiatorów stały się dobrym sposobem na układanie relacji z podbitymi lub sprzymierzonymi ludami. „Tu wszelki występ walczących był dobrowolny i bezinteresowny. Bo jednych przysłali naczelnicy plemion dla popisu i pokazu wrodzonej danemu plemieniu dzielności, inni sami zgłosili się do walki dla przypodobania się wodzowi, jeszcze inni do wyzwania rywali” – pisze Tytus Liwiusz w „Dziejach Rzymu od założenia Miasta”.