W kijowskiej wyprawie Kwaśniewskiego bardziej kompromitujące od "paru kieliszków wina" było to, że "Olek" szedł na odsiecz formacji o sugestywnej nazwie K.U.Cz.M.A. - w której szeregach do władzy na Ukrainie usiłują wrócić ludzie najgorszej sowieckiej nomenklatury, skompromitowani i odsunięci przez "pomarańczową rewolucję". Okazało się, że Kwaśniewski nie zmienił się od czasów Charkowa. Nie zmienił się od czasu "magistra", o czym zresztą wiedzieliśmy już po jego wywiadzie dla niemieckiej wersji "Vanity Fair", a wcześniej po wzięciu przez niego pieniędzy od ukraińskiego oligarchy Pińczuka (też bliskiego organizacji K.U.Cz.M.A.).
Zatem w sobotę wieczorem Kwaśniewski był pośmiewiskiem zarówno TVP, jak i TVN. Ale już nie w niedzielę. W niedzielę stał się ponownie stroną najważniejszego sporu o Polskę. Stał się, bo tak zdecydował Jarosław Kaczyński. Podniósł Kwaśniewskiego z desek, otrzepał go z kurzu i uczynił swoim przeciwnikiem w najważniejszej wyborczej debacie. A wszystko po to, aby obejść i zmarginalizować Platformę. Drugą obok PiS postsolidarnościową partię, z którą Kaczyński toczy swój właściwy bój.
Jarosław Kaczyński staje się z dnia na dzień coraz bardziej skuteczny. Problem w tym, że na swojej drodze do pełni władzy zużywa wartości, którym jego zwycięstwo miało kiedyś
służyć. To obecny premier doprowadził do wirtuozerii zasadę polityki historycznej - mobilizował pokolenie stanu wojennego, powtarzając, że odda historyczną sprawiedliwość ludziom
upokorzonym w Grudniu '81, a postkomunistów raz na zawsze zepchnie na margines. W imię tak szczytnych celów każdego przeciwnika politycznego, obojętnie z jak bogatą opozycyjną biografią, był
gotów porównać do ZOMO. A triumf opozycji zrównać ze stanem wojennym.
Sam jednak zatrudniał największych peerelowskich oportunistów, więcej, zbudował z nich przyboczną gwardię. Kaczmarek jako młody człowiek robił w latach 80. karierę w PZPR i prokuraturze.
Po roku 2005 postanowił ją zrobić w PiS. Kryże był dyspozycyjny jako gierkowski sędzia i jest dyspozycyjny jako pisowski wiceminister. Za każdym razem premier się zaklina, że nic o
peerelowskich biografiach swoich ludzi nie wiedział, choć od dwóch lat ma wgląd we wszystkie życiorysy. Podnosząc z desek Kwaśniewskiego, załatwiając dodatkowe punkty dla LiD, nie ma takiej
wymówki.
Wielu ludzi wciąż mobilizuje ten absolutny polityczny pragmatyzm opakowany w najbardziej bolesne emocje przeszłości. Ale mnie już nie. Kaczyński gra skutecznie i ostro. Ale to jest gra, która z emocjami stanu wojennego nie ma nic wspólnego. Poza tym, że owymi emocjami chce manipulować. Zupełnie na zimno.