Jeżeli jednak rząd Tuska rzeczywiście poważnie traktuje swoje obietnice, to w kilku względach powinien się trzymać ścieżki wyznaczonej przez poprzedników. Tak jest chociażby w procesie zatwierdzania unijnego traktatu regulującego: Polska zaczęła brać świadomy udział w budowaniu radykalnie nowych zasad funkcjonowania UE.

Reklama

Pierwszy krok - wstępna zgoda prezydenta na traktat lizboński - był co prawda dokonany w nurcie myślenia tradycyjnego, jednak został dokonany. Być może częściowo nieświadomie, ale Polska uznała tym samym nowy sposób myślenia o strukturach unijnych. Mam tu na myśli autonomizację biurokracji, uznanie roli Europy jako jednego aktora na arenie międzynarodowej, zmianę rozumienia prawa w taki sposób, że jednocześnie staje się możliwa realizacja sprzecznych ze sobą norm na różnych poziomach ich efektywności. Jeżeli Polska w pełni zrozumie doniosłość tych przemian w Europie i będzie miała odwagę się w nie włączyć, będzie to dla niej skok cywilizacyjny.

Zaproponowaliśmy już w tej materii kolejny krok: ograniczenie penetrowania przez europejską biurokrację sfery społecznej. To właśnie jest treścią oporu, jaki wraz z Wielką Brytanią stawiamy Karcie Praw Podstawowych. Bruksela, forsując ten dokument, głęboko wchodzi w tkankę społeczną, która dotąd zarezerwowana była dla regulacji rodzących się w samych społeczeństwach. I wcale nie chodzi o zgodę bądź brak zgody na treść Karty. Chodzi o bardziej ogólną zasadę, że wybory kulturowe czy wybory modelu życia społecznego są regulowane przez sumienia i tradycję.

O zaufanie do wolności i związanej z nią odpowiedzialności poszczególnych jednostek, które najlepiej potrafią decydować o tym, co jest dla nich normą do przyjęcia. Karta Praw Podstawowych jest wyrazem chęci narzucenia społeczeństwom rozwiązań, które mogą się w poszczególnych państwach wydawać problematyczne. Jeżeli więc administracja Tuska zdecyduje się kontynuować wobec Karty Praw linię wyznaczoną przez rząd PiS - a jest na to pewna nadzieja - to Polska może osiągnąć pierwszy wymiar swojego cywilizacyjnego skoku: przyjęcie aktywnej roli w Europie i przedstawienie własnego pomysłu na integrację poprzez wyznaczenie granic władzy biurokratycznej.

Oczekiwany skok będzie jednak utrudniony przez to, że po zwycięstwie PO wiele instytucji państwa zdaje się powracać do status quo sprzed rządów PiS. Dotyczy to nie tylko prokuratury czy sądownictwa, również w innych sferach daje się zaobserwować ponowne przestawianie wajchy w przeciwną stronę. Wraca oportunizm polityczny, który ma siłę demoralizującą dla struktur urzędniczych i de facto przekreśla to, do czego jeszcze niedawno PO dążyła: zerwanie ze zgniłym kompromisem, jaki dominował, zanim ogłoszono "rewolucję moralną". Rewolucję co prawda ujętą w cudzysłów, jednak taką, która pozwoliła nam po raz pierwszy uwierzyć np. w to, że korupcja jest do pokonania. Nie dokona się żaden skok cywilizacyjny, jeśli władza zejdzie z tej drogi, a Polacy znów nabiorą przekonania, że wszystko jest kwestią aktualnej politycznej koniunktury i - co gorsza - stracą wiarę w siebie.

Z przerażeniem czytałam piątkowy numer "Gazety Wyborczej". Znalazłam tam tekst Krzysztofa Pomiana (wyemigrował on z Polski w końcu lat 60.), w którym opisywał Polskę jako kraj wandali, brudasów, leni i nieudaczników. Obok znalazły się refleksje dotyczące sytuacji gejów i lesbijek w poszczególnych państwach UE - jak zwykle okazało się, że Polska jest w tym gronie ostoją ciemnogrodu. Jeżeli więc Polacy znów pozwolą sobie wmówić te kompleksy, o skoku cywilizacyjnym będziemy mogli tylko pomarzyć.

