Koronawirusa można zniszczyć witaminą C - takiego mema udostępnił niedawno na swoim Facebookowym wallu Jerzy Zięba, założyciel sklepu ukryteterapie.pl i osoba budująca swój autorytet i wypełniająca portfel na niszczeniu zaufania do medycyny. To nie jedyny sensacyjny materiał, który z misyjnym zapałem “share’ują” w mediach społecznościowych jego fani. W ciągu ostatnich tygodni internet jeszcze mocniej niż zwykle zaroił się od porad domorosłych medyków, jak budować antywirusową odporność i co robić, gdy już się koronawirusa złapie. Oprócz wlewów z witaminy C, poleca się np. długie spacery, połykanie cynku, picie wysokoprocentowego alkoholu i inne, podobne a niepotwierdzone i często niebezpieczne strategie. Niebezpieczne? Tak. Pół biedy, gdyby chodziło tylko o internetowe gadu-gadu, ale - jak pokazuje chociażby rosnąca w Polsce liczba nieszczepionych dzieci - ludzie naprawdę łatwo kupują bzdury.

Reklama

Szerzyciele antynaukowej propagandy żerują na emocjach: strachu, desperacji i poczuciu opuszczenia przez tzw. elity. Do tego cynicznie wykorzystują fakt, że jednym z najpopularniejszych haseł współczesności jest “krytyczne myślenie”. Każdego dzisiaj się do niego namawia. O ile jednak sceptycyzm jest wartością, o tyle nie jest wartością sam w sobie. Musi za nim iść faktyczna chęć poznania prawdy. Problem w tym, że to już wymaga wysiłku i czasu, a na to nie każdego stać. Stąd “krytyczne myślenie” często sprowadza się do automatycznego kwestionowania wszystkiego, co “oficjalne” i przyjmowania na wiarę wszystkiego, co z drugiego obiegu, co nieortodoksyjne, niekonwencjonalne, wreszcie: co anty-elitarne. To “krytyczne myślenie”, z którego tak są dumni rozmaici ziębiści nie jest więc prawdziwym myśleniem krytycznym, a emocjonalną, niemerytoryczną kontestacją. Sprzedawcy bzdur ułatwiają tę kontestację, budując wokół siebie ekspercki nimb: używają zaczerpniętej z nauki terminologii oraz powołują się na badania naukowe. Wiedzą bowiem, że niemal nikt nie zada sobie trudu, by sprawdzić ich wiarygodność. Posługują się także zwodniczym rozróżnieniem na “medycynę konwencjonalną” i medycynę alternatywną - tak, jakby chodziło o jakieś dwie teorie, które na równych zasadach uczestniczą w naukowej debacie. Zwykła sprawa. Jedni wierzą lekarzom medycyny, inni inżynierom z doświadczeniem w produkcji maszyn górniczych (przypadek Zięby). Może w końcu okaże się, że ci drudzy mają rację, forsując swoje nieortodoksyjne teorie?

Owszem, niezgoda jest budulcem nauki. Często najwięksi naukowcy napotykali opór swojego środowiska, prezentując rewolucyjne swoje przełomowe tezy. Niejednokrotnie musieli czekać latami na to, by zostały one zaakceptowane. Do początkowo niezrozumianych naukowców należał np. Ignaz Semmelweis, lekarz, który odkrył znaczenie mycia rąk dla zwalczania m.in. gorączki połogowej. Jego koledzy po fachu uznali z początku pomysł za fanaberię. W nauce istnieje jednak lekarstwo na niezgodę. To metoda. W oparciu o metodę można rozstrzygać, kto w danym sporze ma rację. Metoda naukowa ewoluuje i doskonali się - zwłaszcza w naukach przyrodniczych, które opisują świat zdarzeń fizycznych. Jeśli ktoś wygłasza interesującą opinie, np. dotyczącą budowy i funkcjonowania ludzkiego mózgu, naukowcy mogą odwołać się do konkretnych sposobów testowania jej trafności. Nikt dzisiaj nikogo nie musi wyśmiewać. To metoda służy rozstrzyganiu sporów. Jednym z naczelnych założeń metodologicznych w medycynie jest to, że badania powinno dać się replikować. Jeżeli w Hondurasie ktoś wykaże np., że (zmyślam teraz) spożywanie szpinaku ogranicza ryzyko zachorowań na anginę w populacji, to i badacze na Kubie, i w Polsce i w USA powinni być w stanie to wykazać. Dopiero powtarzalne eksperymenty mogą być budulcem do postawienia twardej tezy, a i same te eksperymenty także muszą być przeprowadzone w odpowiedni sposób - muszą np. obejmować odpowiednio dużą liczbę odpowiednio dobranych osób i odnosić swoje wyniki do tzw. grupy kontrolnej. To dlatego faza badań klinicznych nad nowymi lekami trwa nawet 3-4 lata.

