Aż dziw bierze, że swoje wspomnienia spisywał w połowie lat 30. ubiegłego stulecia. Dziś nie ma już Kas Chorych (choć przez moment do nich wrócono), a po II Rzeczpospolitej pozostały głównie wspomnienia. Jednak na polu zarządzania służbą zdrowia kwitnie kontynuowanie starych tradycji. Wywodzą się one ze staropolskiej zasady, że: "walka ważniejsza jest niż praca". Do niej dorzucono nowoczesne przekonanie pijarowców, że czynność mieszania herbaty jest tak ważną, iż jej słodzenie nie ma żadnego znaczenia, a nawet sensu. Efekt końcowy możemy obserwować już trzecią dekadę. Przypomina on połączenie niekończącego się ataku epilepsji z układaniem kostki Rubika.

Układanie polega na burzeniu starego porządku ilekroć zmienia się rządząca partia (bo tak idea walki każe) niezależnie, czy coś działa, czy nie. Jeśli akurat system służby zdrowia jest scentralizowany, to go decentralizujemy aż do osiągnięcia autonomicznych szpitali i Kas Chorych. Po czym kolejne partie rządzące przeprowadzając centralizację, aż mamy podporządkowany bezpośrednio ministrowi Narodowy Fundusz Zdrowia. Jako, że za obecnej kadencji, po wydzieleniu sieci szpitali mających zapewnione finansowanie NFZ, proces centralizacji zbliża się do apogeum, za jakiś czas należy spodziewać się ruchu w druga stronę. Tymczasem służba zdrowi, dotykana kolejnymi przekształceniami, czując się jak nieustannie mieszana herbata i może co najwyżej mieć drgawki oraz bezsilnie pienić. Jak donoszą media, szpitale są tak zadłużone, że często nie stać ich już na zakup leków, ani opłacanie rachunków. Chorym serwuje się tak kaloryczne posiłki, że gdyby nie donoszenie prowiantu przez krewnych, po tygodniu można byłoby ich pomylić z mieszkańcami Somalii. Personel jest tak przeciążony pracą, że podczas dyżuru umiera sobie z przemęczenia od czasu do czasu jakiś lekarz. O zgonach pacjentów, bo lekarz był przemęczony, lepiej nie wspominać. Czyli w sumie jest tak, jak zwykle.

Jedyne nowości z ostatnich lat, to oblężenie SOR-ów, będące ubocznym efektem centralizacji systemu oraz rosnący deficyt lekarzy specjalistów w szpitalach. To z kolei jest uboczny efekt oblężenia SOR-ów. Skoro bowiem praca w jakiejś klinice przypomina niekończącą się bitwę pod Grunwaldem, to specjaliści wolą ewakuować się do spokojniejszych miejsc. Na prywatnej praktyce pacjenci są mniej awanturujący się, a czasu wolnego jest więcej. Ma to też związek ze starzeniem się. Dziś średni wiek lekarza specjalisty w Polsce to 54 lata (a neuropatologów nawet 60 lat). Gdy sześćdziesiątka już na karku trudniej znosi się dwudziestoczterogodzinny dyżur lub tego wielokrotność. Traci się też ochotę toczyć walkę z interesantami, czekającymi trzeci dzień na SOR-rze, by dostać na jakiś szpitalny oddział. Tym bardziej, że jeśli potrafią przetrwać w tak ekstremalnych warunkach i nie skonać, to należy podejrzewać, iż jedynie symulują choroby. Wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki ma więc sporo racji, kiedy określa polską służbę zdrowia mianem "uchodzącej za jedną z najlepszych w Europie". W końcu od dawna nie powinna funkcjonować - a działa. Zawsze też potrafi udowodnić osobom przekonanym, że już gorzej być nie może, jak bardzo się mylą.

Jednak najbardziej mylą się politycy i dziennikarze przekonani o tym, że szpitalne dramaty mogą zmienić preferencje wyborcze obywateli. Gdyby tak było, to już dawno kolejne rządy stawałyby na głowie, żeby znaleźć dodatkowe środki, które można by dosypać do budżetu NFZ. Jako, że wynosi on prawie 100 mld zł, a mimo to wszystko wygląda, jak wygląda, planowane dorzucanie marnych pięciu lub sześciu miliardów w przyszłym roku, to kropla w morzu potrzeb. Przy rozwoju nowoczesnej medycyny te zawsze są ogromne. Hiszpania, nie wiele bogatsza i ludniejsza od Polski, wydaje rocznie na swoją służbę zdrowia 100 mld euro, czyli jakieś cztery razy więcej.

