W czasach historycznego zacisza, którego urokami Polacy mogą się cieszyć już trzydzieści lata, zupełnie zapomniano, jak to jest graniczyć bezpośrednio z Rosją. Na początku lat 90. ubiegłego stulecia, dzięki nieprawdopodobnie dobrej koniunkturze politycznej, spełnił się sen Józefa Piłsudskiego i Jerzego Giedroycia. Niepodległe: Litwa, Ukraina i Białoruś oddzieliły III RP szerokim buforem od Rosji. Po raz pierwszy od 500 lat, to już nie Polacy muszą się zmagać z rosyjskim parciem na Zachód. Jest ono niezmiennym zjawiskiem od kiedy car Iwan III Srogi w 1492 r. wydarł Litwie Wiaźmę i zagroził Smoleńskowi, a Korona musiała pośpieszyć z pomocą Wielkiemu Księstwu. Czasy, gdy polska strona bywała górą definitywnie skończyły się na początku XVIII w. Zaś heroiczne epizody, jak Bitwa Warszawska, zmieniały układ sił na krótką chwilę.

Reklama

Równie rzadko ustawały starania Kremla, by przesunąć w głąb Europy swą strefę wpływów. Jedynie kryzysy wewnętrzne osłabiały to zamiłowanie do ekspansji, która jest trwale wpisana w charakter państwa, opartego na samodzierżawiu. Niezależnie, czy rządzi car, I sekretarz KC, czy dożywotni prezydent, musi on umacniać swą pozycję spektakularnymi triumfami nad zewnętrznymi wrogami. Poza tym imperium ma szansę rosnąć w siłę, jeśli znajduje się bliżej centrum Europy. Zepchnięte w głąb Azji natychmiast pogrąża się w zacofaniu i marazmie. Dobrze widzieli to: Iwan Groźny, Piotr Wielki, Katarzyna II, Aleksander III oraz Józef Stalin. Nic nie gwarantowało Rosji mocniej statutu mocarstwa od wdarcia się w głąb Starego Kontynentu. Niestety pod drodze zawsze leżała Polska. Dopiero rozpad Związku Radzieckiego w roku 1991 r. odepchnął Rosję tak daleko, jak była za czasów Iwana III Srogiego i dał Polakom, trwające do dziś, historyczne zacisze.

Jedynym cierniem, jaki pozostał, jest obwód kaliningradzki. Mając tego świadomość, prezydent Władimir Putin od dekady sukcesywnie rozbudowuje wojskowy potencjał w tym regionie Dziś stacjonuje tam około 25 tys. żołnierzy 11. Korpusu Armijnego Floty Bałtyckiej. Wbrew swej nazwie są to głównie siły lądowe. Ich trzon stanowi 79 Samodzielna Gwardyjska Brygada Zmechanizowana, sukcesywnie doposażona w broń pancerną. Ochronę powietrzną zapewniają jej nowoczesne systemy przeciwlotnicze S-400 oraz myśliwce Su-27. Zaś możliwość szybkiego zdominowania przeciwnika - rakiety średniego zasięgu Iskander, przenoszące głowice jądrowe. Wedle zapowiedzi Kremla siły te ulegną wkrótce podwojeniu, bo w przyszłym roku planowane jest rozlokowanie w Kaliningradzie całej dywizji zmechanizowanej. Wówczas potencjał bojowy tam zgromadzony może przewyższyć to, czym dysponuje polska armia. I nie jest to najgorsza wiadomość.

Jeśli powiodą się plany "zintegrowania" Białorusi z Rosją, to w nieodległej przyszłości jeszcze większa grupa uderzeniowa może zostać rozlokowana w okolicach np. Brześcia nad Bugiem. Stamtąd do Warszawy jest już niewiele ponad 200 km i nie ma pod drodze mazurskich jezior i lasów. Wówczas będziemy mogli sobie przypomnieć, jak się żyje z wiszącym nad głową mieczem Damoklesa. On wcale nie musi spaść. Już tylko jego obecność wywiera ogromny wpływ na każdy ruch ofiary. Na razie takiej codzienności doświadczają Ukraińcy no i coraz mocniej Białorusini. Ma ona to do siebie, że każdy, polityczny błąd przynosi gigantyczne koszty i niebezpieczeństwa. Aż po opcję płacenia za zachowanie własnego państwa krwią żołnierzy i nie tylko ich.

Jak smakuje płacenie Rosji za błędy doświadcza właśnie na własnej skórze Alaksandr Łukaszenka. Dzieje się tak, choć rządzący Białorusią od 25 lat "Baćko" nie bezpodstawnie uchodzi za jednego z najbardziej cwanych dyktatorów świata. We własnym kraju nie musi obawiać się nikogo, a zwłaszcza zepchniętej na margines demokratycznej opozycji. Jego pozycja jest tak mocna, że przez lata przygotowywał swego syna Kolę (nota bene odebranego, zesłanej na wieś matce) do objęcia po nim rządów. Nie przewidział jedynie, że Putin może mu w końcu wystawić rachunek za błędy z czasów ambitnej młodości. Pod koniec lat 90. Łukaszenka roił sobie, że zajmie na Kremlu miejsce wiecznie pijanego Borysa Jelcyna. Narzędziem do osiągnięcia tego celu miał stać się, utworzony pod koniec lat 90. ZBiR. Dzięki Związkowi Białorusi i Rosji "Baćko" zyskiwał szansę zostania prezydentem tego federalnego tworu. Jednak w Moskwie ani oligarchowie, ani też spadkobiercy KGB nie zamierzali pozwolić, by rządził nimi były dyrektor białoruskiego kołchozu. Łukaszenka wpakował się w ZBiR, po czym Jelcyn przystał, żeby na jego następcę wyniesiono szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa - Władimira Putina.

