Na razie to odległa przyszłość, a w teraźniejszości musimy przejść przez kolejne fazy wyborczego teatru politycznego, przypominającego ostatnio połączenie radosnej kreskówki z ponurym dramatem. Miłośnicy przygód przebiegłego Gala Asteriksa, mocarnego Obeliksa i uroczego psiaka Idefiksa (nota bene w języku francuski "idee fixe" oznacza "natrętnie wracającą myśl") mogą mieć kłopot z odpędzeniem skojarzeń, gdy patrzą na obóz opozycji. Początek tego tygodnia, którzy upłynął pod znakiem układania list wyborczych, jako żywo przypominał stale powtarzany przez René Goscinny’ego motyw hordy Galów (w Polsce stronnictwa opozycyjne) idącej do ataku na rzymskie legiony (w Polsce Zjednoczona Prawica z prezesem w roli Cezara). Cechą charakterystyczną dla Galów jest to, że przeciwnik stanowi dla nich marginalny problem. Całą swoją energię poświęcają na awantury, wzajemne okładanie się pięściami i obrażanie. Do czego nawet nie muszą mieć ważkiego powodu w postaci kolejność miejsc na listach wyborczych. Po starciu ze zdyscyplinowanymi legionistami powinna więc zostać z Galów mokra plama. Jednak zawsze mogą liczyć na sprytnego Asteriksa, który nosi przy sobie bukłaczek z magicznym napojem, dającym nadludzką moc. Dzięki niemu wygrywają z góry przegrane bitwy.

Na przekór scenariuszowi francuskiej kreskówki w Polsce rolę Asteriksa postanowił wziąć na siebie, podający się za wiernego sługę Cezara, Zbigniew Ziobro. Trzeba przyznać ministrowi sprawiedliwości, że przez ostatnie cztery lata z podziwu godną konsekwencją prokurował kolejne skandale i wpadki, podkopujące zaufanie do PiS skuteczniej od całej opozycji. Gdy ta goni resztkami sił, łaknęła magicznego napoju, zawsze może na niego liczyć.

W połowie tygodnia, za sprawą podwładnych ministra Ziobry (oczywiście działali w ścisłej tajemnicy przed szefem), nasza radosna kreskówka płynnie przeszła we włoski „Trąd w pałacu sprawiedliwości”. Stary film z lat 70., oparty na sztuce Ugo Bettiego, opowiadał Włochom w metaforyczny sposób o tym, jak bardzo przeżarty korupcją, spiskami i politycznymi układami jest ich wymiar sprawiedliwości. Tytułowy „trąd” zdegenerowanej sprawiedliwości zarażał każdego, kto z nim się zetknął, niszcząc powolutku społeczeństwo i struktury państwa. Bo gdy taka epidemia przybiera na sile ludzie tracą zaufanie do kluczowych instytucji i wiarę, że sprawiedliwość jest możliwa. Pozostaje tylko kruche, pozbawione najważniejszych spoiw państwo. Może ono istnieć w spokojnych czasach, lecz kiedy mocniej zawieje wiatr historii, wali się wszystkim na głowy.

Jak na dziś najważniejszym z efektów naprawy państwa, uskutecznianej przez Ministerstwo Sprawiedliwości, stała się dyskredytacja sędziów. Nie było to trudne. Do 2015 r. ich środowisko cieszyło się statusem nietykalnej kasty, święcie przekonanej o swej wyższości na cała resztą obywateli. Ministrowi Ziobrze udało się nie tylko nagłośnić jej nadużycia i brak zdolności do samooczyszczenia ale też wyłuskać grupę sędziów, gotowych skoczyć do gardła najbardziej wpływowym kolegom po fachu. Wojna podjazdowa, jaką toczyli w internecie nie miała jednak niczego wspólnego z naprawą systemu, lecz była jedynie walką o to, kto będzie teraz rządził „pałacem sprawiedliwości”. Końcowym rezultatem jest jeszcze głębsza kompromitacja jednej z najistotniejszych dla państwa profesji. Bawiący się w hejterkę za pośrednictwem mediów społecznościowych sędziowie okazali się nie tylko osobami pozbawionymi hamulców moralnych ale - najdelikatniej mówiąc - nieudolnymi amatorami, których okręciła sobie wokół palca niespecjalnie zrównoważona blondynka. Trudno o bardziej żałosny wizerunek. Po czym wywaleni z ministerstwa mają wrócić do orzekania w sądach. Tak podnosząc ich autorytet w oczach społeczeństwa.