Niestety, ziębiści nie akceptują metody naukowej. Owe “badania”, na które się powołują to często anegdoty w stylu: “Lekarz X w mieście A podał 100 pacjentom chorym na biegunkę kinder bueno i ci wyzdrowieli. Dlaczego establishment milczy o leczniczych właściwościach wafelków?”, “Miałem glejaka, a ten ustąpił, gdy zacząłem regularnie skakać na skakance. A tak swoją drogą, to sprzedaję skakanki po 10 tys. zł za sztukę”, “Moja babka, prababka i praprababka na zapalenie płuc u dzieci zalecały kąpiele błotne, to musi działać!” Trywializuję, oczywiście, ale chcę pokazać typ rozumowania stojący za zwolennikami różnych “ukrytych terapii”, który w logice określa się mianem błędu “post hoc ergo propter hoc” (“po tym, a zatem dlatego”) - to wyciąganie wniosków o następstwie przyczynowo-skutkowym z dwóch następujących po sobie obserwacji. Właściwie cała metodologia naukowa sprowadza się do tego, by ten błąd wyeliminować.

Modele badawcze pozwalają sprawdzić, czy kinder bueno faktyczne leczy biegunkę, skakanie na skakance nowotwory, a kąpiele błotne zapalenie płuc. Pozwalają sprawdzić też, czy dana choroba może być leczona wlewami z witaminy C. Nawiasem mówiąc, ziębiści twierdzący, że wlewy z witaminy C leczą z koronawirusa, powołują się na badania chińskich naukowców ze szpitala Zhongnan Hospital na Wuhan University, którzy faktycznie sprawdzają efekty lecznicze wstrzykiwania dużych dawek witaminy C. Tyle, że wyników badań jeszcze nie opublikowano, a nawet jeśli będą pozytywne, będą wymagały replikacji i krytycznego spojrzenia innych naukowców. Samo rozpoczęcie badań nad daną hipotezą naukową nie jest równoznaczne z jej potwierdzeniem. To dopiero pierwszy krok. Medycyna dzisiaj o witaminie C wie, że nie jest ona bez znaczenia, ale i nie można jej właściwości przeceniać i nie stanowi panaceum na wszystko. Buduje odporność, a nawet skraca przeziębienia, ale jak na razie nie ma żadnych dowodów na to, że leczy raka, albo Covid-19. Kto twierdzi, że takie dowody istnieją, albo jest niedoinformowany, albo kłamie. I - uwaga! - jeśli takie dowody się pojawią, medycyna je uzna, nie będzie na złość ziębistom przymykać na nie oczu!

Podział na medycynę konwencjonalną i alternatywną jest sztuczny i wprowadza w błąd. Tak naprawdę istnieje tylko jedna medycyna, oparta o konkretne procedury badawcze. To, co jest nazywane “medycyną alternatywną”, to techniki leczenia, których skuteczność metodą naukową obalono, albo których skuteczności metodą naukową jeszcze nie zbadano. To, jak wyglądają postępy w badaniach medycznych, czy w nauce w ogóle śledzić może dzisiaj na bieżąco każdy, kto zna język angielski. Dostępność do wyników najnowszych badań naukowych jest największa w dziejach - wystarczy być na bieżąco z publikacjami w takich czasopismach, jak “Lancet”, “New England Journal of Medicine”, “Nature”, albo “The British Medical Journal”. A jeśli nie mamy czasu, by samodzielnie się przez te periodyki przekopywać, zawsze warto poprosić o informację lekarza specjalisty. On z całą pewnością jest z nimi na bieżąco. W tym wypadku, akurat odwołanie się do autorytetu to przejaw prawdziwego myślenia krytycznego.

Na koniec uwaga: oczywiście, wyniki badań medycznych są bardzo często błędne, ale to najlepsze, co mamy na podorędziu.