Reklama

W tym czasie "Baćko", przy całym swym sprycie, konsekwentnie kręcił na siebie bicz. Demokratyczna opozycja chciała uczyć Białorusinów języka białoruskiego, używała flagi symboli odwołujących się do tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego, marzyła o narodowym odrodzeniu. Pragnący zostać carem Rosji Łukaszenka, zaraz po rozpoczęciu swej prezydentury, wznowił na Białorusi rusyfikację. O ile Ukraińcy (zwłaszcza na zachodzie Ukrainy) stopniowo odzyskiwali swą narodową tożsamość, ich sąsiedzi nadal mówią po rosyjsku, czczą bohaterskich żołnierzy Armii Czerwonej, a każda szanująca się miejscowość ma własny pomnik Lenina. Do dziś białoruski nacjonalizm to zjawisko nie występujące w przyrodzie.

Równie skutecznie Łukaszenka radził sobie z przeciwnikami politycznymi. Kiedy jeszcze miał nadzieję na kierowanie ZBiR-em każdego, kogo uważał za zagrożenie, eliminował w stylu wczesnego Stalina. Delikwentem zajmował się wydzielony oddział SOBR (Specijalnyj Otriad Bystrogo Rieagirowania). Wskazana przez "Baćkę" osoba znikała, by już nigdy się nie odnaleźć. Prezydent Białorusi złagodniał dopiero, gdy okazało się, że nie ma żadnej szansy na przeprowadzkę z Mińska do Moskwy (chyba że w charakterze więźnia). Co gorsze Putin okazywał się twardym graczem i Łukaszenka zaczął potrzebować poprawnych relacji z krajami demokratycznymi, by tak równoważyć rosyjskie wpływy. Przez lata dawał popisy mistrzowskiego balansowania. W zamian za puste obietnice odcięcia od Europy i zacieśniania współpracy, dostawał od Rosji ropę naftową i gaz ziemny po wyjątkowo promocyjnych cenach. Po czym z zyskiem odsprzedawał surowce energetyczne odbiorcom z całego świata. Ale każdy medal ma drugą stronę. Tanie surowce zawsze uzależniają gospodarczo. Dziś zysk z odsprzedaży rosyjskiej ropy i produktów ropopochodnych to ponad 20 proc. całości dochodu budżetu Białorusi.

Tymczasem Kreml zaczął sukcesywnie podnosić ich cenę, dociskając Łukaszenkę do ściany. W końcu Putin otwarcie zażądał wcielenia w życie układów, zawartych podczas tworzenia ZBiR-u. Oznacza to scalenie białoruskiej gospodarki z rosyjską i wyrzeczenie się ekonomicznej suwerenności, co byłoby wstępem do pożegnania z niepodległością. Wydawało się, że nastąpi to już 7 grudnia, podczas spotkania Łukaszenki z Putinem w Soczi. Ale po pięciu godzinach rozmowy "Baćko" znów wykonał mistrzowski unik i doprowadził do fiaska negocjacji. Jednocześnie zostawił jak zawsze Kremlowi nadzieję, iż wkrótce Rosja osiągnie swój strategiczny cel. Wygląda na to, że mógł uciec spod noża, bo udało mu się pozyskać w ostatniej chwili życzliwość Pekinu. Pożyczone właśnie Białorusi przez Bank Rozwoju Chin 500 mln dolarów pozwala uratować budżet kraju, daje oddech i większe pole manewru, przed koleją turą negocjacji z Kremlem. Jednak pętla na szyi Białorusi sukcesywnie się zaciska. O dobrych kilka milimetrów zrobiła się ciaśniejsza, gdy do rosyjskiej redakcji "Deutsche Welle" zgłosił się, ubiegający o azyl gdzieś w Europie, były funkcjonariusz SOBR Jurij Garawski. W tym tygodniu DW upubliczniła jego relację, jak dwadzieścia lat temu brał udział w likwidowaniu politycznych przeciwników Łukaszenki. Szczegółowo opisując zamordowanie na zlecenie "Baćki" byłego ministra spraw wewnętrznych Jurija Zacharienko, szefa centralnej komisji wyborczej Wiktora Gonczara, oraz związanego z opozycją biznesmena Anatola Krasouskiego. Zupełnie, jak w tragediach Szekspira, duchy ofiar mszczą się zza grobu na władcy odpowiedzialnym za ich kaźń. I to akurat w momencie, gdy Łukaszenka bardzo potrzebuje wsparcia Zachodu, by móc się urwać z finansowej smyczy Kremla, a jednocześnie uniknąć chińskiej kolonizacji. Po tych świeżych sensacjach demokratyczna opinia publiczna na Zachodzie nie przełknęłaby łatwo finansowania wschodniego despoty, odpowiedzialnego za mordowanie opozycjonistów (nie posiadającego natomiast wielkich złóż gazu i ropy). Tym bardziej, że kwestia niepodległości Białorusi, to problem głównie jej sąsiadów. Jak na ironię losu, Alaksandr Łukaszenka jest głównym strażnikiem suwerenności kraju. Jeśli przegra rozgrywkę z Putinem, nie widać szansy, by Białorusini potrafili ocalić własne państwo przed stopniową aneksją. Poza tym nawet dyktatorzy nie są wieczni. Łatwo przez to zgadnąć, w jaką stronę zmierza wschodni sąsiad Polski. Trzeba się więc chyba przyzwyczajać, że rosyjscy żołnierze za jakiś czas znów zawitają do Brześcia nad Bugiem.