Pewności, co nas czeka, nadal nie mamy – szybko przyjęte przepisy okazały się pełne dziur, konieczna była nowelizacja. Nie wiadomo też, jak może wyglądać sytuacja w 2020 r. i latach kolejnych. Nie wiedzą tego konsumenci, nie wiedzą firmy wytwarzające i kupujące energię. Pewności nie mają też instytucje państwowe i samorząd, również NBP nie jest w stanie jasno powiedzieć, jak będzie wyglądał mechanizm kształtowania cen energii. Na branżowych spotkaniach przedstawiciele rządu lawirują i nie potrafią określić, jaki jest inwestycyjny scenariusz. Sytuację komplikują odmienne oficjalne założenia strategiczne – jedno bardziej ekologiczne, przygotowane najwyraźniej na potrzeby unijne, drugie trochę bardziej węglowe – użyteczne w kraju. W tle trwa jeszcze gorączkowe poszukiwanie wśród państwowych firm takich, które sfinansują i wybudują elektrownię jądrową.

Na dodatek przyjmujemy ten bałagan jako coś codziennego. Cytując Stefana Kisielewskiego: najgorsze jest nie to, że jesteśmy w d…, lecz to, że zaczęliśmy się w niej urządzać. Historia energetyczna dowodzi, że zaczęliśmy akceptować nienormalną sytuację: instytucje państwowe są, ale istnieją na niby.

Mamy Sejm na niby, w którym posłowie udają, że zgłaszają swoje projekty, choć wszyscy wiemy, iż powstały one w ministerstwach. Mamy proces ustawodawczy z udawanymi konsultacjami społecznymi, które trwają parę godzin, z parlamentarzystami, którzy mają pół minuty na pytanie i parę godzin na lekturę projektu ustawy. Wszystko po to, żeby uniknąć niewygodnych pytań, debat i ocen. Mamy Sejm, w którym posłowie zamiast poważnie analizować regulacje decydujące o miliardach, ślepo wykonują partyjne polecenia. A zarabiają przy tym mniej od menedżera średniego szczebla w warszawskiej korporacji.