W Lublanie polscy piłkarze epatowali bezradnym cierpieniem, a Słoweńcy nawalali na polską bramkę. Swych przeciwników zdominowali na boisku za sprawą taktyki, na którą podopieczni Jerzego Brzęczka nie potrafili znaleźć recepty. Nic nie wiadomo o tym, żeby trener Matjaž Kek bywał na Nowogrodzkiej. Nikt też nie przyłapał prezesa PiS w szatni słoweńskiej reprezentacji. A jednak są podstawy do podejrzeń o konszachty, bo obaj panowie narzucają swoim drużynom podobny styl gry.

Idąc do wyborów w 2015 r. Prawo i Sprawiedliwość zaskoczyło ówczesny obóz władzy serią prostych, łatwych do zapamiętania oraz budzących żywe emocje obietnic. Czego sztandarowym symbolem stał się program "500 plus". Wobec takiego ataku ówcześni przywódcy Platformy byli bezradni niczym polscy piłkarze wobec szybkich kontr Słoweńców.

W sumie nie powinno to dziwić. Przez poprzednie dwie dekady pokolenie polityków wywodzących się z Unii Wolności oraz Kongresu Liberalno Demokratycznego przyzwyczaiło siebie i wszystkich innych do obiecywania wyborcom czego … nie zrobią. Deklarowali więc, że nie podniosą podatków, nie rozbudują biurokracji, nie ograniczą swobód obywatelskich, itp. Wszyscy myśleli, że tak trzeba, bo to jest taktyka gwarantująca zwycięstwo.

Nawet jeśli potem o tym, że czegoś ma się nie robić (np. nie podniesie stawek VAT) na moment zapominano. Zwykle wyborcy o zapomnieniach rządzących szybko zapominali. No może poza upartym pamiętaniem, że oni zapomnieli nie podnosić wieku emerytalnego. Jak ciężko się gra, gdy przeciwnik nie chce dostosować się ido starego schematu, widać było w Lublanie. Niestety już Kazimierz Górski zauważył: "albo my wygramy, albo oni". W 2015 wygrał PiS i niedługo potem zaskoczył po raz kolejny chyba niemal wszystkich.

Od początku istnienia III RP rzeczą standardową było to, że obietnice wyborcze są po to, żeby obiecywać. Ich realizowania nie oczekiwał nikt, a zwłaszcza wyborcy. To, że Kaczyński zmusił partyjny aparat, by ten zmusił aparat państwa do wcielenia w życie głównych obietnic, było nawet nie jak gol Aljaza Struna w 34 minucie. To był prawdziwy przewrót. Narzucał bowiem drugiej stronie konieczność gry w stylu przeciwnika. Na dziś wygląda to tak, jakby Kamil Grosicki musiał stanąć na środku obrony. Facet całą karierę biegał do przodu po bokach boiska, a teraz musi grać do tyłu i środkiem. Już na pierwszy rzut oka ma się poczucie, że nie jest to stan naturalny dla jego organizmu i umysłu.

Partie Koalicji Obywatelskiej oraz PSL od wielu miesięcy usiłują zaoferować wyborcom całą masę fajnych obietnic. Wraz z rosnącą desperacją nie troszcząc się nawet o ich jakość, czy prawdopodobieństwo. Po czym przekonują się, że przytłaczająca większość obywateli tych deklaracji nawet nie zapamiętuje. No jeszcze przez mgłę ludzie coś sobie przypomną, że wiosną była mowa o jakimś: "pięcio- lub sześciopaku Schetyny". Nazwa fajna, bo kojarzy się z piwem i siłownią, ale żeby sobie przypomnieć choć jedną obietnicę…. Nawet morderczy wysiłek umysłowy w stylu desperacji Matusza Klicha, próbującego dognać, biegających jak zające Słoweńców może nie wystarczyć.

Z kolei obietnice lewicy są łatwe do zapamiętania, bo od lat takie same. Przez co stały się nudne jak atak pozycyjny w wykonaniu polskiej reprezentacji. Tak przy 22. wycofaniu piłki do bramkarza nawet najzagorzalszy kibic zasypia przed ekranem telewizora. Kiedy więc słyszy się, że edukacja oraz służba zdrowia będą znakomite i za darmo, a homoseksualiści i wszyscy inni wezmą śluby z kim im się żywnie podobało (albo i nie wezmą), to oczy same się zamykają, a głowa leci bezwładnie do przodu. Obcowanie z nudą bywa wyjątkowo męczące.

