Magdalena Rigamonti: Pan jest Żydem?

Marcin Meller: Biorąc pod uwagę żydowskie kryteria, to nie jestem – mama była Polką, katoliczką, z rodziny spod Lwowa.

Pana ojciec Stefan Meller był Żydem.

Wychowywałem się w inteligenckim, laickim, warszawskim domu, w którym do pewnego momentu nie było w ogóle tematu żydowskiego.

Wiedział pan?

Nie, zorientowałem się chyba w piątej klasie podstawówki. Niedaleko szkoły był sklep, no i się mówiło, że się chodzi do Mośka. Musiałem coś o tym Mośku w domu gadać, do tego jakieś antysemickie dowcipy przyniesione z podwórka, bo tata wziął mnie na stronę – powiedział, że tak technicznie rzecz biorąc, to też jesteśmy Żydami. Wielki szok, bo w tej mojej przestrzeni szkolno-podwórkowej Żydzi to było wszystko, co najgorsze.

Z mojego podwórka w małym mieście nie pamiętam żadnych antysemickich tekstów.

A ja tak, może dlatego, że to była jednak Warszawa. Nie wiem. Kiedy dorastałem, to zacząłem zdawać sobie sprawę, że nasza rodzina żyje w cieniu Marca ’68. Właśnie w marcu ojciec wyleciał z pracy.

A pan się urodził.

Zmarła też mama mamy. A siostra ojca popełniła samobójstwo.

Wydarzenia marcowe miały na to wpływ?

Na pewno. Irenka była krucha psychicznie, delikatnej natury. Przedawkowała leki. Zabiła się pod koniec września. A trzy tygodnie później ja się urodziłem. Tata mówił, że ocaliłem rodzinę, bo po śmierci córki dziadkowie próbowali się otruć. Zastał ich, kiedy tracili przytomność. Upierali się potem, że był to fatalny zbieg okoliczności, ale ojciec wiedział, że było inaczej. A sąsiadka rodziców, poczciwa kobieta, sugerowała mamie, żeby się rozwiodła, dla mojego dobra, żebym nie miał tego żydowskiego obciążenia. W 1968 r. to moja katolicka mama chciała emigrować. Mówiła ojcu, że tego antysemickiego szamba nie zniesie. Ojciec nie chciał, mówił, że nie może dać tym ludziom satysfakcji. Oczywiście symbolicznej satysfakcji. To wszystko bardziej siedziało w jego głowie.

Wielu Żydów wtedy wyjechało.

I żeby była jasność – ja ich rozumiem. Sam nie wiem, co bym zrobił, gdybym był na ich miejscu. Kiedy w zeszłym roku pojawił się projekt ustawy o IPN rozmawiałem z ludźmi, którzy przeżyli Marzec ’68. Mówili o strachu, o potrójnym strachu: tym z czasów wojny, bo są dziećmi ocalałych z Holokaustu, tym dopalonym Marcem ’68 i tym, który czują teraz. Wiem, że ten strach można dziedziczyć, można go przenosić w genach z pokolenia na pokolenie.