Robert Mazurek: Należy dokonać ekshumacji w Jedwabnem?

prof. Andrzej Chojnowski (historyk): Nie.

Nie interesuje pana prawda?

Zastanówmy się – czy skórka jest warta wyprawki, czy warto prowokować międzynarodowy konflikt polityczny? Ja uważam, że nie.

Dlaczego by pan odpuścił?

A co miałaby wykazać ekshumacja? Ci, którzy do niej wzywają, byliby potwornie rozczarowani jej wynikiem, bo z pewnością nie rozwiałaby wątpliwości. Wiara, że ekshumacja przekreśli dotychczasowe ustalenia, że okaże się, że to nie Polacy zamordowali Żydów, jest wiarą w mrzonki.

Wiemy, kto mordował?

To wiemy. Tajemnicą są okoliczności i motywacje tych ludzi, emocje, które nimi kierowały, ale jak miałaby je pokazać ekshumacja?

To akurat prawda, kości nie powiedzą o emocjach.

Moglibyśmy na pewno poznać liczbę ofiar, być może dowiedzielibyśmy się, że niewielka część z nich była rozstrzelana, ale to nie zmieniłoby obrazu sytuacji.

Bo co to zmieni, jeśli okaże się, że zginęło nie 340 osób, a 370 albo 270, z czego 15 zastrzelili Niemcy?

Właśnie. Przypuśćmy, że podobny byłby wynik ekshumacji. Co by on wniósł? A koszty społeczne, międzynarodowe byłyby ogromne.

Mówi pan jak polityk.

A to źle?

Historyk powinien zawsze dążyć do poznania prawdy.

Biorąc przy tym pod uwagę skutki własnego działania, jak każdy. Jestem np. zwolennikiem otwarcia archiwów, ale to nie znaczy, że wywalałbym wszystko na wierzch, natychmiast, bez zastanowienia się, nie bacząc na żadne koszty.

Ekshumację w Jedwabnem przerwano w 2001 r. z powodów politycznych.

Politycznych, religijnych, społecznych – z powodów wyższego rzędu. Zdecydowali o tym politycy i dziś, jeśli chcielibyśmy dokonać ekshumacji, to też nie do historyków należałby w tej sprawie decydujący głos. Ale gdyby mnie pytano o zdanie, to powiedziałbym, że trzeba zwracać uwagę na konsekwencje tych czynów i ważyć racje.

Jak będziemy ważyć racje, to dojdziemy do wniosku, że nie warto maluczkim mówić wszystkiego, bo się pogubią. Ot, po co informować, że Lech Wałęsa kiedyś coś podpisał? Było, minęło.

Ale nikt tak nie postępuje, nie ma takiego zagrożenia.

Jeśli historyk ma brać pod uwagę konsekwencje tego, co robi…

To nie znaczy, że ma ulegać autocenzurze. Każdy z badaczy musi być sam sobie sternikiem i według własnego sumienia odpowiadać na swoje wątpliwości.

I któryś odpowie, że nie warto pisać.

Pańska obawa jest przesadzona. Historycy, jeśli tylko czegoś się dowiadują, to zwykle o tym piszą, tyle że świat o tym nie słyszy, bo nikogo to nie obchodzi.