Z bajzlem, coraz skuteczniej paraliżującym wymiar sprawiedliwości, da się na co dzień żyć. Jeśli jednak kiedyś Polakom zamarzy się sprawne, przyjazne dla obywateli państwo, będzie wymagał on posprzątania. A od sprzątania jest prokuratura. Tyle tylko, że po połączeniu funkcji ministra sprawiedliwości z urzędem prokuratora generalnego Zbigniew Ziobro zadbał, by prokuratorzy nabrali wstrętu do zajmowania się sprawami związanymi z partią rządzącą. Mieszkający sobie spokojnie w Szczecinie prokurator już wie, że jeśli zbyt mocno tknie kogoś z obozu władzy, to może mu się przytrafić oddelegowanie do Przemyśla, by tam zajął się tropieniem miejscowych złodziei rowerów. To byłoby całkiem relaksującą odmianą, gdyby nie konieczność dojazdów z pracy do domu. Ministerialna tresura dała szybkie efekty. Stała się też jasnym komunikatem, że gdy sprawa dotyczy polityki oraz rządzących, to na rzetelne śledztwo nie ma co liczyć. Tymczasem nic tak nie rozzuchwala polityków oraz ludzi z nimi powiązanych, jak poczucie bezkarności. Wówczas do mafijnego państwa, w starym, włoskim stylu jest już tylko krok.

Wybuch afery z Emilią sprawił, że opozycja na chwilę przerwała okładanie się pięściami i zażądała powrotu do zlikwidowanego przez PiS rozdzielnia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Nie troszcząc się przy tym, że bezrefleksyjny powrót do przeszłości to zaoferowanie wyborcom zwalczania dżumy cholerą. Reforma przeprowadzona w 2009 r. jest bowiem wzorcowy przykładem, jak politycy chcieliby zjeść ciastko (dać niezależność prokuraturze), nadal mieć ciastko (zachować nad nią kontrolę), a na koniec zadławić państwo.

Uprawnienia prokuratora generalnego ówczesna koalicja PO-PSL skroiła tak, by nic nie mógł. Przede wszystkim przecięto zależność służbową miedzy prokuratorami a ich nominalnym zwierzchnikiem. W praktyce pierwszy i dotąd ostatni w III RP niezależny prokurator generalny Andrzej Seremet nie mógł szeregowemu prokuratorowi niczego nakazać, wyegzekwować, ani nawet ukarać za niedopełnienie obowiązków. Do tego jeszcze minister sprawiedliwości układał mu budżet prokuratury i regulaminy wewnętrzne, bo takie miał prawo. Seremet bardzo szybko, zamiast zajmować się pracą, skupił na wojnie podjazdowej z poszczególnymi ministrami (z tym od sprawiedliwości na czele), bawiąc w bezproduktywne gierki polityczne. W odpowiedzi premier Tusk grillował go, odrzucając roczne sprawozdania, co mogło być podstawą do wszczęcia w parlamencie procedury odwołania ze stanowiska.

Kolejne sprawozdania Andrzeja Seremeta odrzucano ale procedury nie wszczynano. W tym czasie w prokuraturze zapanowało rosnące bezhołowie. Każdy robił co chciał, a przeważnie nic nie robił. Poza związkami zawodowymi, wszczynającymi protesty, ponieważ uważały, że pojedynczy prokuratorzy powinni mieć zagwarantowaną niezawisłość taką samą jak sędziowie. To dawałoby im możność jeszcze mniej przejmowania się czymkolwiek. W środku tego bardaku wybory wygrał PiS i wprowadził drugą skrajność. Ciekawe, że końcowy efekt obu skrajności jest zaskakująco podobny.

Niezależnie, czy mamy radosną kreskówkę, czy ponury dramat, państwo jak było z dykty tak jest. Jeśli więc kiedyś miałoby zmienić się coś na lepsze, należałoby rozdzielić urzędy ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, ale trzymając się trzech zasad. Prokurator generalny musi otrzymać faktyczną niezależność od rządu i Sejmu. Dopiero wówczas możliwe okaże się uczciwe prowadzenie śledztw przez jego podwładnych w sprawach związanych ze światem polityki. Nie wolno mu odbierać zwierzchności służbowej nad wszystkimi prokuratorami. Jej utrata sprawia, iż każda zhierarchizowana instytucja szybko przestaje pracować. Zwłaszcza, gdy stałym elementem pracy jest kontakt z rzeczami przykrymi i niebezpiecznymi. Nad prokuratorem generalny musi też istnieć niezależny organ nadzorczy, interweniujący jeśli najdzie go chęć bawienia się w polityczne gierki lub źle wykonuje swoje obowiązki. Bez wprowadzenia takiego rozwiązania „sprzątanie” w państwie nadal będzie zależne od dobrej woli ministra sprawiedliwości. Tymczasem obecny sprawia wrażenie, że zmaga się z idee fixe, oscylującą między chęcią wykończenia wszystkich sędziów, a zafundowaniem tego samego Cezarowi wraz ze wszystkimi legionistami.