Kolejnym elementem, bez którego nowoczesność pozostanie mrzonką, jest edukacja. Uważam, że nie warto wraz ze zmianą polityczną zrywać z wizją naszkicowaną przez dotychczasowego ministra edukacji Ryszarda Legutkę. Być może jest ona nieco utopijna, buntowali się także przeciwko niej nauczyciele, ale sam zamysł podnoszenia edukacyjnej poprzeczki jest jak najbardziej godny poparcia. Już dziś nie musimy mieć kompleksów: w porównaniu ze szkolnictwem publicznym innych krajów polskie i tak stoi na wysokim poziomie. Nie warto jednak spoczywać na laurach. Należy kontynuować pomysły prof. Legutki, który chciał wyższego poziomu nauczania matematyki czy poszerzenia kanonu lektur. Wszystko to daje szanse na powrót do etosu inteligenta, któremu kultura jest potrzebna niemalże jak powietrze. Jeżeli ekipa Tuska zarzuci te pomysły i nie przyłoży wagi - również finansowej - do szkolnictwa, wyposażenia uczelni, wynagrodzenia nauczycieli, to o skoku cywilizacyjnym trudno będzie myśleć.

Skok cywilizacyjny to także innowacyjność technologiczna, tu bardzo liczę na ministra gospodarki Waldemara Pawlaka. Wiem, że dla niego nowe technologie są życiową pasją. Rozumie on, że podążanie za nimi jest w nowoczesnym państwie koniecznością. Być może będzie więc szansa na wprowadzenie w życie tego, co jest w dziś w zasięgu ręki, np. wyjście z gospodarki surowcowej w stronę przekształcania surowców, choćby pozyskiwania energii z chemizacji węgla, a nie z gołej kopaliny.

Istnieją już gotowe technologie, np. autorstwa General Electric. To prawda, że drogie, jednak ich wdrożenie wielokrotnie się opłaci. Mam nadzieję, że ekipa Tuska to zrozumie i przełamie beznadziejny system rozdrabniania pieniędzy unijnych na partykularne gminne inwestycje. Mamy okazję z funduszy europejskich dokonać prawdziwej jakościowej rewolucji: zbudować drogi, skomputeryzować administrację, włączyć nowe technologie do sfery energetyki. Szkoda to zmarnować.

Czas też, by już dziś dorośli nadążyli za młodzieżą, która rozumie nowy sposób myślenia o Europie jako naprawdę porywający projekt. Młodzież obeznana ze światem wirtualnym bardzo łatwo pojmuje nowe zjawiska władzy. Politycy, by móc programować skok cywilizacyjny, muszą mentalnie dogonić młodsze pokolenie w nowym sposobie myślenia o rzeczywistości. Bez tego Europa nie nabierze lekkości i impetu. Niestety również media grają tu rolę hamulcowych: wtłaczają wszystko, co napotykają, w stare, stereotypowe formuły.

Władza naprawdę nie zależy przecież od tego, kto komu dogryzł, jaką zrobił minę i ile sekund trwało wręczenie premierowskiej nominacji. Procedury władzy nie toczą się dziś wyłącznie między jej aktorami, ale też na wyższym poziomie instytucjonalnym. Edukacja społeczeństwa i samoedukacja elit powinna prowadzić do zmiany sposobu określania problemów w świecie. A użyteczna w tej mierze okazuje się właśnie nasza tradycja, której niektóre środowiska wydają się wstydzić. Lecz Donald Tusk zapowiadał nie tylko cud gospodarczy i skok cywilizacyjny, ale też dumę Polaków z samych siebie. Nie warto tego psuć małością i politycznymi gierkami. Bo tylko społeczeństwa, które wierzą w siebie, są w stanie dokonać prawdziwego cywilizacyjnego skoku.