Polacy - szczęściem dla rządzących - są do niekończącego się dramatu systemu opieki zdrowotnej po prostu przyzwyczajeni. Nigdy bowiem nie zaznali błogiego stanu stabilizacji oraz tego, by kiedykolwiek było z nim dobrze. Dlatego od dziecka są wprawiani przez rodziców i dziadków w sztuce radzenia sobie z tym momentem, kiedy ktoś z rodziny ląduje w szpitalu. Uczą się cwanych sztuczek, jak załatwić szybko miejsce na oddziale i skrócić czas czekania na zabieg, szlifują sztukę zdobywania jak najtaniej lekarstw, doskonalą umiejętność zaskarbiania przychylności lekarzy. Do tego jeszcze dochodzi nauka systematyczności za sprawą codziennych kursów z dostawą żywności dla chorego. Polski model opieki zdrowotnej nie sprawdza się jedynie wówczas, gdy chory nie ma nikogo bliskiego. Wówczas taka osoba faktycznie może już tylko liczyć na miłosierdzie personelu szpitalnego, a z tym bywa różnie.

Dzięki przystosowaniu się społeczeństwa do służby zdrowia nieustannie mieszanej przez polityków i permanentnie niedofinansowanej, jakoś ona działała i będzie działać. Jedynym czynnikiem, mogącym zburzyć ten stan równowagi, jest zniknięcie tych, którzy leczą. I znów rozdźwięk między faktami medialnymi a rzeczywistością, jest spory. Wedle danych gromadzonych przez Naczelną Izbę Lekarską obecnie w Polsce mamy 137 tys. lekarzy czynnych zawodowo. Co więcej w ostatnich latach sporo ich przybyło (w roku 2011 było 121 tys.) Problemem jest więc nie brak, lecz ucieczka z publicznego systemu służby zdrowia, bo funkcjonujący w nim medycy czują się coraz bardziej, jak Krzyżacy na polach Grunwaldu. Do tego jeszcze tym najmłodszym fatalnie się płaci. Oczywiście najwłaściwszym rozwiązaniem problemu byłoby takie przeorganizowanie systemu i jego dofinansowanie, żeby praca w szpitalach przestała być dla personelu medycznego gehenną. Jednak znając polskie realia trudno oczekiwać aż takiego cudu. Już prędzej doczekamy się przywrócenia do życia zawodu felczera.

Jako, że w II RP dramatycznie brakowało lekarzy, na mocy ustawy z 1 lipca 1921  r. prawo do świadczenia usług medycznych w określonym zakresie otrzymywali absolwenci szkół felczerskich. Po trzech latach nauki i zdaniu egzaminów państwowych młodzi ludzie mieli prawo udzielania pomocy chorym. Przy czym w kolejnych rozporządzeniach określono, kiedy wolno im było interweniować. Po kilku latach niepodległości felczerzy zajmowali się już w zasadzie wszystkim - od diagnozowania chorób i wypisywania recept, po małą chirurgię. Prawo stanowczo zabraniało im jedynie leczenia chorób wenerycznych i przeprowadzanie skomplikowania zabiegów: "krwawych" oraz "wszelkich zabiegów na narządach płciowych kobiet ciężarnych". Kształcenie felczerów wychodziło bardzo tanio, bo każdy z nich swe umiejętności medyczne szlifował w boju na pacjentach. Stąd zresztą wzięła się polska nazwa profesji, zapożyczona z niemieckiej armii, w której rannymi żołnierzami po bitwie zajmował się "Feldscher" czyli – chirurg polowy. Dokształcanie felczera odbywało się więc kosztem zdrowia i życia chorych. To zaś w żaden sposób nie dociążało budżetu państwa. Kiedy więc w Polsce średni wiek lekarzy specjalistów zacznie oscylować w okolicach siedemdziesiątki i w końcu podążą oni w ślady swych wielu pacjentów, to i na tę bolączkę służby zdrowia znajdzie się tania recepta. Trzeba będzie się tylko do niej przyzwyczaić.