Magdalena Rigamonti: Kiedy dokładnie zaczęła pani protestować?

Iwona Wyszogrodzka: Wiosną 2016 r. Ewa Borguńska...

To ta sama pani, która również protestowała w sobotę przed TVP, kiedy ze stacji wychodziła Magdalena Ogórek.

Tak. Byłyśmy tam obie. Ale wtedy, wiosną 2016 r., Ewa mówiła o tym, że wiele problemów kobiet we współczesnym świecie związanych jest z tym, że odbiera się im godność, i że trzeba coś z tym zrobić. Na początku tego nie rozumiałam. Nie widziałam prawdziwej skali fizycznej i instytucjonalnej przemocy. Marsz Godności odbył się w czerwcu 2016 r. A ja poznałam kilkanaście organizacji kobiecych walczących o prawa Polek. Rok później szłam Krakowskim Przedmieściem. Przechodziłam obok trójki ludzi, dwie kobiety i mężczyzna. Facet darł się na jedną z nich, że jest głupią k... i że jej wyje..., a druga go uspokajała, jakby było oczywiste, że całą tę złość musi wziąć na siebie. Potem dalej w ogródku kawiarnianym para, mężczyzna coś macha przed twarzą kobiety, coś do niej syczy, ta odwraca wzrok, przygina się i udaje, że są cały czas na miłej kawie, że jest wszystko w porządku, słońce, Krakowskie Przedmieście. A grupa mężczyzn z zakładu karnego rozkładała barierki na miesięcznicę smoleńską i usłyszałam, że mnie chętnie wyr…ą. I wie pani, wtedy zaczęłam jeszcze raz myśleć o godności. Kiedyś to słowo było dla mnie dość egzotyczne. Śmieszne nawet. Myślałam: przecież wszystko ode mnie zależy.

I dlatego za rządów PO-PSL nie walczyła pani, nie demonstrowała.

Chyba miałam cywilną odwagę, ale poza tym byłam zwyczajnym lemingiem. Mówię to, bo takich ludzi, którzy nie interesują się polityką, jest w Polsce większość. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się dzieje. Wtedy wydawało mi się, że wszystko się super rozwija, że każdy może brać swój los we własne ręce. Cały czas miałam przekonanie o własnym sprawstwie. Wychowywałam dziecko, pracowałam do nocy. A kiedy świat mi się nie słał u stóp, to byłam pewna, że to moja wina, bo się niewystarczająco staram. Przez lata byłam przekonana, że zrzucanie czegoś na system to pozbawianie siebie odpowiedzialności za własne życie.

Dopiero po zmianie władzy to pani zrozumiała?

Więcej, dopiero jakiś rok temu. Pod wpływem rozmów z młodymi ludźmi na temat sprawiedliwości społecznej.

Jakaś komunizująca młodzież?

Socjalizująca raczej. Jest jej coraz więcej. To są ludzie, którzy wierzą w opiekę socjalną, w pomoc ludziom, którzy sami sobie nie dają rady.

PiS też w to wierzy i nie dość, że wierzy, to jeszcze robi.

I dzieli Polaków na lepszych i gorszych. Ile razy ja to słyszałam na miesięcznicach smoleńskich.

Wtedy już była pani w bojówkach opozycji.

Naprawdę tak chce pani ze mną rozmawiać?