Nic dziwnego, że gdy prezes Kaczyński w stylu Houdiniego rzuca obietnicę hojnego podniesienia płacy minimalnej, natychmiast kupuje uwagę dosłownie wszystkich. Fakt, iż teraz ma z górki. Z racji wcielenia w życie poprzednich obietnic, te nowe wszyscy traktują śmiertelnie poważnie. Pracodawcy od razu mają palpitację serca, a w mediach wrze debata, co taka podwyżka może przynieść III RP. Jako, że do tej pory nikt podobnych eksperymentów w kapitalistycznym kraju nie przeprowadzał, przewidzenie konsekwencji jest trudne.

"Czasami się wygrywa, czasami się przegrywa, a czasami remisuje" – zwykł w takich chwilach mawiać filozoficznie Kazimierz Górski. Propaganda pisowska obiecuje Polakom, dzięki podwyżce płacy minimalnej, drugą Japonię (wysoka płaca plus automatyzacja). Opozycja straszy drugą Wenezuelą (bankructwo plus hiperinflacja). Niezależni komentatorzy przewidują obie opcje. Jednak wszystko to przyszłość, czyli coś czym nie warto się dziś przejmować. Ważnie, że piłka znów jest w posiadaniu PiS-u, prącego na bramkę przeciwnika. Skuteczne aplikowanie kolejnych dawek obietnic znakomicie pozwala osiągnąć ten cel. Zwłaszcza, gdy druga drużyna dała się zapędzić do rogu, bo przez cały rok nie wymyśliła ani jednej fajnej obietnicy.

Podjęcie licytacji w stylu wy "500 plus", to my "600 plus", wy trzynastka dla emerytów, my trzynastka i czternastka, już nie ma sensu. Wyborca ani się tym nie będzie ekscytował, ani nawet nie uwierzy. Zwłaszcza, że w tym meczu dobrze się sprzedają jedynie naprawdę cwane obietnice. Podwyżka płacy minimalnej jest tego najlepszym przykładem. Rzecz administracyjnie do zrobienia banalnie prosta. Podniesienie minimalnego wynagrodzenia ogłasza Rada Ministrów swym rozporządzeniem. Tym, co potem z tego wynika, martwią się już ci, którzy wypłacają pensje oraz nieszczęśnik na stanowisku ministra finansów zmuszony szukać środków dla pracowników budżetówki. Natomiast 1,5 mln wyborców, otrzymujących wynagrodzenie wedle danych GUS na poziomie pensji minimalnej, dostaje powód do wdzięczności wobec konkretnej partii. Gol!

Odpowiedzenie czymś równie cwanym wymaga wczucia się w taktykę przeciwnika. Pomóc w tym może prosty generator obietnic wyborczych. Trzymając się jego programu można tworzyć kolejne. Program składa się z kilku zapisów. Po pierwsze każda obietnica musi być dopieszczona. Czyli obcina się z niej wszystko co zbędne i ujmuje w góra trzech słowach. Powinna być jasna, żeby wszyscy zrozumieli o co chodzi. Należy za jej pomocą zabrać coś mniejszej grupie wyborców (najlepiej glosujących nie na nas), żeby dać większej liczbie obywateli. Powinna stwarzać wrażenie, że da się ją zrealizować. Wreszcie rzecz najważniejsza – należy zadbać, żeby całkowicie zaskoczyła przeciwnika.

Dzięki temu pozostaje się w posiadaniu piłki. "Im dłużej my przy piłce, tym krócej oni" – wbijał Kazimierz Górski piłkarzom do głów. Oczywiście taki generator po uruchomieniu musi trochę popracować na jałowym biegu. Prosty przykład działania testowego. Wpisujemy, że w Polsce MEN doliczył się 587 tys. czynnych zawodowo nauczycieli. W zaoferowanie podwyżek mogą nie uwierzyć. Wyskakuje program "Dyscyplinka dla belfra". Obietnica przywrócenia kar cielesnych w szkołach zaskakuje drugą stronę, w mediach wrze, a uczniowie nie mają jeszcze praw wyborczych. Gol!

Niestety wówczas druga strona może włączyć swój generator. Wpisuje do niego, że w służbie zdrowia pracuje ok. 361 tys. wyborców. Proponowany program "Wziątka plus". Pracownikom służby zdrowia obiecuje się immunitet na branie w łapę, pacjentom poprawę jakości usług. Obie strony są zadowolone. Kto nie płaci łapówek umiera - nie jest zadowolony, ale nie pójdzie do wyborów. Gol!

Po takim teście próbnym generator obietnic można rozbudowywać i udoskonalać. Zresztą szybko stanie się to koniecznością, ponieważ w tym wyścigu zbrojeń druga strona będzie robić dokładnie to samo. Potem wystarczy już tylko poczekać dwie, trzy kampanie wyborcze, aż stadion zwany Polską za sprawą kumulacji cwanych obietnic sam wyleci w powietrze.