PiS wygrał wybory samorządowe, ale zza urzędowego zadowolenia wyziera pytanie, czy skala tego zwycięstwa jest zadowalająca. Dostał w głosowaniu do sejmików mniej głosów niż w wyborach parlamentarnych trzy lata temu (przy wyższej frekwencji), no i przegrał z kretesem w większych miastach, nie tylko w metropoliach.

Reklama

Czy TVP przegrzała?

W pierwszych przymiarkach do szukania winnego pojawił się też problem telewizji publicznej. Czy jej rozpalona do białości propaganda tym razem nie zaszkodziła, zamiast pomóc? Problem postawił już w wieczór wyborczy prof. Kazimierz Kik, naukowiec wywodzący się z lewicy, ale kibicujący dobrej zmianie. W TVP Info pytał, czy to przypadkiem ta firma nie uśpiła czujności zwolenników Patryka Jakiego w Warszawie, ogłaszając przedwcześnie jego sukces, zarazem mobilizując elektorat przeciwny tej kandydaturze.
Sugestie, że propaganda mediów publicznych, zwłaszcza TVP, okazała się przeciwskuteczna, pojawiły się też w wypowiedziach postaci bardziej miarodajnych dla obozu. Choćby prof. Waldemara Parucha, socjologa biorącego udział w pracach sztabu kampanii PiS. Po cichu podobne zarzuty stawia wielu polityków Zjednoczonej Prawicy.
Podobno sam prezes Jarosław Kaczyński zadał parę razy pytanie, czy TVP pomagała, czy szkodziła. Natychmiast pojawiły się plotki o przymiarkach do odwołania Jacka Kurskiego. Wymienia się nawet nazwisko ewentualnego następcy, obecnego prezesa Orlenu Daniela Obajtka. Dzieje się to w momencie szczególnym – przy neutralnym Polsacie wrażenie medialnego osaczenia pisowskiej władzy staje się coraz bardziej produktem wyobraźni.
Tak naprawdę żadna decyzja co do TVP nie zapadła i wydaje się, że Kaczyński swoim zwyczajem bawi się sytuacją. Mógłby z łatwością odwołać Kurskiego rękami Rady Mediów Narodowych, ale sam telewizji nie ogląda i jego ocena skuteczności bądź nieskuteczności tego medium wynika z ogólnej oceny skutków kampanii. Jeśli uzna, że te wybory to jednak bardziej sukces niż porażka (jak głosi oficjalnie), gotów jest zostawić całkowicie zależnego od siebie, zgadującego jego myśli polityka w fotelu na Woronicza. Rzecz przecież nie w osobie Kurskiego. Przy swojej inteligencji mógłby on robić każdą telewizję, także bardziej zniuansowaną. Chodzi raczej o polityczne pytanie o metodę korzystania z narzędzia, jakim są publiczne media. A tu nawyki plus strach przed utratą kontroli wciąż przeważają nad myślą o bardziej subtelnej grze z widzem mniej zaangażowanym po jednej ze stron.